Fascynująca książka. W zasadzie interdyscyplinarna, bo o ośmiornicach krążyły różne teorie.
Jest częściowe wyjaśnienie świadomości.
Jest wiele argumentów obalających teorie, że głowonogi pochodzą z kosmosu.
https://przekroj.org/swiat-ludzie/jak-ewolucja-stworzyla-umysl-dwa-razy/
Wywiad z autorem na zachetę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Czw Kwi 24, 2025 16:18, w całości zmieniany 1 raz
Wstrząsająca i pasjonująca książka Annie Jacobsen z narracją „minuta po minucie” prezentuje bardzo możliwy scenariusz przebiegu konfliktu jądrowego, który mimo że trwa zaledwie kilka godzin, niszczy całą cywilizację człowieka.
Plany dotyczące powszechnej wojny nuklearnej to jedne z najtajniejszych dokumentów rządu Stanów Zjednoczonych. Książka ta zabiera czytelnika na granicę tego, co można legalnie poznać. Odtajnione dokumenty – skrywane przez dziesięciolecia – dopełniają obrazu z przerażającą jasnością.
Poza uderzeniem asteroidy jest tylko jeden scenariusz, który może położyć kres naszej cywilizacji w zaledwie kilka godzin: wojna nuklearna. Przyczyną jej wybuchu może okazać się głowica z ładunkiem jądrowym wystrzelona w kierunku Stanów Zjednoczonych.
Raz na jakiś czas pojawia się dziennikarz, który decyduje się zajrzeć w głąb nuklearnych struktur wojskowych: analizuje stosowane technologie, zabezpieczenia, plany oraz źródła ryzyka. Taki przegląd to klucz do zrozumienia sił, od których zależy przyszłość całej naszej planety: jedna wystrzelona głowica pociągnie za sobą stosowną odpowiedź, a choreografię końca świata ułożą brzemienne w skutki decyzje podjęte w zaledwie kilka sekund i bazujące wyłącznie na danych wywiadowczych.
Finalistka Nagrody Pulitzera Annie Jacobsen w książce „Wojna nuklearna. Możliwy scenariusz” opisuje tykanie śmiercionośnego zegara, opierając się na dziesiątkach wywiadów przeprowadzonych zarówno z ekspertami wojskowymi, jak i cywilami, którzy pracowali przy tworzeniu broni nuklearnej, zostali wtajemniczeni w plan reagowania oraz byli odpowiedzialni za kluczowe decyzje na wypadek niekorzystnego rozwoju wydarzeń.
„Wojna nuklearna. Możliwy scenariusz” to wyjątkowa relacja z pierwszych minut po wystrzeleniu pocisku nuklearnego. To lektura obowiązkowa dla każdego, książka niepodobna do żadnej innej pod względem rzetelności researchu i głębi płynących z niego wniosków."
"Najważniejszy na świecie jest seks. Zakochani to banda narkomanów, a z genetycznego punktu widzenia najzdrowiej dla Polaków jest szukać miłości… w Somalii.
Dlaczego miłość nie istnieje?
Jaki wpływ na płeć dziecka ma… mydło?
Dlaczego każde z nas powinno spełnić swój ewolucyjny obowiązek?
Kiedy najlepiej zacząć się interesować seksem?
Dlaczego mężczyźni są bardziej skłonni do zdrad, a kobiety bywają wybredne?
Inicjacja seksualna. Poligamia. Antykoncepcja i chemia zakochania. Seks starców. Fantazje i fetysze. Pornografia. O tym wszystkim w najnowszej i niestety ostatniej swojej książce rozmawiał z Marią Mazurek profesor Jerzy Vetulani. Jest zabawna i mądra, zaskakująca jak sam autor. I niedokończona. Przerwana w pół zdania przez jego tragiczną śmierć."
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4843823/neuroerotyka-rozmowy-o-seksie-i-nie-tylko
Mimo że niedokończona, to i tak bardzo kontrowersyjna.
Czyli krotko mowiac twoj profesorek lepszy niz moj jak to spiewal Kazik?
Te bzdury tego profesorka tez moge obalic cytujac samego siebie?
Ciebie nie odtrulo, dalej jestes toksyczny. Dodam, ze psychologia to nie nauka, wiekszosc to urojenia nieferyfikowalne naukowo. Ale milo, ze widac kto w co wierzy
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Najlepsza książka tego typu od czasów Ludzie. Krótka historia o tym jak spieprzyliśmy wszystko, Toma Phillipsa.
Z tą małą różnicą, że Pi razy oko jest bardziej dla tych którzy interesują się Matematyką i wyjaśnienia poszczególnych matematycznych wpadek nie będą przyprawiać o ból głowy.
Ale nie jest to warunek konieczny.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Wrz 01, 2025 18:30, w całości zmieniany 1 raz
https://youtu.be/uq1yCCwkMo0?si=TI5xWoKhw0XdIfqC
Książka istotne świetna.
Jeśli ktoś po lekturze któregoś z dzieł Szekspira czuł, że mu to zryło beret, to może w tej książce znaleźć odpowiedź dlaczego.
Jeszcze fajniejsze są ekranizacje powieści Szekspira. Polecam Hamleta z Melem Gibsonem w roli tytułowej.
Sen nocy letniej produkcji BBC w interpretacji brytyjskich studentów też nieźle wygina balkonik.
To jednak nie dla Marcina.
Dla niego to bardziej ekranizacja Mahabharaty.
3 godziny pierdzelenia bez ładu i składu.
Jak u kosmicznych miszczów.
„Książka »Naukowcy Hitlera« stawia pytania, które i dziś nic nie straciły na aktualności. Kiedy nauka jest uwikłana w budowę broni masowego rażenia nowej generacji i wojnę z terroryzmem, a postępy biotechnologii stawia się wyżej niż tradycyjnie pojmowaną etykę, ten przejmujący opis nazistowskiej nauki powinien być ważnym komentarzem do etycznej roli nauki. Wyczerpujący, dobrze udokumentowany i nade wszystko wnikliwy opis naukowców, którzy służyli Hitlerowi - a przynajmniej Niemcom - w czasach Trzeciej Rzeszy”.
The Washington Post
Ciekawa ta recenzja książki o naukowcach Hitlera. Ani słowa o tym, że eugenikę stworzył Anglik a praktycznie wdrożyli ją Amerykanie w USA na długo przed Hitlerem. I stosowali wobec mniej zdolnych białych, zabierając im dzieci, sterylizując i tworząc obozy koncentracyjne, nie tylko dla Indian. A teraz wszyscy huzia na Hitlera, chociaż to Anglosasi winni tworzenia i stosowania tych idei. Tam byle szeryf analfabeta mógł odebrać dzieci rodzicom, których uznał za ociężałych umysłowo.
Nie ma się co dziwić, w końcu to kraj etosu kowbojów czyli pastuchów.
JW
„Książka »Naukowcy Hitlera« stawia pytania, które i dziś nic nie straciły na aktualności. Kiedy nauka jest uwikłana w budowę broni masowego rażenia nowej generacji i wojnę z terroryzmem, a postępy biotechnologii stawia się wyżej niż tradycyjnie pojmowaną etykę, ten przejmujący opis nazistowskiej nauki powinien być ważnym komentarzem do etycznej roli nauki. Wyczerpujący, dobrze udokumentowany i nade wszystko wnikliwy opis naukowców, którzy służyli Hitlerowi - a przynajmniej Niemcom - w czasach Trzeciej Rzeszy”.
The Washington Post
Ciekawa ta recenzja książki o naukowcach Hitlera. Ani słowa o tym, że eugenikę stworzył Anglik a praktycznie wdrożyli ją Amerykanie w USA na długo przed Hitlerem. I stosowali wobec mniej zdolnych białych, zabierając im dzieci, sterylizując i tworząc obozy koncentracyjne, nie tylko dla Indian. A teraz wszyscy huzia na Hitlera, chociaż to Anglosasi winni tworzenia i stosowania tych idei. Tam byle szeryf analfabeta mógł odebrać dzieci rodzicom, których uznał za ociężałych umysłowo.
Nie ma się co dziwić, w końcu to kraj etosu kowbojów czyli pastuchów.
JW
Strona lubimyczytać ma tą zaletę, że poniżej każdej recenzji są proponowane książki o podobnej tematyce.
Często też jeszcze poniżej w komentarzach czytelników są poruszane kwestie, które mogą naprowadzić czytelników na coś więcej. Dokładnie tak jak Pan to zrobił dodając swój komentarz.
Paradoksalnie zjawisko eugeniki nie występowało wśród tzw prymitywnych plemion. Świadczą o tym archeologiczne odkrycia szczątków ludzkich w których uraz bądź choroba prowadziły do kalectwa, a mimo to dożywali oni starości.
Musieli być więc utrzymywani przez całą społeczność, tak jak dzieje się to w dzisiejszych czasach.
PS kto chce rozszerzyć wiedzę o współczesną eugenikę, polecam "Przyszła ewolucja człowieka" autor John Glad.
Napisał też książkę "Żydowska eugenika".
Temat mało znany i kontrowersyjny.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pią Gru 19, 2025 13:26, w całości zmieniany 1 raz
W miesiącach poprzedzających Anschluss z Austrią w marcu 1938 r. Veesenmayer pełnił funkcję głównego eksperta ekonomicznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Wiedniu. Dzień przed przejęciem Austrii, 12 marca, Veesenmayer przewiózł Himmlera z lotniska w Wiedniu do ambasady niemieckiej, aby pomóc w utworzeniu nowego austriackiego reżimu nazistowskiego. Jednak następnego dnia, zanim udało się ustanowić marionetkowy rząd austriacki, Hitler całkowicie zaanektował kraj. Rok później, na początku marca 1939 r., Veesenmayer udał się do Bratysławy, aby pomóc w zaplanowaniu zniszczenia Czechosłowacji i ogłoszenia marionetkowego państwa na Słowacji. Około 11 marca zawiózł dwóch starannie wybranych słowackich przywódców do Wiednia, gdzie spotkali się z Kepplerem, a następnie poleciał do Berlina na spotkanie z Hitlerem. Tego samego dnia Veesenmayer wysłał telegram do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o treści „alle Juden in der Hand”, czyli „wszyscy Żydzi w ręku”. Pozostał w Bratysławie 15 marca podczas rozbioru Czechosłowacji. W nadchodzących dniach szybko zidentyfikowano Żydów. Veesenmayer był częstym łącznikiem z zagranicznymi ruchami bojowymi. Na początku 1940 roku przydzielono mu koordynację działań z dwoma członkami irlandzkiej armii republikańskiej wizytującymi Berlin. Później w Rzymie spotkał się z zaciekłymi antysemitami Aminem Husseinim, wielkim muftim Jerozolimy i Rashidem Ali Gailani, byłym premierem Iraku. Eskortował obu mężczyzn do Berlina na spotkania z Hitlerem.
To Veesenmayer pośredniczył w kwietniu 1941 r. w pisemnym porozumieniu politycznym między jugosłowiańskimi faszystami a morderczą chorwacką milicją znaną jako Ustashi, pomagając Chorwatom utrzymać się u władzy jako nazistowscy surogaci przy wsparciu niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Rzeczywiście, tego samego dnia, w którym pośredniczył w pakcie ustaszi, Niemcy zaatakowały Zagrzeb. Pod okiem Veesenmayera bojówki ustashi miały swobodę. Zadaniem Veesenmayera było utrzymywanie kontaktu z przywódcą ustaszów, Ante Pavelichem. W annałach wojennego okrucieństwa wobec Żydów nie było grupy tak sadystycznej jak chorwaccy ustaszowie. Używając pił łańcuchowych, siekier, noży i kamieni, oszalały, ubrany w swastykę Ustashi, brutalnie zamordował tysiące Żydów na raz. Przywódcy ustaszi otwarcie paradowali po Zagrzebiu z naszyjnikami składającymi się z żydowskich języków i gałek ocznych wyciętymi i wyłupionymi kobietom i dzieciom, wiele z nich zostało zgwałconych, a następnie poćwiartowanych lub pozbawionych głów. Sam Pawel lubił dawać wiklinowe kosze z żydowskimi gałkami ocznymi jako prezenty swoim gościom dyplomatycznym.
Bałkany to jednak piekiełko.
Jakimi metodami Tito trzymał to towarzystwo za twarz, to nawet nie chcę się domyślać.
Warto dodać, że Czesi i Słowacy też nie mieli lekko. Po okresie demolki tych dwóch państw w latach opisanych we fragmencie, dalszą demolką struktur społecznych i politycznych zajął się Reinhard Heydrich, jako protektor Czech i Moraw (1941-1942).
Jeden z głównych twórców holocaustu. Moim zdaniem największy psychopata wśród generałów III Rzeszy.
Śledzie, bliscy kuzyni sardynek, również żyją w ławicach, mają jednak gorsze maniery. Gdy po zapadnięciu zmroku chcą przegrupować się, by się nie zgubić, korzystają z sobie tylko właściwego sposobu komunikacji. Jest to metoda dość niegrzeczna, przez którą o mały włos nie doszło do wybuchu wojny.
W 1982 roku, zaledwie rok po tym, jak radziecka łódź podwodna przypadkowo zatonęła u wybrzeży Sztokholmu, szwedzka marynarka, poddając się napiętej atmosferze końca zimnej wojny, bardziej niż kiedykolwiek obawiała się sowieckiej inwazji. W prasie stale pisano o znakach wskazujących na jej nieuchronne nadejście. Właśnie wtedy operatorzy sonarów, a więc oficerowie marynarki odpowiedzialni za analizę przechwyconych przez te urządzenia dźwięków, wykryli nieznany odgłos, którego pochodzenia nie potrafili wyjaśnić. Ów „charakterystyczny dźwięk” pojawiał się w tym samym zakresie fal co warkot śrub okrętowych.
Szwedzki sztab generalny, sądząc, że wkrótce udaremni zasadzkę radzieckich łodzi podwodnych, odkomenderował ludzi do przeprowadzenia śledztwa. W sektorze zmobilizowano okręty podwodne, lecz nie udało się nawiązać połączenia radiowego z jednostką będącą domniemanym źródłem dźwięków ani zaobserwować jej na żadnym sonarze. Szwedzi, przekonani, że mają do czynienia z nieprzyjacielem dysponującym zaawansowaną technologią kamuflażu, wysłali samoloty i okręty wojenne, które przez miesiąc patrolowały cały obszar. Wszystkie jednostki składały taki sam raport: w miejscach, skąd dochodził sygnał, zauważano zawsze wypływające na powierzchnię bąbelki, ale łódź podwodna pozostawała nieuchwytna. Szwecja prawie wywołała incydent dyplomatyczny z udziałem ZSRR, który oczywiście zaprzeczył, jakoby sowieckie łodzie poruszały się po wodach Bałtyku. W kolejnych miesiącach i latach do sprawy „charakterystycznych dźwięków” wracano jeszcze kilkakrotnie. Za każdym razem, gdy dało się je słyszeć, wojskowi i dyplomaci na próżno usiłowali wyjaśnić i uspokoić sytuację. Zręczność i bezczelność, z jakimi te radzieckie okręty wodziły szwedzką marynarkę za nos, stanowiły dla wojskowych prawdziwy afront. Mimo wszystkich wysiłków armii niepokojące odgłosy w dalszym ciągu siały panikę widoczną zarówno na sonarach, jak i w świecie dyplomacji, a sytuacja nie poprawiła się nawet po upadku Związku Radzieckiego. W 1994 roku szwedzki rząd, doprowadzony na skraj wytrzymałości nerwowej, zrezygnował z dalszych prób rozwiązania łamigłówki. Premier Carl Bildt napisał do prezydenta Borysa Jelcyna list, w którym zarzucał mu, że nie jest w stanie zapanować nad ruchami swojej podwodnej floty. Jelcyn, rzecz jasna, wszystkiemu zaprzeczył.
Dopiero w 1996 roku szwedzka armia pozwoliła cywilom – zespołowi bioakustyków pod przewodnictwem profesora Magnusa Wahlberga – posłuchać zagadkowych odgłosów sklasyfikowanych jako „tajemnica wojskowa”. Naukowcy mieli podjąć próbę ich zidentyfikowania. Zanalizowawszy „charakterystyczne dźwięki”, uniewinnili rosyjskie łodzie podwodne i ustalili tożsamość winowajcy – była nim ławica śledzi.
Kiedy ryby zbijają się na noc w gromadę, podejmują dość oryginalną rozmowę: komunikują się za pomocą… wiatrów! Ich pęcherz pławny, organ zapewniający równowagę podczas pływania, wyposażony jest w skomplikowaną aparaturę, która produkuje gaz, a następnie wydala go naturalnymi kanałami. Ten koncert bąków niesie złożone informacje: składa się z sygnałów dźwiękowych powtarzanych rytmicznie w przedziałach od trzydziestu dwóch do stu trzydziestu trzech milisekund. Ryby wykorzystują je, by porozumiewać się na częstotliwościach niesłyszalnych dla polujących na nie drapieżników – nie licząc szwedzkiej marynarki. Pierdnięcia powodują też powstawanie poetyckiej kurtyny baniek, która pomaga śledziom trzymać się razem w ciemności. Wieczorową porą bąbelki szybują w górę wśród połyskujących ciał, tworząc harmonijny spektakl, z pewnością znacznie bardziej kojący niż perspektywa wojny, która za ich sprawą niemal rozpętała się w Europie Północnej.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.
Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5199929/granice-zycia-co-wspolczesna-nauka-mowi-nam-o-swiadomosci-zyciu-i-smierci
Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.
Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.
Problem polega na tym, że superkomputer oraz AI może odtwarzać wszystkie funkcje świadomości człowieka mając tej świadomości tyle, co noga stołowa bez korników. Bo nawet korniki mają nieskończenie wiele więcej świadomości, niż najnowocześniejszy komputer oparty wyłącznie na zjawiskach fizycznych zbadanych przez naukę w stu procentach..
JW
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5199929/granice-zycia-co-wspolczesna-nauka-mowi-nam-o-swiadomosci-zyciu-i-smierci
Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.
Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.
Problem polega na tym, że superkomputer oraz AI może odtwarzać wszystkie funkcje świadomości człowieka mając tej świadomości tyle, co noga stołowa bez korników. Bo nawet korniki mają nieskończenie wiele więcej świadomości, niż najnowocześniejszy komputer oparty wyłącznie na zjawiskach fizycznych zbadanych przez naukę w stu procentach..
JW
Panie Witoldzie, nie o tym jest ta książka.
To o OOBE, świadomości w kontekście naukowym.
Cegła, ale na tyle ciekawie napisana, że nawet tak średni entuzjasta jak ja zdoła dobrnąć do końca.
A Pana te tematy interesują, więc tym bardziej da Pan radę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Sob Sty 03, 2026 16:29, w całości zmieniany 2 razy
Kto powiedział, że Nauka nie może dawać odpowiedzi na pytania o duszę czy świadomość.
Widać jak na dłoni, że są to zjawiska fizyczne.
Mam te ksiazke od dawna w koszyku ale fizycznie nie wyrabiam. Warto po to siegnac?
Strix aluco napisał/a:
Oczywiście można będąc naukowym ignorantem wierzyć, że dusze mają tylko ci, którzy wierzą w jakieś bóstwa i chodzą do kościoła.
A to musi byc polaczone? W ogole nie wiem ale masz jakos tak powiazane stereotypy jak ktos uwaza, ze ma dusze to musi od razu zasuwac do kosciola i wierzyc w bostwa. Nie sadze, ze marcin zasuwa do kosciola, a dziura w ziemi to raczej nie bostwo. No chyba, ze mistrzowie to bostwa. Nie wiem
Co do swiadomosci to wyszla ksiazka prof. Talara, zwalczanego przez polska medycyne
Cytat:
„Będziesz miał kłopoty, będziesz załatwiony!”
Moje dokonania kliniczne, organizacyjne, naukowe i osobiste dodawały mi siły życiowej do jeszcze większej pracy, do kolejnych prób ratowania chorych w krytycznych stanach śpiączki mózgowej. Czułem, że jestem na właściwej drodze, że udało mi się stworzyć coś unikatowego, miejsce, w którym lekarz mógł naprawdę walczyć o życie pacjenta. Ale szczęście, jak to w życiu bywa, znów okazało się ulotne.
Powód? Publicznie wypowiedziane przeze mnie zdanie: „W Polsce dokonuje się eutanazji na chorych w śpiączce mózgowej”. Te słowa wybrzmiały w Telewizji Polskiej, w programie redaktora Jana Pospieszalskiego, i wstrząsnęły opinią publiczną. Polecono mi je odwołać. Gdybym to zrobił, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale nie mogłem. Byłoby to wbrew mojemu sumieniu i temu, czego doświadczyłem przy łóżkach pacjentów. Zbyt wielu chorych ratowałem w sytuacjach, które inni uznawali za „bezpowrotne”. Zbyt wiele razy widziałem, jak błędne diagnozy mogły zakończyć się śmiercią. Nie mogłem cofnąć moich słów, bo oznaczałoby to zdradę samego siebie, moich pacjentów i mojego powołania.
Usłyszałem wtedy groźbę: „Jak będziesz leczyć ciężkie przypadki, będziesz miał kłopoty. To się tak nie skończy. Będziesz załatwiony.” I faktycznie zostałem. Wkrótce znalazłem się poza murami kliniki, którą własnymi rękami i własną głową stworzyłem, poza wymarzonym warsztatem ratowania ludzi ze stanów krytycznych. Razem ze mną skończyła się w Collegium Medicum era wczesnego leczenia pacjentów w śpiączce mózgowej i z ciężkimi uszkodzeniami mózgu i pnia mózgu, czyli tych, którzy w skali Glasgow uzyskiwali poniżej 8 punktów. Takich pacjentów - najbardziej bezbronnych i potrzebujących - przestano przyjmować do jakichkolwiek ośrodków, zarówno publicznych, jak i prywatnych.
Na to wszystko nałożyło się dodatkowe brzemię - postępowanie w okręgowej izbie lekarskiej - wszczęte na wniosek profesora transplantologa, doktora habilitowanego neurologa i koordynatora pielęgniarza. Oskarżono mnie o „utrudnianie pobierania narządów od chorego leczonego w akademickim OIT”, zanim orzeczono u niego tzw. „śmierć mózgu”. Sprawa ciągnęła się latami. Ostatecznie zakończyła się umorzeniem, ale kosztowała mnie mnóstwo zdrowia, czasu i energii.
Przy tej okazji przekonałem się, jak działają tzw. sądy lekarskie. Używam tu wyrażenia „tak zwane” nie bez powodu. Z sądem nie mają nic wspólnego poza nazwą. Często nie są niezależne, równie często nie są bezstronne, a orzekający niejednokrotnie nie mają ani przygotowania prawnego, ani odpowiedniej wiedzy merytorycznej. Bywa, że ci sami lekarze pracują dla koncernów farmaceutycznych, a później decydują o sprawach, które wprost dotyczą tych koncernów. W mojej sprawie paradoks polegał na tym, że ja - oskarżony - byłem najlepiej przygotowanym specjalistą, z największym dorobkiem naukowym i praktyką w ratowaniu chorych, o których rozstrzygano. Brzmiało to groteskowo, wyglądało dramatycznie, ale było faktem.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Czytać zawsze warto.
Książka Sam Parnia jest o tym, że współczesne techniki resuscytacji zapobiegają także uszkodzeniu komórek, więc pacjent może być w stanie śmierci klinicznej długo.
Neurony nie obumierają więc jest dużo czasu na doznania mistyczne.
Pewnie mało tu kto wie, że Wolfgang Lutz przyczynił się znacznie do wprowadzenia hipotermii do technik resuscytacji.
Jeśli zaś ktoś oczekuje tego, że w książce będą opowiadania pacjentów, jak to wychodzą z ciała i popierdzielają swoim plazmowym ciałem przez odległe galaktyki, to się rozczaruje.
Jeśli zaś ktoś oczekuje tego, że w książce będą opowiadania pacjentów, jak to wychodzą z ciała i popierdzielają swoim plazmowym ciałem przez odległe galaktyki, to się rozczaruje.
Ksiazki o OOBE sa ksiazkami o czyms innym, wiec nie dziwne.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Jeśli zaś ktoś oczekuje tego, że w książce będą opowiadania pacjentów, jak to wychodzą z ciała i popierdzielają swoim plazmowym ciałem przez odległe galaktyki, to się rozczaruje.
Ksiazki o OOBE sa ksiazkami o czyms innym, wiec nie dziwne.
W cytowaniej przeze mnie książce autor wspomina o tym zjawisku. W kontekście naukowym, o czym wcześniej wspomniałem.
Ty mówisz o książkach, w których ludzie opisują swoje doświadczenia z wychodzeniem z ciała, lub książkach rzekomo instruktażowych jak to zrobić coby tego doświadczyć.
A teraz, na logikę rzecz biorąc, gdyby to było takie łatwe, a przede wszystkim gdyby było możliwe, to wywiady mocarstw dysponujące miliardami dolarów i mnóstwem ludzkich królików doświadczalnych już dawno by z tego skorzystały.
Po co wydawać miliardy na satelity szpiegowskie i całą resztę składowych wywiadu, jeśli za kilkaset tysięcy można by było wyłowić jednego żołnierza ze zdolnościami do wychodzenia z ciała.
Bieżył by on swoim ciałem astralnym do siedziby Putina, podsłuchiwał, podglądał, a potem wracał i zdawał relację przełożonym w USA.
Polecam książkę "Człowiek, który gapił się na kozy".
Jest też zresztą świetny film stworzony na jej podstawie z genialną obsadą.
Ty mówisz o książkach, w których ludzie opisują swoje doświadczenia z wychodzeniem z ciała, lub książkach rzekomo instruktażowych jak to zrobić coby tego doświadczyć.
Sa ksiazki i takie i takie, jest nawet polski autor, ktory prawie masowo wydaje ksiazki z opisem swoich "podrozy". Czy to latwe? Nie sadze, oprocz predyspozycji decyduje tez swiatopoglad, bo umysl, czy tez "dusza" ma wladze nad pewnymi aspektami swiadomosci. Ja wiem, ze to mozliwe, bo to zrobilem i nie jest to latwe, to jak szukanie malej stacji radiowej w deszczowa pogode. Np Dariusz Sugier ma chyba jakies kursy tego typu. Znam wielu co "nie wierzylo" ale jak sie nauczylo to nie musialo "uwierzyc", bo jak cos wiesz to nie musisz wierzyc.
Strix aluco napisał/a:
A teraz, na logikę rzecz biorąc, gdyby to było takie łatwe, a przede wszystkim gdyby było możliwe, to wywiady mocarstw dysponujące miliardami dolarów i mnóstwem ludzkich królików doświadczalnych już dawno by z tego skorzystały.
Po co wydawać miliardy na satelity szpiegowskie i całą resztę składowych wywiadu, jeśli za kilkaset tysięcy można by było wyłowić jednego żołnierza ze zdolnościami do wychodzenia z ciała.
Bieżył by on swoim ciałem astralnym do siedziby Putina, podsłuchiwał, podglądał, a potem wracał i zdawał relację przełożonym w USA.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Ty mówisz o książkach, w których ludzie opisują swoje doświadczenia z wychodzeniem z ciała, lub książkach rzekomo instruktażowych jak to zrobić coby tego doświadczyć.
Sa ksiazki i takie i takie, jest nawet polski autor, ktory prawie masowo wydaje ksiazki z opisem swoich "podrozy". Czy to latwe? Nie sadze, oprocz predyspozycji decyduje tez swiatopoglad, bo umysl, czy tez "dusza" ma wladze nad pewnymi aspektami swiadomosci. Ja wiem, ze to mozliwe, bo to zrobilem i nie jest to latwe, to jak szukanie malej stacji radiowej w deszczowa pogode. Np Dariusz Sugier ma chyba jakies kursy tego typu. Znam wielu co "nie wierzylo" ale jak sie nauczylo to nie musialo "uwierzyc", bo jak cos wiesz to nie musisz wierzyc.
Strix aluco napisał/a:
A teraz, na logikę rzecz biorąc, gdyby to było takie łatwe, a przede wszystkim gdyby było możliwe, to wywiady mocarstw dysponujące miliardami dolarów i mnóstwem ludzkich królików doświadczalnych już dawno by z tego skorzystały.
Po co wydawać miliardy na satelity szpiegowskie i całą resztę składowych wywiadu, jeśli za kilkaset tysięcy można by było wyłowić jednego żołnierza ze zdolnościami do wychodzenia z ciała.
Bieżył by on swoim ciałem astralnym do siedziby Putina, podsłuchiwał, podglądał, a potem wracał i zdawał relację przełożonym w USA.
Nikt nie zaprzeczył, ani nikt nie potwierdził.
Tak rodzą się legendy, teorie spiskowe.
Mnie niestety, albo stety nie interesują tego typu dyskusje.
To jest dla mojego racjonalnego umysłu nurzące.
Analizując takie rzeczy sięgam do bazy danych zgromadzonych w mózgu. Nie lubię bajeczek. Wolę układanki.
Jeśli są dane na temat jakiegoś zdarzenia, doświadczenia, to można sobie poanalizować czy to odrealnienie, depersonalizacja, czy może coś innego.
Jest mnóstwo rzeczy tego typu. Np Zespół Cotarda.
Na to wszystko mogą chwilowo zapaść zdrowi psychicznie ludzie. Nie jest to domena chorych psychicznie.
Reinhold Messner opisywał w książce "Naga góra" Syndrom Trzeciego Człowieka.
To bardzo realne doznania. Znaczna część himalaistów nie tylko widzi i słyszy tego nieistniejącego towarzysza wspinaczki. Czują też jego dotyk.
Stres, niedotlenienie, poczucie osamotnienia wywołują tego typu halucynacje u zdrowych ludzi.
W taki sposób mógłbym na te tematy dyskutować do bólu.
Ogólnikowe rozmowy o zjawiskach paranormalnych są dobre na forach poświęconych magii, czarom itp.
Lubię czasem obejrzeć coś w stylu z Archiwum X, SF, horror, a nawet fantasy, ale to jest forma relaksu.
To forum traktuję tylko i wyłącznie jako forum naukowe.
To że w tematach duchowości napiszę coś czasem dla zabawy, nie czyni mnie uczestnikiem tych dyskusji.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Nie Sty 04, 2026 22:24, w całości zmieniany 1 raz
Nikt nie zaprzeczył, ani nikt nie potwierdził.
Tak rodzą się legendy, teorie spiskowe.
Tak jak z ksiazkami Snowdena czy artykulami Juliana Assagne, ktore sie potwierdzily i potwierdzaja, sprzed paru dni nawet w Ameryce Pld. Zyjemy w czasach gdy teorie spiskowe staja sie praktykami zanim zdaza sie rozprzestrzenic. Ale to nie moja sprawa kto jaki ma swiatopoglad. Oczywiscie mozna zaslaniac oczy i udawac, ze to dziala, nic mi do tego. W ksiazce "48 Godzin" Alistair Maclean doskonale opisuje taka taktyke - " Był to rzeczywiście bardzo dobry srodek obronny. Prawie tak skuteczny jak zasłoniecie się gazeta przed strzalem z Colta.
Strix aluco napisał/a:
Mnie niestety, albo stety nie interesują tego typu dyskusje.
To jest dla mojego racjonalnego umysłu nurzące.
Zatem polecam zanurzyc sie w nuzacych odmetach slownika ortograficznego. Tam sa konkrety.
Strix aluco napisał/a:
W taki sposób mógłbym na te tematy dyskutować do bólu.
Ogólnikowe rozmowy o zjawiskach paranormalnych są dobre na forach poświęconych magii, czarom itp.
Lubię czasem obejrzeć coś w stylu z Archiwum X, SF, horror, a nawet fantasy, ale to jest forma relaksu.
Dyskusje to sol forumowania, jezeli jest takie wyrazenie. No ale jezeli "nurzy" cie to na co rzady wydaja miliony w tajnych projektach, no to coz, zawsze mozesz z marcinem przedyskutowac kwestie plci u aniolow, energozasobnosc dziur w zemi albo czy dwa wiadra wapnia sa skuteczniejsze niz jedno i tu nawet Raw0 cos wtraci.
A film o czlowieku co gapil sie na kozy ogladalem oczywiscie gdy wyszedl
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Nikt nie zaprzeczył, ani nikt nie potwierdził.
Tak rodzą się legendy, teorie spiskowe.
Tak jak z ksiazkami Snowdena czy artykulami Juliana Assagne, ktore sie potwierdzily i potwierdzaja, sprzed paru dni nawet w Ameryce Pld. Zyjemy w czasach gdy teorie spiskowe staja sie praktykami zanim zdaza sie rozprzestrzenic. Ale to nie moja sprawa kto jaki ma swiatopoglad. Oczywiscie mozna zaslaniac oczy i udawac, ze to dziala, nic mi do tego. W ksiazce "48 Godzin" Alistair Maclean doskonale opisuje taka taktyke - " Był to rzeczywiście bardzo dobry srodek obronny. Prawie tak skuteczny jak zasłoniecie się gazeta przed strzalem z Colta.
Strix aluco napisał/a:
Mnie niestety, albo stety nie interesują tego typu dyskusje.
To jest dla mojego racjonalnego umysłu nurzące.
Zatem polecam zanurzyc sie w nuzacych odmetach slownika ortograficznego. Tam sa konkrety.
Strix aluco napisał/a:
W taki sposób mógłbym na te tematy dyskutować do bólu.
Ogólnikowe rozmowy o zjawiskach paranormalnych są dobre na forach poświęconych magii, czarom itp.
Lubię czasem obejrzeć coś w stylu z Archiwum X, SF, horror, a nawet fantasy, ale to jest forma relaksu.
Dyskusje to sol forumowania, jezeli jest takie wyrazenie. No ale jezeli "nurzy" cie to na co rzady wydaja miliony w tajnych projektach, no to coz, zawsze mozesz z marcinem przedyskutowac kwestie plci u aniolow, energozasobnosc dziur w zemi albo czy dwa wiadra wapnia sa skuteczniejsze niz jedno i tu nawet Raw0 cos wtraci.
A film o czlowieku co gapil sie na kozy ogladalem oczywiscie gdy wyszedl
Brawo. Na ponad 1000 moich postów znalazłeś 1 błąd ortograficzny.
Zauważyłem go po niewczasie, kiedy nie można już było edytować tekstu.
Kiedy czytam swoje posty po opublikowaniu, to wyłapuję błędy i poprawiam. Widać to w stopce.
Robię to dlatego, żeby to wyglądało jako tako.
Natomiast Ty masz totalny olew. Udajesz luzaka, który chce się wyróżniać brakiem polskich znaków.
Efekt jest taki, że trudno zrozumieć o czym piszesz. To i tak zresztą nie ma znaczenia, bo i tak zwykle pleciesz trzy po trzy. Nie było by więc sensu poświęcać kilku minut na instalację polskich znaków.
Luzna guma, lubie edukowac ludzi z ortografii, bo wygralem kilka olimpiad. Nic osobistego. Do reszty wypowiedzi tez sie odnioslem ale chcialem ci dac pretekst zebys mogl to skrzetnie pominac z braku argumentow. Nie dziekuj
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Luzna guma, lubie edukowac ludzi z ortografii, bo wygralem kilka olimpiad. Nic osobistego. Do reszty wypowiedzi tez sie odnioslem ale chcialem ci dac pretekst zebys mogl to skrzetnie pominac z braku argumentow. Nie dziekuj
Nie masz żadnych argumentów, dlatego uczepiłeś się jednego błędu ortograficznego na 100 tysięcy napisanych słów.
Przytoczę ci przykład jak wyglądały próby CIA ze zjawiskami psi.
W 1978 roku w Zairze rozbił się radziecki bombowiec Tupolew-22. CIA chciało znaleźć miejsce katastrofy, więc skorzystali z "pomocy" tzw "medium". Taki ichni wróżbita Maciej.
Medium narysowało ogon samolotu w dżungli i powiedziało, że gdzieś w dżungli.
Rzeczywiście odkrycie, jeśli praktycznie całości ówczesnego Zairu to lasy deszczowe..
To tak jakby powiedział, że samolot, który rozbił się na Saharze leży w piachu.
Summa summarum znaleźli Tupolewa bo tubylcy z wszystkich okolicznych wiosek, znosili części z rozwalonego samolotu do swoich domostw i któryś z informatorów doniósł o tym CIA.
A te legendy o zdolnościach paranormalnych biorą się właśnie z takich sytuacji, że owo medium przypisało sobie sukces operacji CIA.
To że nie podważali jego wersji wynikało z dwóch rzeczy.
Pierwsza, to CIA nie toczy takich sporów publicznie.
Druga to dezinformacja. Niech ruskie myslą, że CIA ma jasnowidza.
Mieli przy tym niezły ubaw.
Ty automatycznie czepiasz się tej wersji "prawdy", którą przedstawia "medium", bo masz naturalne inklinacje mentalne do wiary w magię.
Z Marcina szydzisz, a sam żeś nie lepszy mitoman.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 05, 2026 14:24, w całości zmieniany 2 razy
E tam, twoje projekcje mnie nie interesuja. A podanie jakiegos tam z palca wyssanego przykladu tez o niczym nie swiadczy. Nie nspisales nic o Snowdenie i Assangnu, choc ten ostatni pisal o tym co sie dzieje teraz, o Wenezueli. Nawet hitlerowcy przeprowadzali rozne tzw mistyczne i ezoteryczne eksperymenty, mieli tajne komorki tym sie zajmujace.
Widac kazda mozliwosc jest do rozwazenia a co do magii, to akurat tak sie sklada, ze nasz ulubiony Feynman powiedzial kiedys "magia to nauka, ktorej jeszcze nie rozumiemy". Ale on byl z tych co sie caly czas ucza i poszukuja a nie juz posiedli wszelka "mondroscl
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
E tam, twoje projekcje mnie nie interesuja. A podanie jakiegos tam z palca wyssanego przykladu tez o niczym nie swiadczy. Nie nspisales nic o Snowdenie i Assangnu, choc ten ostatni pisal o tym co sie dzieje teraz, o Wenezueli. Nawet hitlerowcy przeprowadzali rozne tzw mistyczne i ezoteryczne eksperymenty, mieli tajne komorki tym sie zajmujace.
Widac kazda mozliwosc jest do rozwazenia a co do magii, to akurat tak sie sklada, ze nasz ulubiony Feynman powiedzial kiedys "magia to nauka, ktorej jeszcze nie rozumiemy". Ale on byl z tych co sie caly czas ucza i poszukuja a nie juz posiedli wszelka "mondroscl
O jakim poszukiwaniu mówisz?
Za pomocą jakich narzędzi chcesz te niewtłumaczone jeszcze zjawiska wytłumaczyć, jeśli twoja wiedza z zakresu nauk ścisłych vel nauk przyrodniczych jest na poziomie gimnazjalisty?
Pozostaje ci tylko wiara w magię.
Feynam użył przenośni, a w myśleniu abstrstrakcyjnym mocny nie jesteś.
Jeśli Bruce Lee powiedział - "bądź jak woda", to bierzesz to dosłownie, czy jako metaforę?
Zapomniał bym.
Ten jasnowidz który rzekomo pomógł CIA odnaleźć Tupolewa to Gary Langford o ile pamiętam.
Powyżej link do opisu całego zdarzenia.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 05, 2026 16:29, w całości zmieniany 1 raz
Caly Grzegorz, wklei jakiegos z koziego zadka wzietego bloga pisanego nie wiadomo przez kogo i oto mamy slowo panskie z ktorym nalezy polemizowac. Teraz powinienem odrzucic jakiegos rownie "rzetelnego" blogaska i tak do usranej smierci. Jak pisalem ping-pong dla samego ping-ponga mnie nie interesuje, choc to twoja ulubiona rozrywka
Strix aluco napisał/a:
O jakim poszukiwaniu mówisz?
Za pomocą jakich narzędzi chcesz te niewtłumaczone jeszcze zjawiska wytłumaczyć, jeśli twoja wiedza z zakresu nauk ścisłych vel nauk przyrodniczych jest na poziomie gimnazjalisty?
O roznych opisanych w ksiazkach na te tematy, ale podejrzewam, ze zadnej nie czytales za to zaraz mi wkleisz kolejnego blogasa z tylka wyciagnietego. Bo widze, ze to twoje zrodla - blogi. Co do wiedzy z zakresu nauk scislych to bym nie szarzowal, wszak dopiero co wspomniales, ze jestes prostym niewyksztalconym chlopem. Rosjanie tez od dawna sa/byli zainteresowani ta tematyka.
https://www.focus.pl/arty...elektrowstrzasy Przez krótki okres programy „Artichoke” i „MKUltra” funkcjonowały równolegle, z czasem jednak ten drugi wchłonął poprzednika, by rozrosnąć się do niebywałych rozmiarów. Co ciekawe, we wszystkich trzech programach badań nad możliwością manipulowania ludzkim umysłem („[b]Bluebird”, „Artichoke” i „MKUltra”) CIA bez skrupułów wykorzystywała wiedzę i doświadczenie nazistowskich naukowców, których po wojnie sprowadzono do USA w ramach operacji „Paperclip”. Pod przykrywką pomocy Amerykanie dali schronienie zbrodniarzom z Trzeciej Rzeszy, bo zależało im na pozyskaniu wyników eksperymentów, które naziści bez żadnej kontroli przeprowadzali w obozach koncentracyjnych.[/b]
Strix aluco napisał/a:
Feynam użył przenośni, a w myśleniu abstrstrakcyjnym mocny nie jesteś.
No widze, ze mamy tu rzecznika prasowego Feynmana. A wiesz w ogole z jakiej ksiazki i w pochodzi ten cytat w jakim kontekscie padl? Jak sie dowiesz to pewnie bedzie ci lyso....albo nie, nie bedzie, niektorzy niemaja nawet elementarnego poczucia zenady i impertynencje posunieta do granic absurdu.
Strix aluco napisał/a:
Zapomniał bym.
Ten jasnowidz który rzekomo pomógł CIA odnaleźć Tupolewa to Gary Langford o ile pamiętam.
Nie znam tego przypadku i szczerze mowiac to mnie to nie bardzo interesuje jakis Tupolew, najwyrazniej nie zrozumiales albo nie czytales o tym czym byl Project Mannequin i jego podprojekt MK Ultra. To sa zupelnie inne rzeczy niz jasnowidzenie. Jezeli lubisz jasnowidzow czytac to polecam ci naszego rodaka Jaskowskiego czy jak ,mu tam, rozrywka w sam raz dla ciebie. Moze nawet ci opowie co sie stalo z naszym slynnym Tupolewem.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Caly Grzegorz, wklei jakiegos z koziego zadka wzietego bloga pisanego nie wiadomo przez kogo i oto mamy slowo panskie z ktorym nalezy polemizowac. Teraz powinienem odrzucic jakiegos rownie "rzetelnego" blogaska i tak do usranej smierci. Jak pisalem ping-pong dla samego ping-ponga mnie nie interesuje, choc to twoja ulubiona rozrywka
Strix aluco napisał/a:
O jakim poszukiwaniu mówisz?
Za pomocą jakich narzędzi chcesz te niewtłumaczone jeszcze zjawiska wytłumaczyć, jeśli twoja wiedza z zakresu nauk ścisłych vel nauk przyrodniczych jest na poziomie gimnazjalisty?
O roznych opisanych w ksiazkach na te tematy, ale podejrzewam, ze zadnej nie czytales za to zaraz mi wkleisz kolejnego blogasa z tylka wyciagnietego. Bo widze, ze to twoje zrodla - blogi. Co do wiedzy z zakresu nauk scislych to bym nie szarzowal, wszak dopiero co wspomniales, ze jestes prostym niewyksztalconym chlopem. Rosjanie tez od dawna sa/byli zainteresowani ta tematyka.
https://www.focus.pl/arty...elektrowstrzasy Przez krótki okres programy „Artichoke” i „MKUltra” funkcjonowały równolegle, z czasem jednak ten drugi wchłonął poprzednika, by rozrosnąć się do niebywałych rozmiarów. Co ciekawe, we wszystkich trzech programach badań nad możliwością manipulowania ludzkim umysłem („[b]Bluebird”, „Artichoke” i „MKUltra”) CIA bez skrupułów wykorzystywała wiedzę i doświadczenie nazistowskich naukowców, których po wojnie sprowadzono do USA w ramach operacji „Paperclip”. Pod przykrywką pomocy Amerykanie dali schronienie zbrodniarzom z Trzeciej Rzeszy, bo zależało im na pozyskaniu wyników eksperymentów, które naziści bez żadnej kontroli przeprowadzali w obozach koncentracyjnych.[/b]
Strix aluco napisał/a:
Feynam użył przenośni, a w myśleniu abstrstrakcyjnym mocny nie jesteś.
No widze, ze mamy tu rzecznika prasowego Feynmana. A wiesz w ogole z jakiej ksiazki i w pochodzi ten cytat w jakim kontekscie padl? Jak sie dowiesz to pewnie bedzie ci lyso....albo nie, nie bedzie, niektorzy niemaja nawet elementarnego poczucia zenady i impertynencje posunieta do granic absurdu.
Strix aluco napisał/a:
Zapomniał bym.
Ten jasnowidz który rzekomo pomógł CIA odnaleźć Tupolewa to Gary Langford o ile pamiętam.
Nie znam tego przypadku i szczerze mowiac to mnie to nie bardzo interesuje jakis Tupolew, najwyrazniej nie zrozumiales albo nie czytales o tym czym byl Project Mannequin i jego podprojekt MK Ultra. To sa zupelnie inne rzeczy niz jasnowidzenie. Jezeli lubisz jasnowidzow czytac to polecam ci naszego rodaka Jaskowskiego czy jak ,mu tam, rozrywka w sam raz dla ciebie. Moze nawet ci opowie co sie stalo z naszym slynnym Tupolewem.
Nigdy nie widziałem, żebyś tu napisał jakiś naukowy wywód, który wymaga wiedzy z zakresu nauk ścisłych.
Zawsze możesz to zmienić.
Mniemam, że taki ekspert od Fizyki jak Ty, który uważa Michio Kaku za popnaukowca dałby radę.
To co? Jedziemy?
Podrzuć temat.
Naukowy wywod?A kim ty jestes zeby takie wywody oceniac, masz jakies kompetencje intelektualne i predyspozycje specjalistyczne? Uwazasz, ze forum to miejsce na wywody naukowe? No coz, nie bede sie smial, jedni mysla, ze forum jest od wywodow naukowych a inni, ze od rozmow o aniolach i jedzeniu wapnia. I paradoksalnie ci drudzy maja racje. Na tym chyba poprzestanmy. A Michio Kaku owszem, popnauka co mu w niczym nie umniejsza, lubie jego ksiazki pomimo, ze spora czesc to lanie wody i niczym nie poparte spekulacje, ktore peczkami obalano. Feynman tez sie zapuszczal na te rejony, bo mial dystans, ktorego najwyrazniej ci brakuje, bos napiety niczym plandeka na zuku.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Naukowy wywod?A kim ty jestes zeby takie wywody oceniac, masz jakies kompetencje intelektualne i predyspozycje specjalistyczne? Uwazasz, ze forum to miejsce na wywody naukowe? No coz, nie bede sie smial, jedni mysla, ze forum jest od wywodow naukowych a inni, ze od rozmow o aniolach i jedzeniu wapnia. I paradoksalnie ci drudzy maja racje. Na tym chyba poprzestanmy. A Michio Kaku owszem, popnauka co mu w niczym nie umniejsza, lubie jego ksiazki pomimo, ze spora czesc to lanie wody i niczym nie poparte spekulacje, ktore peczkami obalano. Feynman tez sie zapuszczal na te rejony, bo mial dystans, ktorego najwyrazniej ci brakuje, bos napiety niczym plandeka na zuku.
Czyli kancierta nie budiet. Zyon nasrał w patefon.
Pomyliłeś parafrazę trzeciego prawa Arthura C. Clarka ze słowami Feynmana.
https://www.techpedia.pl/...p?str=tp&no=840
To częste jeśli żyje się w świecie magii.
Jeśli nie masz ochoty na naukowe dyskusje, to chociaż napisz jak tam jest po drugiej stronie lustra.
A teraz obszerny fragment z książki "Pan raczy żartować, panie Feynman"
Cytat:
Telepaci
Mój ojciec zawsze interesował się magią i karnawałowymi sztuczkami, chciał wiedzieć, na czym one polegają. Już w dzieciństwie rozgryzł telepatów. Kiedy był małym chłopcem, dorastającym w miasteczku Patchogue na środku Long Island, pewnego dnia pojawiły się plakaty z ogłoszeniem, że w następną środę przyjeżdża z występem telepata. Na plakatach napisane było, że znani i szanowani obywatele – burmistrz, sędzia, bankier – mają schować w jakimś miejscu w swoich domach banknot pięciodolarowy, a telepata go znajdzie.
Kiedy przyjechał, zebrali się ludzie, żeby popatrzeć na występ. Kolejno brał za rękę bankiera i sędziego, którzy ukryli banknoty, szedł ulicą, dochodził do skrzyżowania, skręcał, potem znowu skręcał i stawał pod właściwym domem. Wchodził do środka, dalej trzymając bankiera czy sędziego za rękę, szedł na pierwsze piętro, do właściwego pokoju, podchodził do biurka, puszczał rękę, otwierał właściwą szufladę i wyciągał banknot pięciodolarowy. Coś niesamowitego!
W tych czasach trudno było o dobre wykształcenie, więc ojciec wynajął telepatę na prywatnego nauczyciela dla siebie. Po jednej z lekcji ojciec zapytał telepatę, w jaki sposób znajdował pieniądze, nie wiedząc, gdzie one są.
Telepata wyjaśnił, że trzeba chwycić gościa za rękę dość luźno i poruszać się lekkimi szarpnięciami. Kiedy dochodzisz do skrzyżowania, szarpiesz trochę w lewo i jeśli to jest zły kierunek, napotykasz pewien opór, ponieważ ludzie sądzą, że ty rzeczywiście wiesz, dokąd masz iść. A więc w każdej sytuacji, kiedy jest wybór drogi, trzeba trochę szarpać za rękę, sprawdzając wszystkie możliwości.
Ojciec opowiedział mi o tym, ale sądził, że musiałby wiele poćwiczyć, żeby samemu zabawić się w telepatę, więc nigdy nie próbował.
Później, kiedy studiowałem w Princeton, postanowiłem wypróbować tę metodę na koledze, który nazywał się Bill Woodward. Ni stąd, ni zowąd oznajmiłem, że jestem telepatą i potrafię czytać mu w myślach. Kazałem mu wejść do „laboratorium” – dużej sali z rzędami stołów z różnego rodzaju sprzętem, elektroniką, narzędziami i innym żelastwem – zanotować w pamięci jakiś przedmiot, a potem wyjść na korytarz.
– A teraz przeczytam ci w myślach, który przedmiot wybrałeś, i zaprowadzę cię do niego – wyjaśniłem.
Wszedł, zanotował w pamięci jakąś rzecz i wyszedł. Wziąłem go za rękę i zacząłem „szarpanie”. Poszliśmy wzdłuż tego rzędu stołów, potem tamtego i trafiliśmy prosto na wybrany przez niego przedmiot. W sumie przeprowadziliśmy trzy próby – raz znalazłem dokładnie to, co trzeba, chociaż stało wśród innych rzeczy, raz spudłowałem o kilka cali (właściwe miejsce, ale nie ten przedmiot), a raz coś poszło nie tak. W sumie udało się lepiej, niż myślałem. Telepatia okazała się bardzo prosta.
Jakiś czas później, kiedy miałem chyba dwadzieścia sześć lat, pojechaliśmy z ojcem do Atlantic City, gdzie odbywały się różne imprezy karnawałowe pod gołym niebem. Mój ojciec miał coś do załatwienia, a ja poszedłem obejrzeć telepatę. Siedział na scenie plecami do publiczności, ubrany w coś w rodzaju togi i wielki turban. Miał pomocnika, który kręcił się wśród zebranych i pytał:
– O, Wielki Mistrzu, jaki jest kolor notesu, który trzymam w ręce?
– Niebieski! – mówi Mistrz.
– Eminencjo, a jak ma na imię ta kobieta?
– Marie!
Wstaje jakiś facet:
– Jak ja mam na imię?
– Henry.
Wstaję ja i pytam: – A jak ja mam na imię?
Nie odpowiedział. Ten drugi facet musiał być podstawiony, ale nie potrafiłem wymyślić, na czym polegają inne sztuczki, na przykład rozpoznanie koloru notesu. Może ma pod turbanem mikrofon?
Kiedy spotkałem się z ojcem i opowiedziałem mu o tym, odparł: „Mają jakiś szyfr, ale nie wiem jaki. Wróćmy tam i dowiedzmy się”.
Jednak na miejscu ojciec powiedział do mnie: „Masz tu pięćdziesiąt centów. Idź i każ sobie przepowiedzieć przyszłość w tamtej budzie, zobaczymy się za pół godziny”.
Wiedziałem, o co mu chodzi. Miał zamiar wcisnąć telepacie jakąś bujdę, a ja mógłbym się mimowolnie skrzywić albo coś, więc musiał się mnie pozbyć.
Kiedy się znowu spotkaliśmy, wyjaśnił mi, na czym polega szyfr: „»O, Wielki Mistrzu« znaczy niebieski, »O, Mędrcu nad Mędrcami« znaczy zielony i tak dalej. Podszedłem do niego, kiedy się skończyło, i powiedziałem, że miałem kiedyś pokaz w Patchogue i ustaliliśmy szyfr, ale mógł obsłużyć niewiele numerów i zakres kolorów był mniejszy. Spytałem go, jak potrafi spamiętać taką ilość informacji”.
Telepata był taki dumny ze swego szyfru, że wytłumaczył ojcu cały system. Ojciec był komiwojażerem i umiał montować takie sytuacje. Ja nie jestem w tym dobry.
Czyli kancierta nie budiet. Zyon nasrał w patefon.
No znajdz sobie malpe, ktora bedzie wykonywac twoje polecenia. moze marcin sie zgodzi, a nie chyba dal ci ignora. Jezeli te prosta matematyke, ktora tu pare razy uprawiales nazywasz "naukowymi wywodami" to na 1 roku termodynamiki pierwszy lepszy student by parsknal smiechem. Zostawmy to.
Strix aluco napisał/a:
Pomyliłeś parafrazę trzeciego prawa Arthura C. Clarka ze słowami Feynmana.
Otoz nie, ja nic nie pomylilem, napisalem to celowo zeby cie podpuscic a ty wbiles w to niczym rozochocny dzik w zoledzie. W ogole nie zrobilo to na tobie wrazenia, ze Feynman tak nie powiedzial (choc jest jedna ksiazka, ktora go cytuje w ten sposob). Zeby bylo smieszniej to wyguglales to szybko i Wielki Inteligent zwany AI podsunal ci Arthura Clarke, ale on tego tez nie powiedzial. Ten doslowny cytat pada w ksiazce Chrostophera Moore'a "Gryz, mala, gryz" jest na stronie 72 i mowi to Fu do glownej bohaterki.
Od dawna powtarzam, ze Wielki Kalkulator czyni wiecej szkody niz pozytku i juz sa pierwsze badania pokazujace ubytek istoty szarej u osob nadmiernie korzystajacej z Wielkiego Inteligenta.
Nie idz ta droga Grzegorzu https://womenintech.perspektywy.org/atrofia-myslenia-czy-ai-degraduje-nasze-mozgi/
Strix aluco napisał/a:
A teraz obszerny fragment z książki "Pan raczy żartować, panie Feynman"
Znamy te ksiazke wszyscy oprocz marcina. Ale on nie czyta twoich postow.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Czyli kancierta nie budiet. Zyon nasrał w patefon.
No znajdz sobie malpe, ktora bedzie wykonywac twoje polecenia. moze marcin sie zgodzi, a nie chyba dal ci ignora. Jezeli te prosta matematyke, ktora tu pare razy uprawiales nazywasz "naukowymi wywodami" to na 1 roku termodynamiki pierwszy lepszy student by parsknal smiechem. Zostawmy to.
Strix aluco napisał/a:
Pomyliłeś parafrazę trzeciego prawa Arthura C. Clarka ze słowami Feynmana.
Otoz nie, ja nic nie pomylilem, napisalem to celowo zeby cie podpuscic a ty wbiles w to niczym rozochocny dzik w zoledzie. W ogole nie zrobilo to na tobie wrazenia, ze Feynman tak nie powiedzial (choc jest jedna ksiazka, ktora go cytuje w ten sposob). Zeby bylo smieszniej to wyguglales to szybko i Wielki Inteligent zwany AI podsunal ci Arthura Clarke, ale on tego tez nie powiedzial. Ten doslowny cytat pada w ksiazce Chrostophera Moore'a "Gryz, mala, gryz" jest na stronie 72 i mowi to Fu do glownej bohaterki.
Od dawna powtarzam, ze Wielki Kalkulator czyni wiecej szkody niz pozytku i juz sa pierwsze badania pokazujace ubytek istoty szarej u osob nadmiernie korzystajacej z Wielkiego Inteligenta.
Nie idz ta droga Grzegorzu https://womenintech.perspektywy.org/atrofia-myslenia-czy-ai-degraduje-nasze-mozgi/
Strix aluco napisał/a:
A teraz obszerny fragment z książki "Pan raczy żartować, panie Feynman"
Znamy te ksiazke wszyscy oprocz marcina. Ale on nie czyta twoich postow.
Nie ma w żadnej książce o Feynmanie zdania które przytoczyłeś.
Oczywiście, że to były proste obliczenia, ale na podstawie tylko gołego tekstu, nawet bez pidstawowych danych, z których można cokolwiek obliczyć. Jakoś nie udzielałeś się w żadnym z tych tematów.
Myślę że przyczyny są dwie. Pierwsza to mocno się skompromitowałeś w temacie rzędów wielkości różniących atom od komórki.
Drugi powód, to wypunktowanie kilku głupot zawartych w książkach Kwaśniewskiego. Nadal pałasz do nich miłością wielką.
Jesteś jednym z ostatnich wojujących optymalnych.
Zamiast bić pianę, to podważa chociaż w jednym temacie to co napisałem o błędach zawartych w książkach Kwaśniewskiego.
Masz za miedzą wybitnych fachowców. Niech pomogą.
Może być ciekawie.
Nie ma w żadnej książce o Feynmanie zdania które przytoczyłeś.
Przeciez nigdzie nie napisalem, ze to cytat z ksiazki o Feynmanie. Niemniej w jendej z ksiazek jest ten cytat przypisywany jemu. Sam Feynman czesto powolywal sie na porownanie nauki do magii zwlaszcza w kontekscie mechaniki kwantowej.
Strix aluco napisał/a:
Jakoś nie udzielałeś się w żadnym z tych tematów.
Myślę że przyczyny są dwie.
Nie mnoz bytow ponad miare, wystarczy zapytac, otoz jezeli robisz cos przez spora czesc zycia to masz tego dosc jeszcze sie tym brandzlowac na forach dietetycznych. Termodyniamika, fizyka, mechanika, mechanika plynow, matematyka, analiza matematyczna to chleb powszedni na polibudzie co admin pewnie potwierdzi. Nie widze potrzeby epatowania tym wszedzie, nie siedze na forach po to zeby jeszcze komus butem wciskac swoje wyksztalcenie. Zreszta pare lat temu na nieistniejacym forum spotkalem padawana, ktory mnie przekonywal, ze on w domu sie nauczyl lepiej tej termodynamiki ode mnie. Kto wie, moze to byles ty?
Strix aluco napisał/a:
Pierwsza to mocno się skompromitowałeś w temacie rzędów wielkości różniących atom od komórki.
O, lubie jak ktos wiecej wie o mnie ode mnie, dawaj co tam bylo, bo ja nie pamietam.
Strix aluco napisał/a:
Drugi powód, to wypunktowanie kilku głupot zawartych w książkach Kwaśniewskiego. Nadal pałasz do nich miłością wielką.
Jesteś jednym z ostatnich wojujących optymalnych.
No tu jest jeszcze ciekawiej, widziales tu zebym ja gdzies pisal o swojej otymalnosci i ogolnie o milosci?
Wydaje mi sie, ze twoim modus operandi jest postawienie sobie jakiegos chochola po czym namietne walenie w niego. Tylko, ze to twoj chochol.
Strix aluco napisał/a:
Zamiast bić pianę, to podważa chociaż w jednym temacie to co napisałem o błędach zawartych w książkach Kwaśniewskiego.
Masz za miedzą wybitnych fachowców. Niech pomogą.
Może być ciekawie.
Chetnie, co to za bledy? Napisz je, az mnie ciekawosc zzera, pamietam, ze za zycia MistrzA Sloneckiego byles ultra fanem Kwasniewskiego i wszystkich krytykujacych Kwasniewskiego nazywales nieukami. Dopiero co na youtube jakis poprawiacz tlumaczyl, ze "Kwasniewski sie myli", masz kanal na youtube?
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
No dawaj te bledy, te moja wtope i to cos jeszcze tam. Ja nie mam nic przeciwko dyskusji, jak mawial klasyk "tylko z rozmowy z osobami o innych pogladach mozna sie czegos dowiedziec". Tylko, ze ja wieksosci tego co napisales nie kojarze ale kto wie, moze mam demencje albo innego ajchajmera?
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Nie ma żadnych błędów. Przecież dochtor się nie mylił.
Dlatego Japończycy umierają młodo z nadmiaru białka i niedoboru smalcu, a optymalni żyją po 120 lat i nie ima się ich żadne choróbsko.
Osiągnęli już też wyższą czynność umysłu, tylko że są bardzo skromni i żaden z nich się nie chce tym chwalić, chociaż co drugi to potencjalny noblista.
Nie umiesz w polemike tylko ciagle dazysz do konfrontacji? Rozumiem, ze chcesz ze mna cos przedyskutowac, co prawda nie wiem dlaczego akurat ze mna, bo ja nie jestem zadnym "wojujacym optymalnym", nie wiem skad to w ogole wziales, ale to, ze ludzie umieraja to rzecz jak najbardziej naturalna i nie ma sie temu co dziwic. Taka jest kolej rzeczy
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Nie umiesz w polemike tylko ciagle dazysz do konfrontacji? Rozumiem, ze chcesz ze mna cos przedyskutowac, co prawda nie wiem dlaczego akurat ze mna, bo ja nie jestem zadnym "wojujacym optymalnym", nie wiem skad to w ogole wziales, ale to, ze ludzie umieraja to rzecz jak najbardziej naturalna i nie ma sie temu co dziwic. Taka jest kolej rzeczy
Nie mam ochoty niczego z tobą przedyskutować, mimo że jesteś krynicą wszelkiej mądrości i wiedzy zarezerwowanej tylko dla wybranych.
Zapewne masz jakąś swoją ogólną teorię wszystkiego, tylko jeszcze nie dojrzała. Dlatego mówisz, że masz swoje poglądy, ale nikt nie wie jakie.
Mało prawdopodobne, że świat straci coś, jeśli nie ogłosisz urbi et orbi swoich prawd objawionych.
Ja ich w każdym razie ciekaw nie jestem.
No popatrz a wczoaj jeszcze chciales, prawde mowili Wlosi, ze kobieta zmienna jest.
Mialem podobno obalac jakies twoje twierdzenie o bledach Kwasniewskiego ale nie napisales ktorych, bo podobno jestem ostatnim wojujacym optymalnym. Jezeli chodzi ci o obalenie niesmiertelnosci optymalnych to niestety ale i chetnie przyznam ci racje - optymalni tez umieraja, jezeli ktos ci wmowil, ze sa niesmiertelni to go nie sluchaj.
Strix aluco napisał/a:
mimo że jesteś krynicą wszelkiej mądrości i wiedzy zarezerwowanej tylko dla wybranych.
Nigdy i nigdzie tak nie pisalem, ale zauwazylem, ze masz dziwna sklonnosc do stawiania chocholow i potem walczenia z nimi. Nie krytykuje, ludzie maja rozne zajecia.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Okładka książki Szósty zmysł. Niewiarygodne, a prawdziwe. autora Bruce M. Hood, 9788324714032
Bruce M. Hood Wydawnictwo: Świat Książki
ezoteryka, senniki, horoskopy
360 str. 6 godz. 0 min.
WTF?
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Zacząłem pisać tę książkę w Hongkongu, w czasie kiedy w Pekinie podjęto decyzję o ograniczeniu wolności w imieniu bezpieczeństwa. Miesiące stosowania gazu łzawiącego, pocisków gumowych i armatek wodnych nie zdołały ujarzmić buntów, lecz pandemia okazała się najskuteczniejszą bronią do walki z protestami – i była to broń, którą Carrie Lam, szefowa administracji Hongkongu, bezlitośnie wykorzystywała do zduszenia opozycji. Kiedy zrezygnowałem z mojej pozycji profesora na uniwersytecie w Hongkongu latem 2021 r., moi przyjaciele ścigani byli przez władze, agencje prasowe były zamykane, a liderów opozycji osadzano w więzieniach. W mieście, które jeszcze kilka lat temu przepełniał optymizm, teraz na każdym kroku czaił się strach. (...) W książce tej prześledzone zostały dzieje około 700 lat strachu. Historia zaczyna się w XIV w., kiedy monopol Kościoła katolickiego na strach został podważony przez serię katastroficznych wydarzeń, włącznie z siejącą spustoszenie dżumą. Siedemnastowieczne państwa europejskie były ukształtowane politycznymi i religijnymi sporami, a wkrótce zaczęły one nakreślać imperia w Amerykach, Azji i Afryce i eksportować tym samym na cały świat zachodnie idee strachu i zarządzania nim. Ten transport strachu zdecydowanie jednak nie był jednostronny, gdyż europejskie spotkania z niezachodnimi społecznościami skłaniały do refleksji nad rodzimym lękiem oraz do świeżego spojrzenia na kulturę kształtującą ludzkie „namiętności”.
A propos strachu.
To naturalna emocja ratująca życie.
Profiler FBI, Gavin de Becker w książce Dar strachu opisuje różne sytuacje kontaktu z kryminalistami w których instynkt strachu nie związany ze świadomym rozumowaniem ratował życie.
JW
Skąd się brały średniowieczne wyobrażenia o fantastycznych stworach?
Cały poprzedni rozdział poświęciłam na udowadnianie, że w średniowieczu było kilku poważnych zoologów, których pracę moglibyśmy uznać za naukową. Może zastanawiacie się, czy celowo ominęłam przy tym wszystkie historie związane ze zwierzętami fantastycznymi, które jednak pojawiają się u tych średniowiecznych badaczy? Wcale nie zamierzałam tego faktu zamieść pod dywan i udawać, że dziwne, nierzeczywiste bestie nigdy się w tych traktatach nie znalazły! Wręcz przeciwnie, ten fenomen, jak sądzę, jest na tyle ważny i ciekawy, że należy go wyjaśnić osobno, w oddzielnym rozdziale. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że znajdziecie tu kolejny dowód na to, że warto pokochać średniowiecze – w tamtych czasach żaden dorosły, poważny, wykształcony człowiek nie powiedziałby Wam, że jednorożce nie istnieją!
Skąd więc w umysłach tych światłych autorów, którzy nie bali się kwestionować różnych antycznych mitów, bierze się miejsce na stworzenia fantastyczne? Odpowiedzi jest kilka, ale ważna wskazówka kryje się w łacińskim zdaniu, będącym tytułem tego rozdziału – Hic sunt dracones. Oznacza to tyle co „Tu są smoki”. I chociaż to zdanie znalazło się prawdopodobnie tylko na jednym globusie z XVI wieku, to odzwierciedla powszechnie stosowaną w średniowieczu praktykę, która polegała na umieszczaniu dziwnych stworzeń i potworów na obrzeżach map. Miało to najprawdopodobniej służyć jako ostrzeżenie dla podróżników, którzy zapuszczali się na nieznane ówcześnie krańce ziemi. Nie oznaczało to jednak dosłownie tego, że tworzący mapę rzeczywiście myślał, że żyją tam smoki. Dowodem na to jest występowanie obok wspomnianego Hic sunt dracones innej wersji – Hic sunt leones (Tu są lwy). Chodziło po prostu o oznaczenie miejsca nieznanego, w którym nie wiadomo, na co można się natknąć, oraz o ostrzeżenie wybierających się w tamte strony podróżnych. Najczęściej na średniowiecznych mapach zamiast jednego z tych dwóch zdań pojawiają się jednak po prostu wizualne przedstawienia dzikich zwierząt i fantastycznych stworów, które są tożsame z takim myśleniem o krajach odległych.
Tak już po prostu chyba jest skonstruowany umysł człowieka. Coś, co jest nieznane, wydaje nam się na samym początku czymś strasznym i przerażającym albo co najmniej dziwacznym. Wystarczy, że czegoś nie wiemy, a nasza wyobraźnia zaczyna pracować na najwyższych obrotach, produkując hipotetyczne obrazy, które prawie zawsze zakładają najgorsze możliwości. Jest to niestety przyczyna powstawania wielu przeróżnych uprzedzeń i stereotypów. W średniowieczu taka praktyka doprowadziła do namnożenia się przedziwnych, niesamowitych i niezwykle ciekawych stworów, które zapełniały krańce ówczesnych map świata, nie tylko tych fizycznie istniejących, ale także tych funkcjonujących w umysłach ludzi, a co za tym idzie, później również strony przeróżnych tekstów, w tym bestiariuszy i traktatów zoologicznych.
Należy pamiętać, że średniowieczne mapy wyglądały zupełnie inaczej niż te znane nam współcześnie. Mieszkańcy ówczesnej Europy nie wiedzieli przecież jeszcze o istnieniu Ameryk ani Australii. Poza Europą na mapach światach znajdowały się tylko Azja i północna Afryka. Pośrodku było miejsce na Mare Magnum (Morze Wielkie), czyli dzisiejsze Morze Śródziemne, a wszystko okalał ocean. Każdy z trzech kontynentów był wedle słów Izydora z Sewilli założony przez poszczególnych synów Noego, od których pochodziła ludność je zamieszkująca. Europejczycy mieli być potomkami Jafeta, Azjaci –Sema, a Afrykańczycy – Chama. Niestety, w języku polskim słowo „cham” ma wydźwięk negatywny, a swoją etymologię zawdzięcza biblijnej postaci Chama, który według Starego Testamentu śmiał się ze swojego nagiego i pijanego ojca, podczas gdy Jafet i Sem zajęli się nim, okryli go płaszczem i starali się na niego nie patrzeć. Przypisanie Chamowi ludności Afryki mogło dodatkowo stygmatyzująco wpływać na ich postrzeganie i stać się zalążkiem rasizmu. Wszystkie te założenia prezentuje mapa na ilustracji na poprzedniej stronie.
Jednym z celów średniowiecznej mapy, oprócz tych oczywistych, związanych z pokazaniem, gdzie na świecie znajdują się różne miejsca, było propagowanie konkretnych ideologii, sposobu postrzegania świata i ukazania stopnia ważności poszczególnych jego elementów. Jeśli popatrzymy na przykład na Mappa mundi z katedry w Hereford, która powstała około roku 1300, zobaczymy, że poszczególne punkty są na niej rozmieszczone według hierarchii, a nie wedle rzeczywistego położenia geograficznego. Pisząc o hierarchii, mam oczywiście na myśli tę chrześcijańską, która była najważniejsza w średniowiecznej Europie łacińskiej. W samym środku świata umieszczono więc Jerozolimę. Azja z kolei znajduje się na górze, ponieważ Wschód był łączony z dosłownym chrześcijańskim położeniem biblijnego Edenu, czyli raju, był więc dla chrześcijan najważniejszym z kierunków. Na obrzeżach znajdziemy oczywiście istoty fantastyczne.
Mała dygresja: czy wiecie, jak jeszcze manifestuje się waga Wschodu w religii chrześcijańskiej? Kościoły, szczególnie te średniowieczne, były orientowane. Orientalis oznacza po łacinie „wschodni”. Kościół orientowany to taki, który ma absydę, czyli najważniejszą część budowli z ołtarzem, skierowaną na wschód.
Ponieważ zarówno twórcy interesujących nas map, jak i nasi średniowieczni zoologowie pochodzili głównie z Europy, najdalszymi w ich rozumieniu zakątkami świata były Azja i północna Afryka. Nie zdziwi Was więc fakt, że we wszystkich tekstach, w których pojawiają się opisy zwierząt fantastycznych, ich pochodzenie jest zawsze łączone z tymi dwoma kontynentami. Najwięcej dziwnych stworów zamieszkiwało według średniowiecznych tekstów Indie, Etiopię, Libię i inne pozaeuropejskie znane ówcześnie miejsca. Znane jednak tylko z map i z opowieści.
Pamiętacie, że w średniowieczu chciano opisać cały znany świat jako metaforę boskiego mikrokosmosu? Stąd też prawdopodobnie brała się potrzeba zapełnienia tych nieznanych miejsc na mapach. Średniowieczne społeczeństwo nie znosiło pustki. W historii sztuki istnieje nawet pojęcie horror vacui, które po łacinie oznacza lęk przed pustką i prowadzi do namnażania się ozdób pokrywających jakieś obszary i elementy. Tak samo zdawały się działać umysły średniowiecznych ludzi – nie do wyobrażenia było pozostawienie jakiejś części mapy pustej, lepszym rozwiązaniem wydawało się wymyślenie czegoś, co choć hipotetycznie mogło się tam znajdować.
Te dalekie względem znanej Europy miejsca określano w niektórych źródłach średniowiecznych mianem antypodów. Słowo to pochodzi z łaciny (antipodes) i dosłownie oznacza przeciwne stopy, a używano go do określenia miejsc, które znajdują się po drugiej stronie kuli ziemskiej, czyli naprzeciw miejsca, w którym znajdował się autor opisujący akurat świat. Jak widać na mapie prezentowanej powyżej, w średniowieczu doskonale zdawano sobie sprawę z kulistości Ziemi. Jeszcze innym bardzo ciekawym przykładem średniowiecznej mapy jest składający się z ośmiu części Atlas kataloński, na którym osoby znajdujące się po przeciwnej stronie globu są ukazane do góry nogami, co jeszcze bardziej podkreśla inność tego, na co można się tam natknąć, i świetnie obrazuje słowo „antypody”.
Oprócz wyobrażeń średniowiecznych kartografów na temat świata źródłami pochodzenia informacji o fantastycznych stworach były również teksty pisane, podające niezgodne z prawdą (w naszym dzisiejszym rozumieniu) wiadomości, które rozpowszechniły się na taką skalę, że w średniowiecznym społeczeństwie zostały przyjęte jako wiedza powszechna. Ale skąd ówczesnym autorom tekstów o zwierzętach w ogóle przychodziły do głowy takie przedziwne kreatury? Są trzy możliwości: albo je wymyślili, albo skopiowali od kogoś, kto je wymyślił, albo skopiowali od kogoś, kto wymyślił je na podstawie przedstawień podpatrzonych u pozaeuropejskich kultur, mitów i religii.
Fałszerze przyrodniczej rzeczywistości to głównie starożytni podróżnicy, których teksty mówiące o stworzeniach widzianych przez nich rzekomo w Indiach i w Persji zostały utrwalone przez Herodota, antycznego historyka. Za Herodotem powtarzał Pliniusz Starszy, który z kolei był autorytetem dla wielu autorów średniowiecznych. Znane są też wzmianki o listach Aleksandra Wielkiego do swojego mistrza Arystotelesa. Nie wiadomo nawet, czy te listy istniały, ale jeśli tak, to mówią o bardzo dziwnych kreaturach widzianych rzekomo przez Aleksandra w Indiach.
Wydaje się, że literatura podróżnicza była jednym z gatunków literackich kwitnących w średniowieczu i rządzących się własnymi prawami, tak jak na przykład bestiariusze. Oznacza to, że może niektóre z tych tekstów rzeczywiście były pisane przez autentycznych podróżników, ale najprawdopodobniej wiele z nich powstawało w Europie za sprawą autorów, którzy nigdzie nie jeździli, ale pisali dzieła podróżnicze, na które był wtedy popyt. Tworzyli je więc najprawdopodobniej mieszkańcy średniowiecznej Europy, którzy nie opuszczając rodzimego kontynentu, dawali upust swojej bogatej wyobraźni bazującej na przesłankach płynących z innych ówczesnych i wcześniejszych tekstów.
Dlaczego jednak w ogóle takie fantastyczne informacje pojawiały się w starożytnych tekstach, z których później czerpali autorzy średniowieczni? Nadal nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Jednym z prawdopodobnych wytłumaczeń wydaje się bariera językowa – treść starożytnych tekstów greckich mogła nieco zmienić znaczenie po przetłumaczeniu ich na łacinę, szczególnie że tłumaczono je – jak już wiecie – wtórnie z przekładów arabskich. Wydaje się, że takie zjawisko może dotyczyć kilku przypadków, jednakże współcześnie znane nam są również oryginalne teksty starożytnych Greków, w których rzeczywiście pojawiają się informacje o dziwnych stworach i nie jest to kwestia błędnego tłumaczenia. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem tej zagadki wydaje się hipoteza, według której starożytni podróżnicy trafiający do dalekich krajów stykali się w nich z przeróżnymi rzeźbami i innymi przedstawieniami mitycznych kreatur miejscowych kultur. Europejscy przybysze mogli je wziąć za odwzorowanie miejscowej fauny, której według swych wyobrażeń nie mieli po prostu szansy zobaczyć na żywo.
Postać jednorożca mogła na przykład wziąć się z obserwacji greckiego podróżnika, który oglądał wyobrażenia byków i innych rogatych zwierząt w Persji, gdzie były one pokazane na reliefach tylko z profilu, bez perspektywy – tak że widoczny był tylko jeden róg. Wiarygodności przesłaniu o jednorogim stworzeniu przydawały kły narwali, którymi handlowano jako rogami jednorożców, a że narwale pochodzą z dalekiej Północy, długo nikt nie mógł poznać ich prawdziwej proweniencji i w średniowiecznym umyśle te przypadkowe elementy połączyły się prawdopodobnie w całość. Oprócz inspiracji widokami z dalekich krain na powstanie niektórych kreatur mogły wpłynąć również niedokładne obserwacje natury. Feniks wyłaniający się z popiołów mógł się pojawić w wyobraźni ludzi, którzy w rzeczywistości byli świadkami kąpieli mrówkowej ptaków.
Pomylone, oszukane czy wymyślone – jakakolwiek była przyczyna ich powstania, musimy zrozumieć, że te fantastyczne stworzenia funkcjonowały w średniowiecznych umysłach jako zwierzęta prawdziwe. Wielokrotnie utrwalane poprzez teksty i ilustracje przeniknęły do wyobrażeń i zaczęły powszechnie funkcjonować w umysłach średniowiecznych mieszkańców Europy jako istoty naprawdę żyjące gdzieś na świecie. Kiedy badamy średniowiecze, ówczesną sztukę i jej symbolikę, musimy więc przyjąć, że jednorożce i smoki rzeczywiście istniały, bo według powszechnej ówczesnej wiedzy one naprawdę gdzieś na ziemi mieszkały. Jak wspominałam w poprzednim rozdziale, w średniowieczu uważano, że każde zwierzę istniało na świecie z jakiegoś powodu, miało jasno określony cel, bo nic w naturze nie było przypadkowe. Według chrześcijańskiego filozofa, św. Augustyna, wszelkie monstra istniały po to, aby pokazać człowiekowi, że Bóg może stworzyć wszystko, co mu się żywnie podoba, tak samo jak może wskrzesić zmarłego człowieka po końcu świata. Poza tym fantastyczne kreatury były przecież częścią obowiązującego ówcześnie słownika moralizujących symboli.
Nie chciałabym, by ktokolwiek odniósł mylne wrażenie, że wzmianki o wszystkich tych fantastycznych stworach stoją w sprzeczności z moją walką o zaliczenie średniowiecznego namysłu nad zwierzętami do dokonań zoologii jako gałęzi nauki. Ich obecność w bestiariuszach i innych tekstach wynika z kwerendy przeprowadzonej przez średniowiecznego autora i zastosowania przez niego ówczesnej metodologii badawczej, jest więc elementem ówczesnego stanu wiedzy o świecie natury. Nie możemy odmówić średniowiecznej zoologii naukowości tylko dlatego, że dzisiaj mamy swoje odmienne definicje. Zwierzęce monstra są integralną częścią średniowiecznej nauki o zwierzętach oraz odbiciem ówczesnego dążenia do opisania wszystkich gatunków pomimo utrudnień w możliwości bezpośredniego kontaktu z nimi. Na to, że fantastyczne stworzenia nie były traktowane odrębnie od „prawdziwych”, „normalnych” zwierząt, wskazuje fakt, że w bestiariuszach i innych dziełach zoologicznych są one wymieniane alfabetycznie pomiędzy resztą fauny, a nie w jakiejś osobnej części.
Jeśli średniowiecznym ilustracjom przyjrzymy się bliżej, zobaczymy też, że wygląd fantastycznych bestii nie jest czymś, co zrodziło się z niczego w bujnej wyobraźni ówczesnych autorów i artystów. Są to albo zwierzęta przypominające te znane, które wyróżniają się jedynie swoimi niesamowitymi zdolnościami, albo hybrydy, czyli połączenia elementów różnych stworzeń w jedno. Wystarczyło więc wziąć ciało znanego powszechnie zwierzęcia, dodać elementy innych gatunków, na przykład grzebień, nogi, róg czy po prostu połowę cudzego ciała, żeby powstało coś niesamowitego. Schemat powstawania tych bestii jest więc dość prosty do prześledzenia, a o naszym zdziwieniu przy oglądaniu ówczesnych ilustracji decydują głównie kontrastowo zestawione ze sobą barwy i zupełnie inny od późniejszego i współczesnego styl i sposób przedstawiania.
W latach trzydziestych XX wieku fizycy znali już wszelkie cząstki, jakie według nich musiały istnieć. Uważano, że wszystko zbudowane jest z zaledwie czterech elementów: protonów, neutronów, elektronów i mniej powszechnych (ale bardzo ważnych) cząstek zwanych pozytonami. Te cztery składniki pozwalały opisać całą znaną materię we wszechświecie.
Pozyton został odkryty w 1932 roku przez amerykańskiego fizyka Carla Andersona przy użyciu prymitywnego, ale skutecznego urządzenia zwanego komorą kondensacyjną, która jest świetną naukową zabawką (kiedyś zbudowałem taką komorę, bo robię takie właśnie rzeczy). Wypełniasz mały zbiornik parą i schładzasz ją do momentu, gdy znajdzie się na granicy pomiędzy gazem a cieczą (idealnie sprawdzają się pary alkoholu i suchy lód do chłodzenia).
Każde zaburzenie takiej przechłodzonej pary, na przykład przez przelatującą przez komorę wysokoenergetyczną cząstkę, powoduje, że para kondensuje wokół niej, tworząc na kilka sekund niewielką smugę. Analizując te smugi skondensowanej pary, można wywnioskować, jaka cząstka właśnie przeleciała przez urządzenie. To taki fizyczny odpowiednik fotopułapki zastawionej w lesie, by filmować przechodzące zwierzęta.
Anderson zgarnął Nagrodę Nobla za zaobserwowanie pozytonu, ale w 1936 roku zupełnie bez ostrzeżenia przez jego komorę przeleciało coś, czego nikt się nie spodziewał. Ślad pozostawiony w komorze był charakterystyczny dla elektronu, z jedną zasadniczą różnicą – ta cząstka była dwieście siedem razy cięższa.
To tak, jakby zastawić fotopułapkę w swoim ogrodzie, chcąc przyłapać zakradającego się kota sąsiada, a w zamian uchwycić tygrysa szablozębnego. Anderson właśnie wykrył piątą cząstkę, której istnienia nikt nie przewidział.
Co raczej niepokojące, ta nowa cząstka, ochrzczona mianem mionu, nie występowała w atomach, nie przyczyniała się do rozpadu radioaktywnego i nie była potrzebna do wyjaśnienia żadnego zjawiska kwantowego. Nie miała żadnego przeznaczenia, a jednak istniała.
Usłyszawszy o mionie, inny noblista Isidor Rabi zadał z irytacją słynne pytanie: „A kto to w ogóle zamówił?” [40], ponieważ mion zmienił sposób myślenia o cząstkach. Najwyraźniej wszechświat nie był tak prosty i elegancki, jak zakładano. Zawierał cząstki, które istniały bez powodu. Nic nie robiły. Po prostu sobie były.
Niewiele później amerykański fizyk Martin Perl odkrył jeszcze jedną bezsensowną cząstkę, 3,5 tysiąca razy cięższą od elektronu, którą nazwano taonem[41]. A gdy inni fizycy dołączyli do zabawy ze swoim komorami kondensacyjnymi, dopiero zaczęło się dziać. Wkrótce objawił się pion, kaon, lambda, ksi, eta… i tak do połowy lat sześćdziesiątych XX wieku zidentyfikowano ponad czterysta nowych cząstek[42].
To było jak kryzys egzystencjonalny w fizycznym wydaniu. Wszechświat najwyraźniej kipiał od rzeczy, które nie miały żadnej funkcji i nie było wiadomo, co z nimi zrobić. Udało się nam zredukować tę menażerię cząstek do garstki głównych graczy tworzących tak zwany model standardowy – to kilkanaście cząstek elementarnych, z których zbudowane są wszystkie pozostałe. I na tym utknęliśmy.
Niektórzy fizycy poszukują eleganckiej teorii, która wyjaśniłaby istnienie tych wszystkich dziwnych cząstek i ich pozornie przypadkowe masy. Inni natomiast nie widzą powodu, by w ogóle zakładać, że wszechświat jest uporządkowany i piękny. Być może wszechświat – tak jak w dużym stopniu cała nauka – to jeden wielki bałagan.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Ostatnio zmieniony przez zyon Nie Sty 11, 2026 18:02, w całości zmieniany 1 raz
Tyle że się rozmyśliłem.
Teraz czas na odpoczynek od tych głupot.
Ile można czytać o tym kto stworzył życie na ziemi.
Stworzył po to żeby żyło, a nie pierdzieliło o tym jak powstało.
Stephen King czeka ze zbiorami opowiadań, których nie czytałem. Do Grahama Mastertona sobie wrócę. Jeffrey Archer też napisał kilka zbiorów opowiadań, a czytałem tylko jeden.
A Michaela Crichtona ile nie czytałem książek, a Jeana Christophera Grangea.
Nie mówiąc o Simonie Beckettcie, którego czytanie przerwałem.
No, no, Masterton fajny jest. Jego pikantne poradniki erotyczne działają na wyobraźnię.
Co do kodu DNA, to bullshit. Media triumfalnie ogłosiły, że rozszyfrowano kod genetyczny. Jest to prawda o tyle, że rozszyfrowano, które fragmenty nici DNA kodują produkcję jakich białek. I to wszystko. Od tego, do poznania, gdzie w komórce jajowej są wszystkie informacje o całym człowieku, budowie narządów, ich funkcjonowaniu, psychice, wyglądzie, dzielą nas całe lata świetlne. W zasadzie nic nie wiadomo, a przecież banalne porównanie wyglądu obu Morawieckich jasno udowadnia, że są podobni i gdzieś ten wygląd był zapamiętany w kodzie genetycznym.
To tak, jakby chemik analizował skład chemiczny procesora nie wiedząc nic o programowaniu.
JW
No, no, Masterton fajny jest. Jego pikantne poradniki erotyczne działają na wyobraźnię.
Co do kodu DNA, to bullshit. Media triumfalnie ogłosiły, że rozszyfrowano kod genetyczny. Jest to prawda o tyle, że rozszyfrowano, które fragmenty nici DNA kodują produkcję jakich białek. I to wszystko. Od tego, do poznania, gdzie w komórce jajowej są wszystkie informacje o całym człowieku, budowie narządów, ich funkcjonowaniu, psychice, wyglądzie, dzielą nas całe lata świetlne. W zasadzie nic nie wiadomo, a przecież banalne porównanie wyglądu obu Morawieckich jasno udowadnia, że są podobni i gdzieś ten wygląd był zapamiętany w kodzie genetycznym.
To tak, jakby chemik analizował skład chemiczny procesora nie wiedząc nic o programowaniu.
JW
Lata rewolucji seksualnej. W Polsce przyszły z lekkim opóźnieniem. Wydawnictwo Rebis wznowiło serię książek o seksie Mastertona. Czy całą tego nie wiem, ale kilka tytułów z nowymi okładkami widziałem.
Co do sporu pomiędzy ewolucjonistami a kreacjonistami, to już dawno w kilku rozmowach tutaj mówiłem, że jak ktoś chce takie spory toczyć, to się chętnie pośmieję i z jednych i z drugich.
Bardzo zabawni są też ci, którzy ludzi z naukowym podejściem do tematu od razu wrzucają do ewolucjonistów i wojujących ateistów.
Oczywiście wersja kreacjonistów jest lekka, łatwa i przyjemna tzn Bóg stworzył wszystko i dziękuję, można się rozejść. Jeśli kogoś jara taka wersja to OK.
Mnie nie jara.
PS Przejrzałem książkę Gavina de Beckera "Dar strachu" o której Pan wspomniał.
Świetne. Coś jak podręcznik do survivalu i serial "Śmierć na 1000 sposobów" w jednym.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 12, 2026 15:54, w całości zmieniany 2 razy
GDYBY Z CZASZKI wyjęto ci mózg, umarłbyś. Lekarze stwierdzają zgon, mierząc elektryczne sygnały w mózgu, a więc potrzebujesz go, by wykazał jakiekolwiek sygnały. Skoro go nie masz, jesteś kaput. Nie ma się nad czym zastanawiać.
Warto się natomiast zastanawiać nad tym, ile mózgu możesz stracić, by mimo to dalej funkcjonować. Pewnie myślisz, że twój mózg jest kluczowy, ale pamiętaj, że to właśnie on odpowiada za to przekonanie – więc nie jest do końca obiektywny.
Gdybyś był kurczakiem, poradziłbyś sobie nie tylko bez mózgu, ale bez całej głowy. Skąd to wiemy? Spójrzcie tylko na Bezgłowego kurczaka Mike’a, urodzonego w 1945 roku w mieście Fruita, w stanie Kolorado.
10 września 1945 roku Mike miał trafić na stół. Jego właściciel, Lloyd Olsen, wziął go na podwórko za domem i odrąbał mu łeb siekierą. Ku wielkiemu zdziwieniu farmera Mike zachowywał się dokładnie tak samo jak wcześniej – wydziobywał nawet ziarno z ziemi (a przynajmniej próbował to robić). Mike przez dwa lata podróżował z Lloydem po kraju i w końcu zakrztusił się na śmierć (trzeba go było karmić przez zakraplacz do oczu). Jakim cudem przeżył spotkanie z siekierą?
Lekarze z Uniwersytetu w Utah orzekli, że ostrze rzeczywiście pozbawiło Mike’a głowy, lecz pozostawiło w nietkniętym stanie pień mózgu, który kontroluje podstawowe funkcje życiowe takie jak bicie serca, oddychanie, spanie i jedzenie, co – jeśli się nad tym porządnie zastanowić – wyczerpuje repertuar zachowań kurczaka. Tętnice Mike’a zakrzepły, zanim zdążył się wykrwawić na śmierć, i mógł wrócić do swoich zajęć22.
Zarówno u kurczaków, jak i u ludzi pień mózgu pełni zasadniczą rolę w podtrzymywaniu życia, bez niego nie zdołałbyś oddychać ani nadzorować pracy serca. Skutek uszkodzenia jakiejkolwiek innej części mózgu nie jest przesądzony. Mózg jest plastyczny i potrafi delegować zadania do innych, nieuszkodzonych obszarów. Dzieli się także na półkule – prawą i lewą – więc jeśli szkoda ogranicza się do jednej z nich, narząd potrafi znieść naprawdę wiele, jak widzimy to na przykładzie Phineasa Gage’a.
Na początku XIX wieku na budowie kolei żelaznej raczej nie dbano o przestrzeganie zasad BHP, szczególnie wśród pracujących z dynamitem. Do zadań Phineasa Gage’a z tego zespołu należało wsypywanie prochu strzelniczego do dziur wywierconych w skale, a następnie ubijanie go metalowym prętem długim na metr i grubym na trzy centymetry. Ale zanim Phineas zaczął upychać proch, musiał pamiętać, żeby dodać trochę piasku, aby ładunek się nie zapalił.
3 września 1848 roku Phineas Gage zapomniał dosypać piasku. Kiedy uderzył w proch strzelniczy, ten wybuchł i metalowy pręt wystrzelił tak, że przeszedł robotnikowi przez żuchwę, koło lewego oka, przeszył lewą półkulę mózgową i wyszedł przez czubek głowy, po czym wylądował kilkaset metrów dalej.
Gage nie tyle nie zginął, ile nawet nie stracił przytomności. Po miesiącu niemal zupełnie wrócił do zdrowia, chociaż, jak relacjonowali jego przyjaciele, zmieniła mu się osobowość. Bliscy jednomyślnie orzekli, że po spotkaniu z metalową żerdzią Gage stał się bardziej porywczy. Po wypadku rzucił pracę na kolei i ruszył w trasę promocyjną z metalowym prętem pod pachą. Żył jeszcze 12 lat.
Gage, rzecz jasna, miał szczęście. Choć pręt przeszył jego mózg, uraz powstał jedynie w lewej półkuli, a ponieważ część z podstawowych funkcji życiowych ma wsparcie w drugiej półkuli, to nie jest jeszcze najgorzej. Dlatego jeżeli zamierzasz wbić sobie drąg w głowę, warto pamiętać, że lepiej kierować go wzdłuż (z przodu do tyłu) lub w głąb (z góry na dół), tym samym uszkadzając jedynie jedną półkulę, niż wbić go w poprzek (od ucha do ucha) i naruszyć obie półkule.
Phineas przeżył także dlatego, że spore fragmenty mózgu nie odpowiadają za nic szczególnego lub są właściwie zbędne. Jeżeli uraz następuje powoli, to przeżyjesz utratę większej części mózgu niż Phineas, tak jak to spotkało studenta, ucznia brytyjskiego neurologa Johna Lorbera.
Pod koniec lat 70. Lorber był profesorem Uniwersytetu w Sheffield w Anglii i zauważył, że jeden z jego pupilów ma zadziwiająco dużą głowę. Poradził studentowi, żeby zrobił sobie tomografię komputerową. Badanie wykazało problem nie tyle z mózgiem, ile z jego brakiem, ponieważ 95 procent objętości głowy zajmował płyn mózgowo-rdzeniowy z cienkim strzępkiem istoty szarej przyklejonym do czaszki.
Ta choroba to nic nadzwyczajnego – zwykłe wodogłowie polega z grubsza na tym, że masz w mózgu cieknącą rurę. Wyciekający płyn stopniowo wypycha mózg na czaszkę. Jeżeli przydarzy ci się to za młodu, kiedy twoje kości wciąż są elastyczne, ciśnienie rozepchnie ci także czaszkę – dlatego będziesz musiał nosić większą czapkę.
Nietuzinkowe w wypadku tego studenta było to, że jego iloraz inteligencji wynosił 126 (przeciętny wynik to 100), co nie tylko sporo mówi o testach badających IQ, lecz także dowodzi, że rozmiar, jeśli chodzi o mózg, nie ma aż takiego znaczenia23. Nosimy w głowie upchnięte przeszło 1,2 kilograma mózgu, podczas gdy studenciak miał tylko 10 deka i świetnie sobie radził.
Przez dobrą chwilę naukowcy uważali, że im większy mózg, tym mądrzejsze stworzenie (i że to my posiadamy największy narząd wśród zwierząt). Pewnego dnia jednak ktoś zajrzał do czaszki słonia, zobaczył jego ważący 5,5 kilograma mózg i tę teorię trzeba było zrewidować. Może na inteligencję wskazuje raczej stosunek objętości tego organu do masy ciała? Brzmiało nieźle, aż ktoś to policzył i okazało się, że w takim razie szedłbyś łeb w łeb z myszą polną.
W końcu dowiedziono, że kluczem do inteligencji jest to, ile neuronów mieści się w mózgu bez względu na jego gabaryty, a wyciąganie wniosków na temat inteligencji zwierzęcia na podstawie rozmiarów jego mózgu jest jak szacowanie prędkości komputera na podstawie jego wielkości (pamiętajmy, że smartfon w kieszeni jest o wiele, wiele szybszy od zajmującego cały pokój komputera z lat 60.24).
Zasadniczo chodzi o to, że jeśli kiedyś doczekamy inwazji kosmitów o mózgach wielkości ziarnka grochu, to nie powinniśmy ich lekceważyć.
22 Gdyby odrąbano głowę tobie, doświadczenia przeprowadzone na szczurach pokazały, że zachowałbyś przytomność przez cztery sekundy, po czym ciśnienie krwi spadłoby ci gwałtownie – tak samo jak to się dzieje, kiedy wychodzisz za szybko z gorącej kąpieli – a następnie byś zemdlał.
23 Wyjaśnienie nadzwyczajnej sprawności intelektualnej studenta może się sprowadzać do tego, że wewnętrzna część mózgu, zwana istotą białą (której prawie w ogóle nie posiadał), nie jest aż tak ważna jak zewnętrzna – nazywana istotą szarą. Jeżeli więc masz w planach pozbyć się fragmentu mózgu, śmiało wyrzuć coś ze środka.
24 A skoro już mowa o starciu mózgów z komputerami, to te pierwsze nadal potrafią przeprowadzić pewne operacje szybciej od najszybszych superkomputerów. Ale komputery nas doganiają
Wszystkie trzy pasują do tematu literatura naukowa. No może "Zaskocz, zabij, zniknij" nie do końca, ale szkoda mi było rozdzielać, bo autorka ta sama.
Nie ma co sugerować się opisami, bo nie oddają tego co jest w środku. *Operacja Paperclip" wydaje się drętwa, a czyta się jak książkę sensacyjną. To dowód na prawdziwość powiedzenia, że nie ocenia się książki po okładce. Niektóre panie o nienachalnej urodzie używają to jako analogii oceny ludzi po fizyczności.
Ja tam nie wiem. Często sprawdza się w odniesieniu do książek. Chyba jednak dużo rzadziej w przypadku pań.
PS czytałem wszystkie 3 kilka miesięcy temu. Dziś robiłem porządki w cyfrowej bibliotece i mi się jakoś nawinęły.
Miejsce w mózgu odpowiedzialne za włączanie psi Organizm stale reaguje na naturalne wpływy elektromagnetyczne. Zespołowi naukowców na uniwersytecie w Giessen udało się sztucznie wytworzyć bardzo słabe impulsy elektromagnetyczne, które powstają podczas wyładowań atmosferycznych (błyskawice)28. Wpływ takich impulsów przejawiał się w prądach mózgu i utrzymywał się także po zakończeniu stymulacji. Najbardziej znaczącym elementem tych badań jest wskazówka, że organizm ludzki reaguje na minimalne bodźce magnetyczne. Związek pomiędzy takimi reakcjami i psi stanowi obecnie problem, nad którym prowadzone są ożywione dyskusje i który poddaje się intensywnym badaniom empirycznym.
Persinger stawia tezę, że w aktywności geomagnetycznej kryje się klucz do doświadczeń psi. Jego punktem wyjścia jest reprodukcja elektrycznych czynności mózgu, które w sztuczny sposób mogą wywołać przeżycia psi. Stosowane przez niego pola elektromagnetyczne nie są niebezpieczne, są słabsze niż wytworzone przez wiatr halny. Problem stanowi przełożenie zawartych w nich informacji na język mózgu.
Persinger próbuje w naturze podpatrzeć sposób, w jaki się to odbywa, śledząc sterowanie przez nią licznymi rodzajami zachowania człowieka i wykorzystywanie w tym celu aktywności geomagnetycznej.
Wiele gatunków ryb komunikuje się ze sobą za pomocą pól elektromagnetycznych, gołębie orientują się, wykorzystując pole magnetyczne Ziemi, pszczoły posługują się polami elektrycznymi w celu gromadzenia informacji o swoim środowisku. Persinger sądzi, że zjawiska telepatyczne zachodzą dzięki połączeniu wszystkich mózgów przez pole magnetyczne Ziemi.
Istnieje pewne miejsce w mózgu, które wydaje się posiadać neurologiczne predyspozycje do selektywnego reagowania na wpływy geomagnetyczne – są to płaty skroniowe mózgu. Persingerowi udało się wykazać, że czynności elektryczne przebiegające w głębokich strukturach płatów skroniowych odpowiadają globalnym warunkom magnetyzmu ziemskiego. Wzrost aktywności geomagnetycznej hamuje produkcję melatoniny w szyszynce. Wiadomo, że melatonina pełni ważną funkcję w zaburzeniach mających związek z płatami skroniowymi, jak stany maniakalno-depresyjne.
Halucynacje w sytuacjach kryzysowych i efekty psychokinetyczne mogłyby mieć niewyjaśniony jeszcze związek z procesami biochemicznymi przebiegającymi w mózgu, podobnie jak doświadczenia religijne i mistyczne, które mogłyby być rezultatem zjawisk elektrycznych w płatach skroniowych29.
Dzięki kontroli pól magnetycznych Persingerowi udało się przeprowadzić symulację wzoru prądów mózgu, podczas której był w stanie wywołać zarówno silne emocje, jak i halucynacje, ożywione uczucia dotyku i ruchu, a nawet pojawianie się osób zmarłych30. Doniosłość tego odkrycia jest olbrzymia, gdyż obecnie wiemy tylko, że takie doświadczenia powstają w pewnych określonych rejonach mózgu.
Nasuwa się więc pytanie, jaką funkcję pełnią zjawiska elektryczne w płatach skroniowych, które pośredniczą w takich doświadczeniach. W końcu wszystkie doświadczenia “przekładane" są przez mózg. Mimo że zdajemy sobie z tego sprawę, postrzeganie naszego codziennego otoczenia nie wydaje się mniej realne. Może aktywność geomagnetyczną należy potraktować jako czynnik modulujący, który steruje gotowością mózgu do świadomego udostępniania informacji psi.
Ludzki płat skroniowy podzielony jest na trzy zwoje – górny, środkowy i dolny (rys. 6). Podrażnienia elektryczne zwoju górnego i środkowego prowadzą do powstania halucynacji słuchowych, zjawisk deja vu oraz stanów marzeń sennych. Podczas badań wykonanych na małpach udało się stwierdzić, że środkowy i dolny zwój płata skroniowego bierze udział w przetwarzaniu informacji wizualnych. Tak zwany pierwotny obszar projekcyjny w potylicznej części kory mózgowej uczestniczy w przekazywaniu informacji wzrokowej poprzez środkowy i dolny zwój płata skroniowego. Z tego powodu ten region płata skroniowego określa się ostatnio jako “drugą wizualną korę asocjacyjną". Obecnie wiadomo, że w płatach skroniowych zbiegają się informacje o wszystkich szczegółach postrzegania.
Z punktu widzenia wiedzy klinicznej płaty skroniowe były znane przede wszystkim dzięki tak zwanemu zespołowi płatów skroniowych. Po raz pierwszy opisał go Norman Geschwind z Harwardzkiej Szkoły Medycznej (Harvard Medical School)31. Powstaje on na skutek uszkodzeń (skaleczeń) w płatach skroniowych i przejawia się pogłębieniem przekonań religijnych, nadmierną skłonnością do pisania (hipergrafia) i stosowania dziwnych praktyk seksualnych. Rodzaj religii nie odgrywa tutaj żadnego znaczenia, zespół uwrażliwia na każdy rodzaj nauk religijnych, których wyznawanie chory zmienia często w niestały sposób32.
Zaburzenia w płatach skroniowych stanowią niejednokrotnie wskazówkę o specyficznej formie epilepsji, tak zwanej epilepsji psychomotorycznej lub inaczej padaczki skroniowej (epilepsia temporalis, TLE). Powstaje ona na skutek uszkodzenia jednego lub dwóch płatów skroniowych. 20-30 % wszystkich przypadków padaczki to typ skroniowy.
Pod koniec lat 60. południowoafrykański neurolog Gordon Nelson wykonał zapisy elektroencefalograficzne u osób będących mediami transu i stwierdził bardzo charakterystyczne zaburzenia w płatach skroniowych. Vemon Neppe, psychiatra z Południowej Afryki, zauważył, że osoby informujące o przeżyciach psi opisywały także inne niezwykłe doświadczenia, które są zadziwiająco podobne do tych, jakie pojawiają się przy zaburzeniach w płatach skroniowych33. U większości pacjentów wykazujących dysfunkcje płatów skroniowych występują najczęściej halucynacje węchowe i zjawiska deja vu. Liczni pacjenci Neppe'a z subiektywnymi przeżyciami psi także informowali o zjawiskach deja vu oraz halucynacjach węchowych. Chodziło tutaj jednakże o miłe zapachy, podczas gdy w przypadku zaburzeń w płatach skroniowych są to zwykle nieprzyjemne zapachy gnicia i spalenizny.
Szkocki psychiatra James McHarg34 opisał wizje pewnej pacjentki, które odpowiadały pełnej charakterystyce zjawisk paranormalnych, ale były efektem padaczki skroniowej. Pacjentka poszła w odwiedziny do nowego domu swojego przyjaciela. Zauważyła objawy zazwyczaj poprzedzające atak:
“mleczny" zapach i uczucie, że otoczenie staje się nierzeczywiste. Podczas takich stanów wspomniana kobieta najczęściej przeżywała halucynacje wzrokowe. Tym razem zobaczyła kobietę o kasztanowych włosach stojącą koło kuchenki. Wizja szybko błysnęła przed oczami pacjentki i zniknęła. Jak się później okazało, w tym miejscu naprawdę stalą wcześniej kuchenka. Jako kobietę z wizji pacjentka McHarga zidentyfikowała jedną z dwóch sióstr zamieszkujących wcześniej ten dom.
Być może informacje psi przedostają się do płatów skroniowych na takiej samej drodze jak zwyczajne informacje zmysłowe. Tam podlegają filtracji i tylko w szczególnych przypadkach przekazywane są do wyższych, kognitywnych rejonów mózgu. Wyładowania elektryczne zachodzące w płatach skroniowych mogłyby likwidować istniejącą tam cenzurę, co umożliwiałoby nasilone docieranie informacji psi do świadomości.
Dwie struktury, wykazujące ścisły związek z płatami skroniowymi, mogłyby pełnić osobliwą rolę ogniw pośredniczących w przeżyciach psi. Chodzi tutaj o ciało migdałowate (inaczej jądro migdałowate, amygdala) oraz hipokamp – pasmo kory leżące w głębi płata skroniowego. Ciało migdałowate jest centralnym elementem układu limbicznego, odpowiedzialnym za reakcje wegetatywne i emocjonalne. W samym układzie limbicznym odbywa się kierowanie naszymi emocjami. Prawdopodobnie tutaj ukryta jest przyczyna zjawiska, na podstawie którego dzięki psi do świadomości przedostają się przede wszystkim treści uczuciowe. Informacje przepełnione treściami emocjonalnymi natury anomalnej lub nie oddziałują na kruchy system wspomnień i cenzury w płatach skroniowych i powodują nieświadome zapamiętywanie pewnych treści lub przesuwanie ich do świadomości.
Czynności mózgu można zmierzyć nie tylko poprzez pomiar aktywności kory mózgowej, ale również na podstawie przepływu krwi w poszczególnych rejonach mózgu. Nasilony przepływ krwi stwierdza się w rejonach o zwiększonej aktywności metabolicznej; ma on na celu zaopatrzenie komórek w tlen. Zapisy wykonane dzięki tomografii pozytronowo-emisyjnej (PET) pozwoliły na utworzenie od 8 do 10 obrazów przekrojów mózgu w ciągu krótkiego czasu. Zdjęcia umożliwiają wyciąganie wniosków o tym, które rejony mózgu wykazuj ą podwyższoną aktywność w określonych momentach.
Badania EEG przeprowadzone na mistrzach Qigong i równocześnie wykonywane zapisy za pomocą tomografu pozytronowo-emisyjnego udowodniły, że podczas Qigong zaktywowane zostają płaty skroniowe i hipokampy, natomiast sam mózg pozostaje w spoczynku35. Głębokie struktury układu limbiczego, a więc ciało migdałowate i hipokamp, wykazują przy tym związek z powolnymi falami mózgu (alfa, teta i delta). Naukowcy wykryli także zaktywowania w pewnym specyficznym obszarze prawego płata skroniowego powiązane z falami alfa, w którym wyładowania podczas padaczki skroniowej wywołują przeżycia halucynacyjne.
Nowsze prace badawcze nad funkcjami ciała migdałowatego i hipokampu potwierdzają znaczenie tych struktur w przetwarzaniu sygnałów psi. Pewnej grupie komórek znajdującej siew hipokampie (komórki CAS) przypisuje się szczególne zadanie przy łączeniu zewnętrznych wrażeń zmysłowych i skojarzeń wewnętrznych. Komórki CAS zmieniają swoją funkcję na skutek stresu. Osoby o uzdolnieniach paranormalnych mówią często, że “uzyskały" swoje zdolności po przeżyciu olbrzymiego stresu fizycznego lub umysłowego, często po przebytym wypadku zagrażającym życiu, schorzeniu lub, jak to jest w przypadku epileptyków, w okresie dojrzewania. Uwarunkowana stresem zmiana w komórkach CAS mogła spowodować likwidację cenzury i doprowadzić do zwiększonej przepuszczalności sygnałów psi. Na specjalne zainteresowanie w odniesieniu do psi zasługuje zdolność hipokampu do odbudowy potencjałów długoterminowych – pierwszy krok do pamięci.
Bodziec elektryczny długości tylko jednej sekundy i o częstotliwości 400 Hz może poczynić prawie nieusuwalne zmiany w aktywności elektrycznej. W ciągu 10 minut powoduje ponadto tworzenie nowych rozgałęzień dendrytów (wypustek komórek nerwowych). Są one oznaką, że pojawiło się nowe trwałe połączenie.
Taka nadzwyczaj szybka plastyczność wskazuje, że kilkusekundowy wyważony bodziec psi mógłby wystarczyć do wywołania trwałych zmian w mikrostrukturze mózgu, a przez to do zmodyfikowania pamięci. Po utrwaleniu nowej informacji stanie się ona tak samo realna i zwyczajnie dostępna jak inne treści obecne w pamięci, uzyskane na normalnej drodze.
Jak już wcześniej wspomniałem, wrażenia psi bliższe są raczej wspomnieniom niż spostrzeżeniom zmysłowym, a świadomą reprodukcję informacji pozazmysłowych można porównać z postrzeganiem podprogowym.
Nowe badania wykazały, że płaty skroniowe pełnią ważną rolę w obróbce bodźców podprogowych.
Zespołowi Manabu Tashiro z Wydziału Medycyny Jądrowej na Uniwersytecie Tohoku w Sebdai udało się stwierdzić, że przy podprogowym bodźcu wzrokowym początkowo obserwuje się nasilenie przepływu krwi w płacie potylicznym36. Zwiększone ukrwienie przemieszcza się następnie do rejonów górnego i środkowego zwoju płata skroniowego. Badania wykazują, że płaty skroniowe pełnią ważną rolę w przetwarzaniu nieświadomych informacji.
Podczas zgłębiania automatycznych czynności psychicznych, przede wszystkim w przypadku tak zwanego automatycznego pisania, stwierdzono, że ludzie są niekiedy w stanie mówić o rzeczach, o których w zasadzie nie mogli mieć pojęcia. Osobliwego przypadku doświadczył Hans Bender podczas swoich pierwszych prób dotyczących automatycznego literowania, wykonywanych w obecności prostej służącej, która podczas tego testu była osobą podlegającą doświadczeniu. Doświadczenie miało następujący przebieg: palec wskazujący kładzie się na odwróconą do góry dnem szklankę, co umożliwia jej przesuwanie. Na obręczy koła wypisane są poszczególne litery alfabetu. Szklanka porusza się bez udziału świadomości i naciska kolejne litery, które tworzą sensowne zdania. Często dzieje się to bardzo szybko. Podczas doświadczeń Bendera kolejność liter nie miała na pierwszy rzut oka żadnego sensu aż do chwili, gdy ku wielkiemu zdumieniu wszystkich zauważono, że są to słowa w języku angielskim. Służąca nie znała tego języka. Tekst zidentyfikowano w końcu jako początkowe słowa noweli The Woman Who Rode Away napisanej przez D.H. Lawrence'a. Rozwiązanie krzyżówki było zarówno proste, jak i zaskakujące. Na nocnym stoliku pani domu, u której pracowała dziewczyna, leżał rozłożony tom noweli Lawrence'a. Służąca widziała otwartą książkę, a wrażenie optyczne utrwaliło w niej powyższe słowa.
W takich przypadkach mówi się o kryptomenzji (z greckiego “ukryta pamięć"), czyli przeżywaniu wspomnień o zapamiętanych treściach, których dana osoba nigdy nie przeżywała w swojej świadomości. Na tym przykładzie można ocenić jaką niesamowitą pojemnością pamięci dysponuje umysł ludzki i w jakiej dysproporcji do całości przyjętych wrażeń musi być ta część zjawisk, która została spostrzeżona w sposób świadomy37.
Podczas historycznych doświadczeń polegających na automatycznym literowaniu okazało się, że w przekazanych tekstach często pojawiają się informacje pozazmysłowe. Prawdopodobnie jest to metoda, dzięki której mogą być udostępniane informacje anomalne zapamiętane wcześniej za pośrednictwem płatów skroniowych. Dzięki niej omija się też próg świadomości. Osoby biorące udział w doświadczeniu nie wiedzą, co literują. Nieświadomie docierające sygnały psi mogą zostać w ten sposób zapamiętane i ewentualnie wywołane w późniejszym czasie. Przypuszczenie to potwierdzają badania anomalnego przekazu informacji podczas snu. Pozazmysłowe wrażenia, które podczas dnia nie są w stanie pokonać barier cenzury, stają się dostępne w korzystnym stanie świadomości, we śnie.
Wszystko wskazuje na to, że formy pojawiania się spontanicznych zjawisk psi zdominowane są przez funkcje płatów skroniowych: często pojawiają się we śnie i w fantazjach podczas stanu czuwania, przy czym towarzyszą im intensywne efekty, nadające danym doświadczeniom długotrwałe znaczenie osobiste.
Elektryczna niestałość płatów skroniowych oznacza, że pewne bodźce mogą stymulować przeżycia, które jedynie są podobne do doświadczeń psi. Padaczka skroniowa jest jedynym stanem w mózgu, podczas którego tworzone są spontaniczne przeżycia typu psi. W przypadku utrzymywania się epileptycznego ładunku elektrycznego w płacie i nie-osiągania przez niego rejonów motorycznych nie powstają ataki skurczów epileptycznych. Obserwator nie zorientuje się wówczas, że dana osoba przeżywa atak padaczki. W typowych przypadkach epileptyk wykonuje tylko jakiś rodzaj czynności rutynowych. Niekiedy są to jednie proste powtórzenia pewnych ruchów ciała. Mogą to być również kompleksowe działania utrzymujące się dłużej. W takich okresach czasu, mogących trwać od kilku sekund do kilku minut, a czasami także znacznie dłużej, pojawia się zmieniony stan świadomości powstający na skutek nagłych zmian elektrycznej aktywności mózgu w płacie skroniowym. Dlatego opisane przeżycia pseudopsi, mające przyczynę w wyładowaniach epileptycznych, można pomylić z prawdziwymi zjawiskami psi.
W każdym przypadku należy dopatrywać się błędu, ponieważ wrażenia psi mogą stanowić jedną z form padaczki skroniowej. Czynnikiem wyzwalającym psi jest zdarzenie zewnętrzne, natomiast atak epileptyczny jest wywoływany przez wydarzenie wewnętrzne. Jak podają informacje, doświadczenia pozazmysłowe zachodzą najczęściej podczas typowych nocnych faz snu, które nie mają nic wspólnego ze zjawiskami epileptycznymi.
Persinger ustalił, że większość spontanicznych raportów dotyczących postrzegania pozazmysłowego dotyczyła godzin pomiędzy 2.00 a 4.00 rano. Drugi przedział czasu, w którym rejestrowano najczęstsze występowanie psi, to godziny pomiędzy 21.00 a 23.00. Przed pojawieniem się na rynku odpowiednich lekarstw dokładnie w tych przedziałach czasowych obserwowano przeważającą liczbę napadów epileptycznych. Udało się także stwierdzić trzeci wierzchołek występowania psi około godziny 16.00, co nie koresponduje z danymi dotyczącymi padaczki skroniowej38.
Związek psi z czynnikiem “religijnym" lub “przekonaniami spirytualnymi" staje się bardziej zrozumiały na gruncie funkcji płatów skroniowych, ponieważ pogłębienie przekonań religijnych opisano jako część dysfunkcji płata skroniowego. Najmłodsze badania doświadczeń mistycznych oraz interpersonalnych ugruntowały rolę omawianych płatów w tym kontekście.
Wzory EEG rejestrowane podczas przeżyć mistycznych oraz interpersonalnych wykazują ekstremalne rozszczepienie wzoru fal na fale o bardzo wysokiej i bardzo niskiej częstotliwości39. Taki podział obrazuje stan zwiększonej uwagi (fale o wysokiej częstotliwości) oraz stan głębokiego odprężenia (fale o niskiej częstotliwości). Podczas przechodzenia do takich stanów w centrum kory mózgowej pojawiają się najpierw fale o niskiej częstotliwości od 1 do 6 Hz (fale delta i teta).
Przypuszczalnie dzięki temu następuje wyłącznie naszego typowego postrzegania czasowo-przestrzennego. Po przejściu w głębszy stan transcendentalny częstotliwości fal ulegaj ą podziałowi.
Decydująca aktywność elektryczna ulega przedłużeniu z centrum do obydwóch płatów skroniowych (wyraźniej u kobiet niż mężczyzn). Tam nasila się występowanie fal beta o wysokiej częstotliwości oraz fal gamma o bardzo wysokiej częstotliwości.
Aktywność elektryczna w płatach skroniowych nie wykazuje typowego natężenia prądu około 20 mV. Znacznie bardziej przejawia się ona w formie prawdziwych erupcji od bardzo niskich do bardzo wysokich natężeń prądu. Wygląda to tak, jakby w płatach skroniowych co chwila zapalano sztuczne ognie.
Podczas badań 70-letniego uzdrowiciela Roda Campbella EEG podłączony do płatów skroniowych zarejestrował fale gamma o ekstremalnie wysokiej częstotliwości 18-32 Hz i natężeniu 9,7 mV, częstotliwości 32-64 Hz i natężeniu 29,9 mV oraz częstotliwości 64--128 Hz i natężeniu 39 mV. Osoby w stanach ekstazy osiągały erupcje fal gamma o natężeniu nawet 120-150 mV.
Wydaje się, że fale gamma stanowią wyznacznik utraty dotychczasowych granic własnego Ja.
Koncentracja fal o skrajnie wysokiej częstotliwości w płatach skroniowych mogłaby zahamować normalne wchodzenie informacji zmysłowych i spowodować “przestawienie" mózgu na przekazywanie doświadczeń pozazmysłowych i mistycznych.
Klucz do zrozumienia związku pomiędzy paranormalnymi, spirytualnymi i pewnymi zjawiskami odbiegającymi od normy jest, być może, ukryty w płatach skroniowych – tam gdzie odbywa się integracja, filtrowanie i zapamiętywanie bodźców zmysłowych, także tych podprogowych. Tam gdzie poprzez wewnętrzne lub zewnętrzne zjawiska elektryczne mogą one wyjść później na światło dzienne jako obrazy wewnętrzne przełożone na świat zewnętrzny – halucynacje, objawienia, wizje – lub jako spontaniczne przeżycia psi. Najbardziej intrygującą rzeczą w roli, jaką pełni ten obszar mózgu w naszym zrozumieniu psi, jest jego nadzwyczaj duża podatność na wpływy fal elektromagnetycznych.
Pojedyncze neurony lub grupy neuronów w obrębie hipokampu wykazują okresy aktywności elektrycznej, podczas których można na nie względnie łatwo oddziaływać, wykorzystując zewnętrzne pole elektromagnetyczne o podobnych impulsach lub o naturalnej częstotliwości. Wydaje się, że w tym miejscu znajduje się punkt zaczepienia, w którym wpływy środowiska, takie jak wahania geomagnetyczne, mogą wywołać stan gotowości do przyjmowania lub tłumienia sygnałów psi.
To co tłustym drukiem może tłumaczyć to, dlaczego fanatyzm religijny idzie często w parze z dewiacjami natury seksualnej, bądź chęć ingerowania w seksualność innych
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pon Sty 19, 2026 18:55, w całości zmieniany 1 raz
Aby dojść do tego, co jest mitem, a co prawdą, jeśli chodzi o wodę, dzwonię do doktora Hirofumiego Tanaki, dyrektora Laboratorium Badań nad Starzeniem się Układu Krążenia i profesora kinezjologii na Uniwersytecie Teksańskim. W swoich badaniach zajmuje się tym, jak poruszają się, chorują i zdrowieją oraz starzeją się nasze organizmy. Tanaka jest entuzjastą pływania jako środka do zachowania zdrowia i tężyzny fizycznej, zarówno z uwagi na swoje wykształcenie i pracę, jak i fakt, że wychował się w Japonii – wyspiarskim państwie, gdzie obowiązkowo uczy się pływać wszystkie dzieci.
W ośrodku Tanaki prowadzone są pionierskie badania dotyczące wpływu tej aktywności na dwa najważniejsze wskaźniki „zużycia” organizmu: ciśnienie krwi oraz zwyrodnienia stawów54. „Na przestrzeni ostatnich czterech, pięciu lat odkryliśmy coś fantastycznego – opowiada doktor. – Okazuje się, że dobroczynne skutki pływania wielokrotnie przewyższają efekty chodzenia czy jazdy na rowerze. Nie mieliśmy o tym wcześniej pojęcia”. Mówi, że w wyniku regularnych ćwiczeń na suchym lądzie ciśnienie krwi spada o przeciętnie pięć do siedmiu punktów. Pływanie, jak odkrył, redukuje je średnio o dziewięć punktów – a to w tym kontekście znacząca różnica. Poprawia ono także elastyczność naczyń krwionośnych, których stopniowe sztywnienie dodatkowo obciąża serce. Jeśli chodzi o dobroczynne działanie ruchu w wodzie, istotną rolę odgrywa także samo ciśnienie, jakie działa na ciało. Gdy zanurzamy się w wodzie, wypycha ona niejako krew z kończyn, kierując ją do serca i płuc; to podnosi chwilowo ciśnienie krwi i zmusza te narządy do większego wysiłku. W toku takiego treningu zwiększa się wydajność i wytrzymałość układu krążenia, co z czasem prowadzi do obniżenia średniego ciśnienia krwi. Poza tym gdy pływamy, woda dodatkowo stymuluje nasze mięśnie, stawiając im delikatny opór, któremu muszą one przeciwdziałać.
Jak mówi Tanaka, pływanie nie ma wieku; do wykonywania takiej gimnastyki zdolnych jest więcej ciał i przez dłuższy okres życia niż w wypadku pozostałych dyscyplin. W Japonii, będącej przecież narodem ludzi starszych, jest to ogromnie popularna aktywność. Istnieje nawet specjalna podkategoria poświęconej pływaniu mangi, czyli japońskich komiksów. Tanaka uwielbia wspinać się na wieżę Tokyo Skytree – wieża ma prawie 634 metry i jest najwyższą tego typu konstrukcją na świecie – bo w pogodny dzień widać z niej wszystkie baseny połyskujące wesoło na dachach miasta.
Pływanie zawsze uważano za dobrą kurację na zwyrodnienia stawów, ale brak było badań, które wskazywałyby na prawdziwość tej tezy. W 2016 roku Tanaka wraz ze swoim zespołem opublikował artykuł w czasopiśmie naukowym, które potwierdzał ją definitywnie55. „W grupie pacjentów z artretyzmem głównymi problemami są ból i zaburzenia funkcjonalne – mówi Tanaka. – Osoby dotknięte zwyrodnieniami żyją z przewlekłym bólem. Po treningach pływackich zauważyły zdecydowane obniżenie poziomu bólu. Mimo że przebywały w wodzie, ich funkcje ciała oceniane na lądzie – chodzenie czy wstawanie z krzesła – również zauważalnie się poprawiły. Pływanie to najlepsze ćwiczenie, jakie możemy przepisać pacjentom, bo stymuluje ruchomość stawów, nie powodując bólu, a także poprawia krążenie”. Badania przeprowadzano w chłodnych zbiornikach, to znaczy standardowych basenach pływackich, gdzie temperatura wody zazwyczaj nie przekracza 27°C.
Intuicja zatem nie zwiodła Kim Chambers: codzienne pływanie w chłodnej wodzie poprawiło jej funkcje naczyniowe, zapewniając prawidłowe krążenie krwi w organizmie, i ułatwiło doprowadzenie krwi do uszkodzonych części ciała, które tego potrzebowały – znacznie lepiej, niż uczyniłyby to bieganie czy jazda na rowerze. A przy tym, co prawdopodobnie najważniejsze, wiązało się z mniejszym bólem niż te ostatnie.! (...)
Krew nie woda?
Zanurzaj się codziennie w oceanie, a twoje ciało dopasuje się do jego nastrojów, rytmów, temperatury.
Ból głowy, taki jak przy zbyt łapczywym jedzeniu lodów, pojawia się w 11,5°C. Ból nadgarstków w 10°C. Kim i jej współtowarzysze z klubów Dolphin i South End w zetknięciu z wodą potrafią określić jej temperaturę z dokładnością do jednego stopnia. „Jak sądzisz, ile dzisiaj? Jakieś piętnaście?”, myśli głośno Kim pewnego dnia, gdy unosimy się obok siebie na wodzie. Gdy pytam, skąd taki wniosek, stwierdza, że woda jest cudowna. „Mogłabym się założyć. Nie dobija do piętnastu i pół… Podpłyńmy do termometru i sprawdźmy”. (Oczywiście okazuje się, że ma rację).
W łonie matki oddychamy wodami płodowymi, co pomaga w rozwoju płuc. Mamy tzw. kieszonki skrzelowe, z których z czasem wykształcają się określone fragmenty naszych szczęk i układów oddechowych; ich kształt to ewolucyjny relikt, dziedzictwo wodnych kręgowców, używających skrzeli do oddychania63. Pod względem zawartości minerałów woda morska tak bardzo przypomina ludzką plazmę, że nasze białe krwinki są w stanie w niej przetrwać i funkcjonować przez pewien czas64. Rozkoszuję się tym wyobrażeniem. Myślę, że ktokolwiek ukuł powiedzenie „krew nie woda”, w pewnym sensie bardzo się mylił. W naszych żyłach krąży niemalże woda morska.
Od czasu nieplanowanego wyczynu Guðlaugura – a minęło od niego już ponad trzydzieści lat – nauka poznała także innych ludzi posiadających niezwykłe umiejętności adaptacyjne, które umożliwiły im przetrwanie i pływanie w ekstremalnie zimnej wodzie. Jest na przykład Lynne Cox, legendarna pływaczka, która jako pierwsza pokonała wpław Cieśninę Beringa; w 1987 roku przepłynęła z Alaski na terytorium Związku Radzieckiego w wodzie, której temperatura momentami spadała do niespełna 3,5°C65. (Nagłówek w dzienniku „New York Times” głosił: Długi, zimny maraton pływacki. A tak pisano o oczekujących na nią gapiach: „Piknik na brzegu morza, elegancka herbatka na plaży, tyle że honorowy gość musiał dość mocno się postarać, aby dotrzeć na przyjęcie”). W kolejnym roku Guðlaugur i Cox zostali opisani w tym samym periodyku akademickim, w krótkim eseju traktującym o pływaniu w wodach Arktyki i jego potencjale jako dyscypliny sportowej66.
W 2002 roku Cox przepłynęła ponad 1,5 kilometra w wodach Antarktydy, których temperatura wynosiła okrągłe 0°C. Była pierwszą osobą, której udało się coś takiego. W 2007 roku pływała w grenlandzkiej zatoce Disko, w wodzie o temperaturze -3°C. Cóż, przeciętna Amerykanka ma od 20 do 25 procent tkanki tłuszczowej w organizmie. Zawartość tłuszczu w ciele Cox oceniono na 35 procent67. Co więcej, u niej tkanka ta jest bardzo równomiernie rozmieszczona pod skórą. Ten „wewnętrzny kombinezon” zapewnia pływaczce nie tylko ciepło, ale i ujemną wyporność w wodzie morskiej, dzięki czemu musi wydatkować bardzo mało energii, aby utrzymać w oceanie optymalną pozycję pływacką. Tak jak Guðlaugur, Cox brała udział w rozmaitych badaniach, a dzięki zaangażowaniu obojga naukowcom udało się opracować nowe metody leczenia stwardnienia rozsianego (pływanie w zimnej wodzie może na kilka godzin od zanurzenia znacząco zmniejszyć natężenie skurczów) oraz usprawnić procedury terapeutyczne stosowane w odniesieniu do pacjentów z obrażeniami serca, kręgosłupa i mózgu (schładzanie ciała pomaga zredukować obrzęk i wpływ urazu)68. Aby przytoczyć konkretny przykład – analizując przepływ krwi w rękach Cox, gdy były zanurzone w zimnej wodzie, lekarze dowiedzieli się, jak lepiej planować zabiegi operacyjne. Naukowcy odkryli także inną ciekawą rzecz: po zanurzeniu w zimnej wodzie temperatura wewnątrz organizmu pływaczki rośnie. Kiedy kobieta wchodzi do jacuzzi z zimną wodą, w ciągu dwóch minut jej ciało ogrzewa ciecz o 1°C (Guðlaugura nie poddano takim badaniom).
Jest też południowoafrykański pływak pochodzenia brytyjskiego, Lewis Pugh, którego nazywają sir Edmundem Hillarym pływania. Pływał w wodach Arktyki, w jeziorze roztopowym na Mount Evereście i w Morzu Rossa u wybrzeży Antarktydy. Naukowcy, którzy zajmowali się przypadkiem Pugha, odkryli, że temperatura jego ciała rośnie do poziomu przekraczającego 38°C, zanim jeszcze pływak dotknie wody. Po raz pierwszy zauważył to profesor Tim Noakes, prowadzący badania w zakresie fizjologii sportu na uniwersytecie w Cape Town, w Republice Południowej Afryki (RPA). W swoim artykule opublikowanym w piśmie „Lancet” nazwał to zjawisko „termogenezą antycypacyjną”; polega ono na wytworzeniu ciepła przed wydarzeniem, które powinno je spowodować69. To rodzaj odruchu warunkowego, który wykształcił się u Pugha wskutek wieloletniego treningu w zimnej wodzie.
A jeśli chodzi o nas, zwykłych śmiertelników, co dzieje się z naszymi ciałami w zimnej wodzie? Zapytałam Hirofumiego Tanakę, badacza długowieczności, czy istnieją jakieś długofalowe badania dotyczące wpływu zimnej wody na zdrowie. „Znamy reakcję, jaką wywołuje zanurzenie twarzy w zimnej wodzie, czyli odruch nurkowania, podczas którego naczynia krwionośne w skórze kurczą się, a tętno spada na łeb, na szyję – mówi. – Nie ma jednak wielu badań poświęconych długotrwałej ekspozycji na zimno w połączeniu z ćwiczeniami fizycznymi”. Opowiada mi jednak jeszcze o kimś – o ama.
Kilka lat wcześniej Tanaka wrócił do Japonii, aby badać tzw. ama, legendarne japońskie i koreańskie pływaczki, nurkujące bez sprzętu. Ama to po japońsku „kobiety morza”70. Kontynuując trwającą od ponad 2 tysięcy lat w tym regionie tradycję poławiania owoców morza, kobiety zaczynają nurkować w wieku trzynastu, może czternastu lat. Tanaka badał grupę, w której średnia wieku wynosiła sześćdziesiąt pięć lat. Ama, tak jak Mokenowie z Azji Południowo-Wschodniej, przekazują swoje umiejętności i wiedzę na temat morza w opowieściach trwających przez pokolenia. Podobnie jak w przypadku dzieci Mokenów, także u tych japońskich kobiet zachodzą zmiany fizyczne związane z poławianiem. Nurkują nawet dwieście razy dziennie, każdego dnia i przez okrągły rok. Tanaka stwierdza, że ich układ krążenia stanowi „absolutną elitę”.
Ama doznają fizycznego odruchu związanego z nurkowaniem setki razy dziennie. Tanaka zastanawiał się, czy układ tętniczy tych kobiet adaptuje się pod względem struktury i działania i czy zaczyna przypominać te występujące u innych nurkujących ssaków. Odkrył, że kobiety mają znacznie niższe tętno, a ich arterie są elastyczniejsze w porównaniu z innymi dorosłymi z tej samej wioski. Niestety, cierpią też na niedosłuch – długoletnia ekspozycja na lodowatą wodę wywołuje i negatywne skutki.
Nauka ciągle nie zyskała pełnego obrazu w tej kwestii, ale rośnie liczba badań, które wskazują na terapeutyczne korzyści płynące z zanurzania w wodzie71. Nie tylko zimnej – wykazano, że godzinne przebywanie w wodzie o temperaturze około 32°C (bez zanurzania głowy) obniża tętno i ciśnienie krwi oraz pomaga się zrelaksować72. Jednak zanurzenie przez ten sam okres w wodzie o temperaturze niecałych 14°C podnosi tempo przemiany materii o 350 procent, a poziom dopaminy – o 250 procent. Jeśli mowa o właściwym pływaniu, wykazano, że regularne uprawianie tej aktywności zimą w zimnej wodzie zdecydowanie obniżyło napięcie, zmęczenie i bóle, na które uskarżali się wcześniej badani, a także poprawiło ich ogólne samopoczucie73.
Nie trzeba szukać daleko, aby znaleźć przekonujące przykłady, wystarczy sięgnąć do archiwów Dolphin Club. W 1974 roku Jack LaLanne – założyciel słynnej w Stanach Zjednoczonych sieci siłowni – przepłynął z Alcatraz do nabrzeża klubu w czasie poniżej 90 minut, holując za sobą łódkę. Miał przy tym skute nogi i ręce. Na czarno-białej fotografii, pamiątce z tamtego dnia, zadziwiająco krzepki LaLanne podnosi triumfalnie zakute w kajdanki muskularne przedramiona, zbliżając się do Aquatic Park. Mężczyzna miał w chwili wyczynu sześćdziesiąt lat. Dziesięć lat później, dla uczczenia swojej siedemdziesiątki, przepłynął – znowu skuty jak należy – 2,5 kilometra w porcie Long Beach, ciągnąc 70 łódek, w których siedziało 70 pasażerów.
LaLanne pływał codziennie. Nic dziwnego, że został dożywotnim członkiem honorowym Dolphin Club. Zmarł w 2011 roku, w wieku dziewięćdziesięciu sześciu lat.
Współcześnie, pewnego poranka w Aquatic Park, gdy zimna woda chlupie wokół nas, pytam Kim, czy uważa, że pewne rodzaje ciał lepiej radzą sobie w starciu z wodą w zatoce. Nowe badania nad wytrzymałością i sprawnością fizyczną wykazały, że czołowi pływacy reprezentują znacznie szerszy wachlarz typów sylwetek, dzięki którym osiągają sukcesy na wszystkich dystansach, w przeciwieństwie na przykład do biegaczy; analiza typów tych ostatnich, biorących udział w Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku, wykazała, że sprinterzy biegający na 200 metrów byli znacznie mocniej zbudowani od maratończyków, ale stanowiący sprinterski odpowiednik pływacy w wyścigu na 50 metrów, na przykład stylem dowolnym, mieli masę ciała podobną do masy maratończyków pływających na 10 tysięcy metrów w otwartym akwenie, i to niezależnie od wzrostu czy płci74. Wygląda na to, że każde ciało może sobie dobrze radzić w wodzie. A jeśli ta woda jest zimna? „W teorii, przebywanie w zimnej wodzie sprawia, że tworzy się więcej brunatnej tkanki tłuszczowej – wyjaśnia Kim, gdy na chwilę przystajemy, by pounosić się w miejscu i zamienić kilka słów. – Brunatny tłuszcz spala kalorie i generuje ciepło, a biały nie. – Wzrusza ramionami ze śmiechem. – Tak przynajmniej mówią”.
Jako ciekawostka jest Tim Noakes. Jeden z propagatorów diety niskowęglowodanowej. Co prawda mniej znany niż Taubes, Phinney czy Volek, ale się często gęsto wypowiada w tym temacie.
PS książka w ogóle nie związana z tematem low carb.
Przed laty pływałem codziennie do listopada w akwenie zwanym Pacyfik. Dojeżdżałem na rowerze, prószył już śnieżek, temperatura wody spadła tylko do 11*C, bo to był duży akwen i stygł powoli. Ale generalnie nie przepadam za zimnymi kąpielami, pewnie dlatego, że mam niewiele tkanki tłuszczowej.
JW
Przed laty pływałem codziennie do listopada w akwenie zwanym Pacyfik. Dojeżdżałem na rowerze, prószył już śnieżek, temperatura wody spadła tylko do 11*C, bo to był duży akwen i stygł powoli. Ale generalnie nie przepadam za zimnymi kąpielami, pewnie dlatego, że mam niewiele tkanki tłuszczowej.
JW
Sądząc po tym co Pan pisze i jak pisze, nie potrzebuje Pan bodźców powodujących wyrzut dopaminy.
W kwestii neuroprzekaźników najlepsze jest nie przeszkadzanie organizmowi w utrzymywaniu homeostazy za pomocą ujemnego sprzężenia zwrotnego.
To jest dobre dla ludzi, u których z jakichś powodów wrażliwość receptorów dopaminowych jest niska.
Dlatego staram się cytować te fragmenty książek, które przedstawiają kilka opcji i każdy może wybrać coś dla siebie.
Ekstrema są dla tych, u których jest to pożądane. Tzn u tych wspomnianych wyżej, gdzie wrażliwość receptorów jest niska. Dla takich jak Pan wystarczy pływanie w wodzie o dużo wyższej temperaturze. Fizykalne oddziaływanie wody ma szerokie spektrum oddziaływania na wszystkie układy organizmu. Także na psychikę.
Aspekt termiczny jest tylko jednym z nich. To ma być przyjemność a nie stres.
Ponadto u ludzi z prawidłową wrażliwością receptorów dopaminowych, nadmiar dopaminy jest neurotoksyczny.
Nie ma sensu psuć jak jest dobrze. Na tej zasadzie ludzie z natury szczęśliwi nie sięgają po narkotyki.
PS nie pali Pan tytoniu już bardzo długo. To że rzucił Pan to w cholerę, świadczy o tym, że nie potrzebuje dopaminowego kopa który powodowała nikotyna.
Delfiny i inne walenie używają dźwięków jako wysoko rozwiniętej formy sonaru zwanej echolokacją. Dźwięki te są bardzo podobne do kliknięć kaszalotów, które lata temu wstrząsały ciałem Schnöllera, ale są od nich o wiele słabsze.
Żeby zrozumieć echolokację waleni, wyjaśnia Schnöller, musisz najpierw zrozumieć, na czym polega działanie sonaru.
Prosty system sonarowy, składający się z jednego głośnika i jednego hydrofonu (podwodnego mikrofonu), wysyła najpierw pojedynczy impuls, tak zwany ping. Ping mknie przez wodę, aż natrafi na przeszkodę, wtedy odbija się od niej i wraca. Hydrofon rejestruje powracające echo, a procesor przelicza, ile czasu upłynęło między wysłaniem a powrotem sygnału. Taki system informuje nas o tym, jak daleko obiekt się znajduje i w jakim kierunku się porusza, ale nic poza tym.
Bardziej zaawansowane systemy sonarowe składają się z kilkudziesięciu hydrofonów rozmieszczonych na dużym obszarze. Po wyemitowaniu sygnału powracające echo dociera do każdego z hydrofonów w nieco innym czasie. Dzięki tym dodatkowym informacjom system sonarowy jest w stanie określić nie tylko odległość od obiektu, ale także jego kształt i głębokość. Wyłania się więc już pewien obraz.
Delfiny i niektóre wieloryby posiadają odpowiednik tysięcy lub nawet dziesiątek tysięcy takich odbierających echo hydrofonów wbudowanych we własne głowy. Kiedy waleń wysyła klik (własną wersję sonarowego pingu), odbiera echo za pomocą poduszki tłuszczowej znajdującej się na spodzie dolnej szczęki. W przeciwieństwie do uszu, które stanowią jedynie dwa kierunkowe źródła informacji, poduszka tłuszczowa dostarcza waleniowi tysiące kluczowych informacji ze wszystkich stron, dzięki których przetworzeniu delfin jest w stanie określić odległość, kształt, głębokość, a także strukturę wewnętrzną i zewnętrzną obiektów i stworzeń znajdujących się wszędzie wokół niego.
Delfiny potrafią określić kształt, położenie i rozmiar większych obiektów z odległości aż 10 kilometrów. Echolokacja jest na tyle silna i czuła, że może przenikać 30 centymetrów w głąb piasku; może nawet „zaglądać” pod skórę. Delfiny potrafią przyjrzeć się płucom, żołądkom i mózgom zwierząt, które pływają wokół nich. Naukowcy wierzą, że dzięki tym wszystkim informacjom delfiny są w stanie stworzyć wysokiej rozdzielczości obraz pobliskich obiektów – widzą nie tylko, gdzie te obiekty się znajdują, ale potrafią przejrzeć je na wylot. Delfiny i inne walenie dosłownie mają rentgen w oczach.
Echolokacja nie jest jedynie ciekawostką; jest zjawiskiem kluczowym dla przetrwania waleni. 90 procent oceanu spowija wieczna czerń, a nocą to i pod powierzchnią jest ciemno. Żeby przystosować się do tego skąpo oświetlonego środowiska, niektóre zwierzęta wykształciły superczułe oczy, inne same sobie świecą dzięki zjawisku bioluminescencji, płaszczki i rekiny korzystają z elektro- i magnetorecepcji, a walenie na drodze ewolucji rozwinęły niezwykłą zdolność echolokacji.
Ten „zmysł” nie jest zarezerwowany wyłącznie dla oceanu. Nietoperze posługują się echolokacją od 50 milionów lat, świetnie radząc sobie z ciemnością. Ludzie używają echolokacji od setek, a być może nawet od tysięcy lat.
Na początku XVIII wieku francuski filozof Denis Diderot odnotował przypadki „ślepego widzenia”. Niespełna wiek później, w latach 20. XIX wieku, niewidomy poszukiwacz przygód z Anglii James Holman podróżował po całym świecie, posługując się formą echolokacji, której sam się nauczył. Opinia publiczna była sceptyczna wobec Holmana i innych echolokujących ludzi. Większość ludzi była przekonana, że były to osoby jedynie niedowidzące lub być może posługujące się zjawiskiem zwanym „widzeniem twarzą”, które polega na tym, że zbliżając się do obiektu, odczuwamy na twarzy rosnące ciśnienie. W 1941 roku psycholog z Uniwersytetu Cornella Karl Dallenbach postanowił to zbadać.
Zebrał grupę niewidomych osób i kazał im iść w stronę ściany. Kiedy wydawało im się, że wyczuwają ścianę, mieli podnieść lewe ramię. Kiedy czuli, że zaraz zderzą się ze ścianą, mieli podnieść prawe ramię. Pacjentom udało się wyczuć ścianę z odległości kilkudziesięciu metrów; zatrzymali się zaledwie kilkanaście centymetrów, zanim na nią wpadli. Następnie Dallenbach zgromadził grupę osób widzących, zawiązał im oczy i powtórzył eksperyment. Osoby widzące wyczuły ścianę niemal z taką samą precyzją jak osoby niewidome.
Następnie Dallenbach kazał pacjentom iść po wyłożonej dywanem ścieżce, którą jego asystent blokował co jakiś czas deską w przypadkowych odstępach czasu. Po 30 próbach osoby widzące z zasłoniętymi oczami potrafiły lokalizować deskę równie pewnie, co pacjenci niewidomi. Na koniec Dallenbach zbadał prawdziwość teorii o „widzeniu twarzą”. Założył pacjentom filcowe kaptury, które tłumiły jakiekolwiek bodźce związane z ciśnieniem dochodzące ze środowiska. W kapturach grupa z łatwością wykryła deskę i ścianę równie dokładnie, jak wcześniej bez kapturów. Dallenbach wyciągnął wniosek, poprawny w dodatku, że ludzie nie „widzą twarzą”, ale że również posiadają szósty zmysł echolokacji.
Kilka tygodni po tym, jak Schnöller wprowadził mnie w nieziemski świat echolokacji, idę ulicą na obrzeżach Los Angeles w towarzystwie Briana Bushwaya, jednego z najbardziej utalentowanych echolokujących ludzi na świecie. Zmierzamy do restauracji, którą wybrał na lunch. Nagle Bushway wydaje ustami ostry, krótki klik i objaśnia, że po prawej znajduje się pusty podjazd, po lewej stoi zaparkowany van, a na zbliżającym się zakręcie rośnie przerośnięty rząd krzewów. Klika w innym kierunku i mówi, że dom, który właśnie minęliśmy, jest mały i otynkowany, podczas gdy ten po drugiej stronie ulicy ma duże zatokowe okna, a trawnik przed apartamentowcem przed nami boleśnie potrzebuje ogrodnika. Bushway zatrzymuje się na moment na końcu chodnika, po czym prowadzi mnie wzdłuż dwóch zaparkowanych samochodów i w górę na krawężnik chodnika po drugiej stronie ulicy. Skręcamy w prawo. On klika znowu i prowadzi mnie przez zatłoczony parking. Wyjaśnia mi, że kubańska restauracja, do której zmierzamy, znajduje się kilka kroków przed nami. Podążam za nim przez drzwi i dalej przez salę jadalną pełną ludzi. Kelner prowadzi nas do stolika w rogu i wręcza nam menu. Bushway odkłada menu bez patrzenia i prosi, bym za niego zamówił. Nie potrafi przeczytać karty; on nawet jej nie widzi. Jest niewidomy.
O Bushwayu dowiaduję się z youtubowych filmików. Oglądałem, jak mknie po leśnej ścieżce na rowerze górskim, o mały włos unikając gałęzi, krzaków i głazów, a potem jak zjeżdża po stromych schodach. Następnie jak przebiega przez rzekę, a później przez dziewięciometrowe bagno. Na innym filmiku idzie przez park, podchodzi do drzewa i wspina się na nie.
Bushway, wysportowany, z burzą kręconych włosów na głowie, opowiada mi, że wzrok zaczął tracić w wieku 14 lat. Pewnego dnia nie potrafił dojrzeć, co jest napisane na szkolnej tablicy. Kilka tygodni później, kiedy grał w hokeja, nie widział krążka. Przestał rozpoznawać przyjaciół. Nie pomógł nowy zestaw soczewek kontaktowych. Kiedy pewnego ranka obudził się i zobaczył, że wszystko w jego polu widzenia jest jaskrawobiałe, mama pobiegła z nim do szpitala. Lekarz rozszerzył źrenice Bushwaya, a następnie wyłączył światło, żeby przeprowadzić rutynowe badanie.
– Światła nigdy nie wróciły – mówi Bushway, biorąc serwetkę ze stołu i układając ją sobie na kolanach. – Pamiętam, jak po badaniu wyszedłem z mamą z gabinetu i zapytałem: Czy dziś jest słońce?
Słońca nie było, ale po raz pierwszy w życiu Bushway nie mógł tego zobaczyć. Niczego już nigdy nie zobaczy.
Bushway zachorował na neuropatię nerwu wzrokowego, rzadką chorobę, która atakuje nerwy wzrokowe obu gałek. Po powrocie do domu przeleżał kolejne kilka miesięcy, czując się beznadziejnie. Lekarze zalecali wykonać biopsję nerwu, żeby sprawdzić, czy uszkodzenie miało podłoże genetyczne. Chirurdzy ogolili mu pół głowy, otworzyli fragment czaszki, odsunęli mózg na bok i wyjęli z niego część nerwu wzrokowego. Po operacji na jego mózgu wytworzyła się tkanka bliznowata. Zaczął miewać ataki padaczki. Lekarze przepisali mu leki na epilepsję, od których strasznie kręciło mu się w głowie i dostawał drgawek.
– Nie czułem się komfortowo, chodząc – mówi. – Więc siedziałem na kanapie, słuchałem radia i audiobooków. – Atrakcją dnia było pojechanie z mamą do baru samochodowego, wzięcie jedzenia, przyjechanie do domu i zjedzenie posiłku.
Bushway wrócił do szkoły kilka miesięcy po tym, jak stracił wzrok. W przeszłości cenił sobie niezależność i prowadził aktywny tryb życia. Teraz jakiś dorosły musiał go zawsze oprowadzać po terenie szkoły. Nie mógł już uprawiać sportów ani chodzić samemu. Nie potrafił się też odnaleźć w towarzystwie znajomych. Czuł się jak wyrzutek, całkiem sam. Był przerażony myślą, że przyjdzie mu tak spędzić resztę życia.
Wiele tygodni później, kiedy stał na podwórku szkolnym, nagle poczuł coś przed sobą. To była kolumna. Zauważył stojące koło niej inne kolumny.
– Nie dotykałem ich – mówi. – Stałem półtora metra dalej, ale mogłem przysiąc, że je widzę. Mogłem je policzyć. To było jak szósty zmysł, jak jakaś magiczna moc.
I wkrótce Bushway wrócił do jazdy na deskorolce, rzutów do kosza i jazdy na rolkach. Dołączył do drużyny uprawiającej kolarstwo górskie i rozbijał się wraz z nią po nieubitych drogach. Wzrok nigdy nie wrócił. Uszkodzenie nerwu wzrokowego było nieodwracalne. Zamiast tego załączył się w nim inny zmysł, który pozwalał mu „widzieć” pomimo ślepoty. Dzięki temu zmysłowi Bushway mógł wskazać samochód stojący na parkingu 100 metrów dalej, powiedzieć, jak szerokie jest drzewo rosnące po drugiej stronie chodnika, albo odróżnić kostkę Rubika od piłki tenisowej leżącej po drugiej stronie stołu.
Swoje umiejętności wyostrzył dzięki pomocy niewidomego działacza Daniela Kisha, którego poznał na spotkaniu obiadowym wydanym dla niewidomych studentów kilka tygodni po tym, jak udało mu się wyczuć szkolne filary. Kish, który wzrok stracił, gdy miał roczek, prowadził organizację non profit o nazwie World Access for the Blind (Równy Dostęp do Świata dla Niewidomych). Celem programu było uczenie niewidomych osób posługiwania się systemem echolokacji o nazwie FlashSonar, opracowanym przez Kisha.
FlashSonar nie jest urządzeniem; wszystkie narzędzia potrzebne do echolokacji istnieją w ludzkim ciele. A „magiczna moc”, która pozwoliła Bushwayowi w pierwszej kolejności zobaczyć kolumny na szkolnym podwórku, wcale nie była magiczna, wyjaśniał Kish. Był to ten sam zmysł echolokacji, którego delfiny i walenie używają od 50 milionów lat do nawigowania po mrocznych wodach oceanicznych głębin. Ludzie również potrafią „widzieć” w ciemności, mówił. Po prostu większość z nas zapomniała jak.
Wracając do kubańskiej restauracji. Obserwuję, jak Bushway wydaje krótkie kliknięcie, myśli przez ułamek sekundy, po czym wyciąga rękę ponad stołem, żeby chwycić szklankę z wodą. Płacimy rachunek, a Bill znów klika, kiedy wstajemy od stołu. Klika cały czas, kiedy wyprowadza mnie z zatłoczonej restauracji, potem idąc przez parking i dalej chodnikiem pełnym ludzi. Na ścieżce wiodącej do jego bloku zatrzymuje się, mówi, żebym uważał na stopień, i przeprowadza mnie przez frontowe drzwi.
Czas na moją pierwszą lekcję z FlashSonaru. Bill prosi mnie, żebym stanął z nim ramię w ramię na środku salonu. Bushway unosi język do podniebienia i opuszcza go szybko tuż za dolnymi zębami. W efekcie powstaje klik. Teraz Bushway wsłuchuje się w echo kliknięcia, żeby określić kształt i odległość przedmiotów wokół niego.
Na przykład ściana znajdująca się metr od niego odbije dźwięk szybciej niż ściana dalej. Przedmioty również różnie brzmią w zależności od swojej budowy i materiału, z jakiego zostały zrobione.
– Jeśli coś wygląda na miękkie – mówi mi Bushway – to też brzmi jak miękkie.
Drewniana ściana na przykład pochłania więcej dźwięku, więc echo będzie bardziej stłumione niż to odbite od szklanych drzwi. Bushway wychwytuje te różnice niemal natychmiast[16].
Klika, przechodzi przez salon i wchodzi do kuchni. Schyla się, otwiera szufladę i wyciąga deskę do krojenia. Znów klika, zbliża się do mnie na 60 centymetrów, odkłada deskę na długość ramienia, na lewo od mojej głowy, i zawiązuje mi opaskę na oczach.
– Teraz kliknij – mówi. Uderzam językiem wewnątrz ust, żeby wytworzyć ten strzelający dźwięk. Słyszę, jak Bushway idzie z mojej prawej strony. Trzyma deskę w górze (wiem to, choć tego nie widzę) i znów każe mi kliknąć. Natychmiast wyczuwam różnicę między echami. Po kilku minutach jestem w stanie zidentyfikować położenie deski w różnych miejscach w pokoju z odległości około dwóch metrów.
Ściągam opaskę. Czuję się dość pewnie, ale Bushway śmieje się, żebym się tak nie podniecał. Pięciolatek umie zrobić to samo i prawdopodobnie wychodzi mu to lepiej.
Opowiada o hiszpańskim projekcie, w ramach którego badacze zaangażowali dziesięciu widzących ochotników i uczyli ich podstaw FlashSonaru w trakcie dwóch sesji treningowych. Każda sesja trwała godzinę lub mniej. Następnie umieszczono studentów w pustym pomieszczeniu o rozmiarach 15 na 15 metrów. W tle puszczono biały szum oraz złożone wzorce echa, które miały naśladować dźwięki środowiskowe z codziennego życia. Ochotnicy potrafili wykryć płaskie powierzchnie, takie jak ściany, drewniane panele i płaskie monitory, z odległości dziewięciu metrów. Chodząc po pokoju, potrafili się zatrzymać pół metra przed uderzeniem w ścianę.
W 2011 roku zespół kanadyjskich naukowców umieścił Kisha wraz z innym echolokującym niewidomym w skanerze fMRI i monitorował aktywność ich mózgów w czasie, gdy używali oni technik FlashSonaru. Następnie naukowcy wprowadzili dwóch widzących pacjentów, którzy nigdy nie stosowali FlashSonaru, i poprosili ich, by klikali do otoczenia w trakcie trwania skanu fMRI. Porównano skany niewidomych użytkowników FlashSonaru z wynikami osób widzących. Skany wykazały, że gdy Kish i inne osoby echolokujące używały FlashSonaru, podświetlała się u nich wzrokowa część kory mózgowej. U ludzi widzących nie zarejestrowano żadnej aktywności w tym obszarze podczas klikania.
To odkrycie sugerowało, że użytkownicy FlashSonaru przetwarzali informacje słuchowe praktycznie w taki sam sposób, jak reszta z nas przetwarza bodźce wzrokowe. Osoby echolokujące w istocie widziały za pomocą echa.
Przełącznik Kontrolny i magnetorecepcja to zmysły utajone w sferze podświadomości. Nigdy nie wiemy, że działają. Ludzka echolokacja natomiast jest dostępna dla naszej świadomości – możemy świadomie słyszeć jej efekty i „widzieć” jej efekty. I przy odrobinie praktyki każdy, kto posiada przyzwoity słuch, może wyostrzyć u siebie ten niewizualny zmysł wzroku.
Jeżdżąc rowerem górskim, w nocy, po leśnych ścieżkach miewałem tylko punktową lampkę z przodu, która niczego nie oświetlała. Z czasem "widzi" się tak ścianę drzew po obu stronach.
Nie sprawdza się to jednak w przypadku dołków, kolein czy gałęzi na ścieżce i kilka razy zaliczyłem glebę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Wto Sty 20, 2026 16:53, w całości zmieniany 1 raz
Wyjaśniłem tym wszystkim osobom, i chciałbym wyjaśnić też to teraz, że oddychanie, jak każda terapia czy produkt leczniczy, nie potrafi wszystkiego. Oddychanie szybko, wolno lub wcale nie sprawi, że zatorowość zniknie. Oddychanie przez nos połączone z wydłużonym wydechem nie odwróci szkód wyrządzonych przez genetyczne choroby nerwowo-mięśniowe. Żaden sposób oddychania nie wyleczy nowotworu IV stopnia. Tak poważne problemy wymagają pilnej interwencji lekarskiej.
Gdybym nie brał antybiotyków, nie szczepił się i nie pobiegł na ostatnią chwilę do gabinetu lekarskiego, by zwalczyć infekcję węzłów chłonnych, już dawno bym nie żył. Technologie medyczne, które powstały w ciągu ostatnich 100 lat, uratowały życie niezliczonym osobom. Medycyna nieustannie poprawia jakość życia ludziom na całym świecie.
Jednak współczesna medycyna także ma swoje ograniczenia.
– Zanim do mnie trafią, to chodzące zombiaki – powiedział dr Michael Gelb, który przez 30 lat pracował jako chirurg stomatolog oraz specjalista od zaburzeń snu. Podobne słowa usłyszałem z ust dr. Dona Storeya, mojego teścia, który przez ostatnie 40 lat pracował jako pulmonolog. To samo powiedziały mi dziesiątki lekarzy z Harvardu, Stanforda i innych instytucji. Mówili, że współczesna medycyna jest zdumiewająco skuteczna w wycinaniu i zszywaniu różnych części ciała w nagłych przypadkach, niestety niedomaga jednak, jeśli chodzi o leczenie łagodniejszych przewlekłych chorób poszczególnych układów, takich jak astma, bóle głowy, stres i problemy autoimmunologiczne, z którymi boryka się większość dzisiejszej populacji.
Lekarze ci tłumaczyli w wielu słowach i na wiele sposobów, że mężczyzna w średnim wieku skarżący się na stres w pracy, drażliwość jelit, depresję oraz okazjonalne mrowienie w palcach u rąk nie otrzyma tyle samo uwagi, co pacjent z niewydolnością nerek. Dostanie leki na obniżenie ciśnienia, jakieś antydepresanty i sayonara. Rolą współczesnego lekarza jest gasić pożary, a nie rozwiewać dym.
Ma najszybsze „genitalia” na całym Zachodzie i nie zawaha się ich użyć, by roztrzaskać ci nimi czaszkę. Fala uderzeniowa powstająca w wyniku zadanego ciosu jest tak potężna, że rozrywa cię na strzępy. Na nasze szczęście Gonodactylus smithii – ustonóg zwany potocznie krewetką modliszkową albo krewetką boksującą – nie przewyższa rozmiarem korniszona, a do grona jego ofiar zaliczają się głównie drobne ślimaki, kraby i ostrygi. Co nie zmienia faktu, że może nam złamać palec albo i całą rękę, jeśli podpłyniemy zbyt blisko jego kryjówki w głębinach tropikalnego oceanu, gdzie wiedzie swą podwodną egzystencję. Dlatego rozsądny płetwonurek będzie się trzymał z dala od tego skorupiaka z wachlarzowatym ogonem, poruszającego się zwinnym, tanecznym krokiem po morskim dnie.
Gonodactylus można tłumaczyć jako „odnóża gonady”, jednak guzowate zakończenia kończyn tych stworów nie mają nic wspólnego z genitaliami, od których pochodzi łacińska nazwa gatunku. Jej autora najwyraźniej rozbawił wygląd pałkowatych odnóży – podkurczone i przyciśnięte do tułowia zwierzęcia rzeczywiście mogą budzić falliczne skojarzenia – i stąd to figlarne określenie, lecz w rzeczywistości nie ma z nimi żartów. Uderzenie tej podobnej do młotka kończyny, która w ułamku sekundy rozwija prędkość pocisku, to chyba najszybszy cios zadawany przez jakiekolwiek stworzenie, natomiast siła, jaką osiąga – nawet do 1500 niutonów – czyni z jego właściciela najsilniejsze, proporcjonalnie do masy ciała, zwierzę na Ziemi. Moc jego atakowi nadaje znajdujący się u podstawy odnóża „resor” w kształcie paraboloidy hiperbolicznej – czyli czegoś, co wygląda jak siodło – często wykorzystywanym również w świecie ludzi przez architektów i inżynierów ze względu na ogromną wytrzymałość w warunkach kompresji. Ruch kończyny jest tak szybki, że pozostawia w wodzie za sobą częściową próżnię – innymi słowy, zachodzi wówczas zjawisko kawitacji. W jej wyniku powstaje bąbel kawitacyjny, który implodując, wywołuje potężną falę uderzeniową działającą jak drugi cios.
Część pierwsza.
GŁÓD MAKABRY
TROCHĘ INACZEJ NIŻ W SERIALACH KRYMINALNYCH
NAJMNIEJSZE MIEJSCA ZBRODNI NA ŚWIECIE
ŻYWE TRUPY
CZY TWÓJ PIESEK ZJADŁBY CIĘ PO ŚMIERCI
O ZWŁOKACH, KTÓRE KRWAWIŁY
ZAGADKA PŁYWAJĄCYCH BUTÓW
Część druga.
ALE WSTRĘTNE!
OTWARTY BUFET Z ROBALAMI
NA FARMIE CZERWI
JAK TO PIĘKNIE CUCHNIE!
NASIENIE, KTÓRE LATA
MIEĆ NOSA DO CHORÓB
POTWORY Z KANAŁÓW
Część trzecia.
NA POHYBEL WSZELKIM TABU
TABU OSTATECZNE
CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA
URODZENI MORDERCY – SSAKI
PRAKTYCZNY PRZEWODNIK PO KANIBALIZMIE
ODKRYWAJĄC ŁECHTACZKĘ
PODPASKI W KOSMOSIE
NE-KRA-FILIA
Część czwarta.
MAŁE PASKUDZTWA
SIO!
WYŚCIG SZCZURÓW
ROZTOCZ JAKI JEST, (NIE) KAŻDY WIDZI
KARAKAN ZDEMASKOWANY
POD SKÓRĄ
TO NIE RZĘSA!
ROBALE W MÓZGU
NAJBARDZIEJ BOLESNE UŻĄDLENIE
Część piąta.
OHYDNE CIAŁO
WYDZIELAĆ CZY WYDALAĆ, OTO JEST PYTANIE
GORĄCZKA ZŁOTA
CZY KAŁ LECZY
SIKI W BASENIE
LIZANIE RAN
CZY SIKAĆ NA RANĘ
PRZELEWAJĄC KREW
MIT DETOKSU
Część szósta.
TAJEMNICE UMYSŁU
BŁĄD W PROGRAMIE
ROBACZKI NIEZOBACZKI
ZAGADKA LALKI VOODOO
TRZYMAJ SIĘ ODE MNIE Z DALEKA, PAJACU
TA TWARZ WYDAJE MI SIĘ ZNAJOMA
PSYCHOPACI NA EKRANIE
WŚCIEKŁOŚĆ I WRZASK
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4932807/co-za-ohyda-po-mrocznej-stronie-nauki
Spis treści tej książki, mówi więcej niż cytaty.
To jakby kilka książek innej autorki - Mary Roach, zebrane do kupy. Kto czytał Mary Roach, tego zaciekawi "Co za ohyda".
Jeśli ktoś jest fanem entropii, tak jak George Carlin lub ja, to polecam.
"The Great Big Book of Horrible Things". Autor - Matthew White.
Do pobrania za darmo i chyba na legalu.
Internet Archive https://share.google/y1Ham8Ttb2VEVn4FA
Mnóstwo informacji na temat większości znanych ludzkości wojen.
Często są to dane, które zaskakują. Na przykład mała liczba zabitych w wojnach jakie toczył Juliusz Cezar itp.
ODMIENNE STANY ŚWIADOMOŚCI
Miałem kiedyś cotygodniowe wykłady w Hughes Aircraft Company i którejś środy przyjechałem tam przed czasem. Jak zwykle flirtowałem z recepcjonistką, kiedy weszła mała grupa – mężczyzna, kobieta i jeszcze parę osób. Nikogo z nich nie znałem. Mężczyzna spytał:
– Czy tutaj ma wykłady pan profesor Feynman?
– Owszem, tutaj – odparła recepcjonistka.
Facet pyta, czy jego grupa mogłaby posłuchać.
– Nie sądzę, żeby to was zbytnio zainteresowało – mówię. – Wykłady są raczej techniczne.
Kobieta, która była dość inteligentna, szybko się domyśliła:
– To pan jest profesor Feynman!
Okazało się, że mężczyzna to John Lilly, człowiek, który wcześniej prowadził badania na delfinach. Teraz razem z żoną zajmowali się stanem deprywacji zmysłowej i skonstruowali do tego celu specjalne wanny.
– Czy to prawda, że w takich warunkach człowiek dostaje halucynacji? – zapytałem z przejęciem.
– Tak, to prawda.
Zawsze mnie fascynowały majaki senne i inne wyobrażenia, które nie pochodzą ze zmysłów. Chciałem doświadczyć halucynacji, żeby się dowiedzieć, jak to działa. Kiedyś zastanawiałem się nad użyciem narkotyków, ale bałem się: uwielbiam myśleć, więc nie chcę popsuć mechanizmu. Wydawało mi się jednak, że samo leżenie w wannie deprywacyjnej nie jest groźne dla zdrowia, toteż bardzo się na to napaliłem.
Natychmiast przyjąłem zaproszenie Lillych do skorzystania z wanien, a oni przyszli ze swą grupą posłuchać wykładu.
Tydzień później poszedłem do laboratorium pana Lilly, który przerobił ze mną całą procedurę, zapewne obowiązkową dla każdego. Pokazywał mi mnóstwo żarówek z różnymi gazami, jak w neonówkach. Przy tablicy okresowej z tymi gazami miał napisane różne mistyczne brednie na temat ich rzekomego oddziaływania na psychikę. Powiedział mi, że do wejścia do wanny trzeba się przygotować w ten sposób, że przyciskasz nos do lustra i patrzysz na swoje odbicie. Poczęstował mnie całym mnóstwem tego rodzaju hochsztaplerki. Nie zwracałem na to uwagi, ale robiłem wszystko, co mi kazał, bo inaczej by mnie nie wpuścił do wanny, a poza tym pomyślałem, że być może takie przygotowania ułatwiają halucynacje. Do wszystkiego się więc zastosowałem. Jedyną trudność sprawił mi wybór koloru światła, zwłaszcza że przecież w środku miało być ciemno.
Wanna deprywacyjna niewiele się różni od zwykłej wanny, tyle że ma zamykane wieko. W środku panują zupełne ciemności, a ponieważ wieko jest grube, nie dochodzą też żadne dźwięki. Niewielka pompa tłoczy do środka powietrze, ale tylko dla rozwiania ewentualnych obaw, ponieważ objętość wanny jest stosunkowo duża, a przy normalnym oddychaniu nie zużywa się wiele powietrza. Kiedy pan Lilly mi powiedział, że to tylko sprawa psychologiczna, poprosiłem go, żeby wyłączył pompę, bo trochę hałasowała.
W wodzie rozpuszcza się sole Epsom, żeby była gęstsza od zwykłej wody, więc ciało unosi się bez problemu na powierzchni. Temperatura równa się temperaturze ciała, a może jest o kilka stopni niższa, w każdym razie jest to tak pomyślane, żeby nic nie czuć. W sumie kompletna ciemność, kompletna cisza, nie ma wrażenia ciepła ani zimna, nic! Może się zdarzyć, że zniesie cię na bok i uderzysz o ścianę wanny albo skropli się para na wieku i spadnie kropla wody, ale te drobne zakłócenia zdarzają się bardzo rzadko.
Robiłem to chyba kilkanaście razy, za każdym razem spędzałem w wannie około dwóch i pół godziny. Za pierwszym razem nie miałem żadnych halucynacji. Potem państwo Lilly przedstawili mnie pewnemu lekarzowi, który powiedział mi o ketaminie, środku stosowanym do narkozy. Zawsze mnie interesowały sprawy związane z zasypianiem albo utratą przytomności, więc odczytał mi wszystkie „przeciwwskazania” i zaaplikował jedną dziesiątą normalnej dawki.
Doznałem dziwnego uczucia, które bardzo trudno mi scharakteryzować. Na przykład środek wywarł duży wpływ na moje widzenie; czułem, że nie widzę wyraźnie. Ale kiedy mocno się skupiłem, widziałem zupełnie normalnie. Było to coś takiego, jakby mi się nie chciało patrzeć; snułem się sennie, czułem się trochę jak pijany, ale kiedy się skoncentrowałem, wszystko było w normie, przynajmniej na chwilę. Wziąłem do ręki książkę o chemii organicznej, otworzyłem na tabeli jakichś bardzo skomplikowanych związków i ku mojemu zdziwieniu byłem w stanie odczytać wzory.
Robiłem różne inne rzeczy, na przykład przysuwałem dłoń do dłoni, żeby sprawdzić, czy trafię palcami w palce, i chociaż miałem poczucie całkowitej dezorientacji, całkowitej bezradności, potrafiłem wykonać każdą konkretną czynność, jaka przyszła mi do głowy.
Jak już powiedziałem, za pierwszym razem w wannie nie miałem żadnych halucynacji, za drugim razem też nie. Ale państwo Lilly byli bardzo interesującymi ludźmi, doskonale mi się z nimi rozmawiało. Częstowali mnie obiadem i tak dalej, i po jakimś czasie przeszliśmy na wyższy poziom dyskusji niż te brednie ze światłami. Dowiedziałem się, że inni ludzie trochę się boją przebywać w wannie, ale ja uważałem, że to bardzo interesujący wynalazek. Nie bałem się, ponieważ wiedziałem, że nie ma w tym nic tajemniczego: to tylko wanna z solami Epsom.
Za trzecim razem był ze mną inny człowiek – poznałem tam wielu ciekawych ludzi – który przedstawiał się jako Baba Ram Das. Pracował w Harvardzie, pojechał do Indii i napisał popularną książkę pod tytułem Być tutaj teraz. Powtórzył mi, co mu powiedział guru na temat osiągania „doświadczenia odłączenia od ciała” (sformułowanie to przewijało się na tablicy informacyjnej w laboratorium u Lillych): skup się na oddechu, na tym, jak oddech wchodzi i wychodzi przez nos.
Pomyślałem, że jestem gotów na wszystko, byleby tylko doznać halucynacji. Wszedłem do wanny. W pewnej fazie nagle zdałem sobie sprawę, że – bardzo trudno to wyjaśnić – mój oddech ma niewielkie odchylenie. Innymi słowy, moja jaźń jest przesunięta – mniej więcej o cal – w stosunku do miejsca, w którym mój oddech wchodzi i wychodzi przez nos.
Pomyślałem: „Gdzie mieści się jaźń? Wszyscy wiedzą, że organem myślenia jest mózg, ale skąd oni to wiedzą?”. Zdążyłem przeczytać, że zanim przeprowadzono wiele badań psychologicznych, fakt ten wcale nie był dla ludzi taki oczywisty. Na przykład Grecy sądzili, że organem myślenia jest wątroba. „Czy to możliwe – dywagowałem – że dzieci sądzą, że jaźń mieści się w głowie, ponieważ patrzą na rodziców, którzy dotykają się w głowę i mówią: »Niech pomyślę«? Czyli idea, że jaźń mieści się tam, w górze, za moimi oczami, może być kwestią umowną!”. Uznałem, że skoro udało mi się przesunąć jaźń o cal, nie ma powodu, żeby nie udało mi się jej przesunąć jeszcze dalej. Od tego zaczęły się moje halucynacje.
Skupiłem się i po jakimś czasie przepchałem jaźń przez szyję do klatki piersiowej. Kiedy spadła kropla wody i uderzyła mnie w ramię, poczułem to „w górze”, powyżej miejsca, gdzie byłem „ja”. Za każdym razem, gdy spadła kropla, byłem trochę zaskoczony, i moja jaźń wracała przez szyję na normalne miejsce. Musiałem znowu ją zsunąć. Z początku kosztowało mnie to dużo pracy, ale potem szło mi już coraz łatwiej. Schodziłem niżej i niżej, aż wreszcie dotarłem do lędźwi, z boku po jednej stronie, i przez kilka seansów nie udało mi się poprawić tego wyniku.
Któregoś razu, gdy byłem w wannie, uznałem, że skoro mogę przesunąć się do lędźwi, nie ma powodu, żebym nie mógł całkiem odłączyć się od ciała. I zdarzyło się coś, co trudno wytłumaczyć, ale nazwałbym to tak: byłem „cały po jednej stronie”. Poruszałem ramionami, falowałem rękami wodę i chociaż ich nie widziałem, wiedziałem, gdzie są. Ale inaczej niż w normalnym życiu, kiedy ramiona są po obu stronach, trochę niżej od jaźni, teraz były po jednej stronie! Czucie w palcach i wszystko inne miałem zupełnie normalne, tylko moje „ja” było „na zewnątrz” i obserwowało to wszystko.
Potem miałem halucynacje już prawie za każdym razem i potrafiłem odsunąć się coraz dalej od mojego ciała. Doszło do tego, że kiedy poruszałem ramionami, wydawały mi się czymś mechanicznym, a nie żywym. Wrażenia zmysłowe dokładnie się zgadzały z ruchami, ale miałem również to odczucie: „on jest tym czymś”. W końcu „ja” wyszło nawet z pomieszczenia i wędrowało do różnych odległych miejsc, gdzie działy się zdarzenia, które widziałem wcześniej w swoim życiu.
Przeżyłem wiele rodzajów doświadczenia odłączenia od ciała. Kiedyś, na przykład, „widziałem” tył swojej głowy, ze splecionymi na karku dłońmi. Kiedy poruszałem palcami, widziałem, jak się ruszają, ale między kciukiem a resztą dłoni widziałem błękitne niebo. Była to, oczywiście, halucynacja. Rzecz jednak w tym, że kiedy poruszałem palcami, ich ruch dokładnie się zgadzał z tym, co widziałem w swej halucynacji. Pojawiał się cały obraz ciała, który zgadzał się z tym, co robiłem i co odczuwałem, tak jak kiedy budzisz się rano, dotykasz jakiejś części ciała (nie wiesz, jakiej) i nagle staje się dla ciebie oczywiste, co to jest. Nagle więc pojawiał się cały obraz ciała, zgodny z rzeczywistością, tyle że zupełnie inny niż zazwyczaj, ponieważ przeważnie wyobrażasz sobie, że jaźń mieści się z tyłu głowy wewnątrz czaszki, a nie na zewnątrz.
Jedną z rzeczy, które mnie dręczyły – w sensie psychologicznym – kiedy miałem halucynację, była myśl, że może zasnąłem i tylko śnię to wszystko. Ponieważ miałem już trochę doświadczeń ze snami, chciałem doznawać nowych. To oczywiście głupie, ale kiedy przeżywasz halucynację, mózg nie jest zbyt sprawny, więc kiedy sobie coś ubrdasz, na przykład chcesz sprawdzić, czy nie śnisz, nie ma ci kto powiedzieć, że to głupie. Nieustannie więc sprawdzałem, czy nie śnię, w ten sposób, że ocierałem o siebie kciuki – ponieważ często miałem ręce za głową – badając, czy mam w nich czucie. Oczywiście to też mogło mi się śnić, ale jakoś wiedziałem, że to rzeczywiste.
Na początku byłem taki przejęty, że przeżywam halucynacje, że „uciekały” mi, urywały się, ale kiedy się przyzwyczaiłem, halucynacje trwały bardzo długo.
Parę tygodni później dużo się zastanawiałem nad różnicą działania mózgu i maszyny liczącej – zwłaszcza jeśli chodzi o przechowywanie informacji. Ciekawa jest kwestia metody przechowywania wspomnień przez mózg: w porównaniu z maszyną można je uzyskać z tak wielu kierunków – nie trzeba się zgłaszać pod konkretny adres w pamięci. Weźmy słowo „czynsz”: jeśli rozwiązuję krzyżówkę, będę szukał sześcioliterowego słowa, które zaczyna się na „c”, a kończy na „z”; ale jeśli myślę o mieszkalnictwie, będę szukał w przegródce związanej z pieniędzmi, własnością i tak dalej; to z kolei może mnie naprowadzić na różne inne wspomnienia lub informacje. Zastanawiałem się nad skonstruowaniem maszyny naśladującej ten system przechowywania, która uczyłaby się języka tak, jak uczą się dzieci: słuchając, jak się do niej mówi. Nie wiedziałem jednak, w jaki sposób zorganizować informacje, żeby maszyna mogła do nich dotrzeć niezależnie od celu, do którego będą jej potrzebne.
Kiedy wszedłem w tym tygodniu do wanny i zaczęła się halucynacja, usiłowałem przywołać najwcześniejsze wspomnienia. Ciągle sobie powtarzałem: „Jeszcze wcześniejsze, jeszcze wcześniejsze” – nawet wspomnienia z dzieciństwa mnie nie zadowalały. Kiedy naszło mnie jakieś bardzo wczesne wspomnienie – powiedzmy z mojego rodzinnego miasta Far Rockaway – natychmiast pojawiała się cała seria wspomnień, wszystkie z Far Rockaway. Kiedy pomyślałem o czymś, co wydarzyło się w innym mieście – na przykład Cedarhurst – wtedy zlatywało się mnóstwo wspomnień związanych z Cedarhurst. Zdałem więc sobie sprawę, że wspomnienia są przechowywane w przegródce z miejscem, w którym wydarzyło się dane przeżycie.
Byłem bardzo dumny z tego odkrycia, wyszedłem z wanny, wziąłem prysznic, ubrałem się i tak dalej, po czym wsiadłem do samochodu i pojechałem do Hughes Aircraft wygłosić mój cotygodniowy wykład. Dopiero jakieś czterdzieści pięć minut po wyjściu z wanny zdałem sobie sprawę, że nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób mózg przechowuje wspomnienia; cała moja wiedza na ten temat pochodziła z halucynacji! Moje „odkrycie” nie miało nic wspólnego ze sposobem przechowywania wspomnień przez mózg – wzięło się z gier, jakie ze sobą prowadziłem.
Podczas licznych rozmów na temat halucynacji, które odbyłem do tej pory, usiłowałem wytłumaczyć państwu Lilly i innym, że jeżeli coś jest rzeczywiste dla wyobraźni, to wcale nie oznacza, że tak jest naprawdę. Jeżeli kilkakroć widzisz złote kule, które przedstawiają ci się jako wyższe inteligencje, to nie znaczy, że naprawdę są wyższymi inteligencjami; to tylko twoja halucynacja. Teraz jednak moje odkrycie metody przechowywania wspomnień napawało mnie taką dumą, że upłynęło aż czterdzieści pięć minut, zanim zdałem sobie sprawę, że popełniam ten sam błąd, który starałem się wyperswadować innym.
Zastanawiałem się też, czy na halucynacje, tak jak to jest ze snami, ma wpływ to, co już jest w umyśle – ślady ostatnich zdarzeń czy oczekiwania na najbliższą przyszłość. Moim zdaniem przeżyłem odłączenie od ciała dlatego, że tuż przed wejściem do wanny właśnie o tym rozmawialiśmy. A halucynacja na temat metody przechowywania wspomnień przez mózg przytrafiła mi się prawdopodobnie dlatego, że zastanawiałem się nad tą kwestią przez cały tydzień.
Odbyłem poważne dyskusje z różnymi ludźmi na temat realności doświadczeń. Twierdzili, że w naukach empirycznych za realne uchodzi takie doświadczenie, które można odtworzyć. Czyli jeżeli wielu ludzi raz po raz widzi złote kule, które do nich mówią, kule muszą być realne. Ja twierdziłem, że ludzie będą wielokrotnie widzieli złote kule tylko wtedy, kiedy przed wejściem do wanny będzie o nich mowa; jeśli ktoś myśli o złotych kulach, wchodząc do wanny, a potem podczas halucynacji widzi coś zbliżonego – powiedzmy, że kule są niebieskie – to mu się wydaje, że odtwarza to doświadczenie. Wyraźnie dostrzegałem różnicę pomiędzy uzgadnianiem wyników przez ludzi, którzy chcą, żeby ich halucynacje okazały się zgodne z innymi, a uzgadnianiem wyników w naukach empirycznych. Różnica jest bardzo wyraźnie odczuwalna – ale strasznie trudno ją zdefiniować!
Sądzę, że w halucynacjach nie ma nic, co byłoby wywołane jakimikolwiek czynnikami zewnętrznymi wobec stanu psychiki osoby doznającej halucynacji. Mimo to mnóstwo ludzi wierzy, że doświadczenia, których doznają podczas halucynacji, są realne. Zbliżony mechanizm tłumaczy powodzenie, jakim cieszą się interpretatorzy snów. Na przykład niektórzy psychoanalitycy interpretują sny poprzez znaczenie różnych symboli. Niewykluczone, że po rozmowie z psychoanalitykiem symbole te rzeczywiście pojawiają się w snach. Sądzę więc, że interpretacja halucynacji i snów działa na zasadzie samospełniającego się proroctwa: jeżeli wcześniej podpowiesz mózgowi, co ma się pojawić, na ogół wiele z twoich przewidywań się spełni.
Zazwyczaj halucynacja zaczynała się mniej więcej po piętnastu minutach, z wyjątkiem tych kilku razy, kiedy wcześniej paliłem marihuanę: wtedy przychodziła bardzo szybko. Ale piętnaście minut mnie satysfakcjonowało.
Na początku halucynacji często zdarzało się coś, co nazwałbym „zaśmiecaniem” mózgu: nachodziły mnie zupełnie chaotyczne obrazy, całkowicie przypadkowe rupiecie. Próbowałem zapamiętać niektóre z nich, żeby móc to później opisać, ale były to rzeczy szczególnie trudne do zapamiętania. Myślę, że było to bardzo zbliżone do obrazów, które przychodzą przy zasypianiu: wydaje ci się, że są logicznie powiązane, ale kiedy usiłujesz sobie przypomnieć, co cię naprowadziło na obecną myśl, okazuje się, że nie potrafisz. Po chwili nie pamiętasz już nawet, co sobie usiłujesz przypomnieć. Wszystko, co pamiętam z tych początkowych momentów halucynacji, to – na przykład – biały znak drogowy w Chicago z pryszczem, który zaraz znika. Tylko tego rodzaju sprawy.
Pan Lilly miał wiele różnych wanien, w których wypróbowaliśmy wiele różnych eksperymentów. Nie miało to większego wpływu na rodzaj halucynacji, toteż nabrałem przekonania, że wanna jest niepotrzebna. Teraz, kiedy wiedziałem, na czym rzecz polega, zdałem sobie sprawę, że wystarczy usiąść nieruchomo, a te wszystkie stuprocentowe wyciszenia i tak dalej nie są potrzebne.
Po powrocie z pracy gasiłem więc światło, siadałem w wygodnym fotelu w salonie i bez końca próbowałem – nigdy mi się nie udało. Poza wanną nie doznałem ani jednej halucynacji. Oczywiście byłoby miło robić to w domu i nie wątpię, że jeśli ktoś medytuje i dużo ćwiczy, to jest w stanie to osiągnąć, ale ja nie ćwiczyłem.
Jeśli ktoś jest fanem entropii, tak jak George Carlin lub ja, to polecam.
"The Great Big Book of Horrible Things". Autor - Matthew White.
Do pobrania za darmo i chyba na legalu.
Internet Archive https://share.google/y1Ham8Ttb2VEVn4FA
Mnóstwo informacji na temat większości znanych ludzkości wojen.
Często są to dane, które zaskakują. Na przykład mała liczba zabitych w wojnach jakie toczył Juliusz Cezar itp.
No nie wiem, AI podaje, że wojska Cezara wybiły jakiś milion autochtonów ponosząc przy tym bardzo małe straty rzędu 30 tys. żołnierzy.
Nie wiem, co myśleć.
JW
Jeśli ktoś jest fanem entropii, tak jak George Carlin lub ja, to polecam.
"The Great Big Book of Horrible Things". Autor - Matthew White.
Do pobrania za darmo i chyba na legalu.
Internet Archive https://share.google/y1Ham8Ttb2VEVn4FA
Mnóstwo informacji na temat większości znanych ludzkości wojen.
Często są to dane, które zaskakują. Na przykład mała liczba zabitych w wojnach jakie toczył Juliusz Cezar itp.
No nie wiem, AI podaje, że wojska Cezara wybiły jakiś milion autochtonów ponosząc przy tym bardzo małe straty rzędu 30 tys. żołnierzy.
Nie wiem, co myśleć.
JW
Właśnie o te małe straty Rzymu mi chodziło i się nad tym zastanawiałem, bo mimo, że zarówno za panowania Gajusza Juliusza Cezara, aż po dzień dzisiejszy niektórzy zarzucają mu, że zniżał straty własne, jednocześnie zawyżając straty przeciwników, to i tak nie zmienia faktu, że faktycznie straty po stronie rzymskich legionistów były zaskakująco niskie.
Chodzi mi głównie o Wojny Galijskie i tu mogło tak być, bo Juliusz Cezar przeprowadził w tym czasie głęboką modernizację armii.
https://histmag.org/Armia-rzymska-w-okresie-wojen-galijskich-58-51-pne-2407
A Galowie nie mieli magicznego napoju, jak w komiksach o Asterixie i Obelixie.
Rzymianie mieli więc ogromną przewagę technologiczną.
Byli świetnie uzbrojeni i wszyszkoleni, oraz zmotywowani, bo to było na zasadzie wojny, która się musi też sama wyżywić, a w dalszej konsekwencji przynieść zysk wszystkim Rzymianom biorącym udział w walce.
Drugim czynnikiem były nieczyste zagrywki Julka. https://wielkahistoria.pl/najwieksza-zbrodnia-juliusza-cezara-nawet-rzymianie-chcieli-go-ukarac-za-to-czego-dopuscil-sie-w-55-roku-p-n-e/
Ogólnie Rzymianie byli bardzo brutalni nie tylko dla żołnierzy wojsk przeciwnych, ale też cywilów.
Często niemal połowa zabitych to były kobiety, dzieci i ludzie starsi.
Nie jest tajemnicą, że naziści inspirowali się w wielu aspektach Imperium Romanum. https://ciekawostkihistoryczne.pl/2015/07/14/czy-rzymskiemu-legioniscie-wolno-bylo-mordowac-gwalcic-i-rabowac/2/
W książce White nie podaje strat po stronie Rzymu, co może oznaczać, że autor miał wątpliwości co do liczb, które podawały oficjalne źródła. Trzeba więc brać na nie poprawkę.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Pią Lut 20, 2026 19:14, w całości zmieniany 1 raz
To, co pozwoliło nam rozwijać się dalej, podczas gdy pozostałe gatunki ludzi wyginęły, to rodzaj poznawczej supermocy: szczególny typ współpracy określany jako komunikacja oparta na współpracy. Pozostajemy ekspertami w zakresie współpracy z innymi ludźmi, nawet nieznajomymi. Potrafimy komunikować się z kimś, kogo nigdy nie spotkaliśmy, rozmawiać o wspólnym celu i pracować razem, aby go osiągnąć. Jak można się spodziewać, szympansy są wyrafinowane poznawczo w wielu aspektach, w jakich są również ludzie. Jednak pomimo licznych podobieństw trudno im zrozumieć, kiedy komunikacja ma pomóc w osiągnięciu wspólnego celu. Oznacza to, że tak inteligentne zwierzęta jak szympansy cechuje niewielka zdolność do synchronizowania zachowań, koordynowania odmiennych ról, przekazywania innowacji, a nawet komunikacji wykraczającej poza kilka podstawowych próśb. W przypadku naszego gatunku wszystkie te umiejętności rozwijamy, zanim zaczniemy chodzić lub mówić, i to one stanowią bramę do złożonego świata społecznego i kulturowego. Pozwalają podłączyć nasze umysły do umysłów innych i dziedziczyć wiedzę wielu pokoleń. Są podstawą wszelkich form kultury i nauki, w tym wyrafinowanego języka, jakim się posługujemy. To właśnie zwarte grupy posiadających kulturę ludzi rozwinęły zaawansowaną technologię. Homo sapiens byli w stanie rozkwitać w obszarach niedostępnych dla pozostałych inteligentnych gatunków ludzi, ponieważ jesteśmy doskonali w szczególnym rodzaju współpracy.
Kiedy rozpoczynałem studiowanie świata zwierząt, byłem tak skoncentrowany na rywalizacji, że nawet nie przyszło mi do głowy, że komunikacja czy przyjaźń mogły odgrywać jakąkolwiek rolę w ewolucji poznawczej. Nie tylko w przypadku innych zwierząt, ale również nas samych. Byłem przekonany, że wyjątkowe umiejętności manipulacji lub oszukiwania innych mogą wyjaśnić ewolucyjne dostosowanie zwierzęcia. Odkryłem jednak, że bycie mądrzejszym nie wystarcza. Nasze emocje odgrywają ogromną rolę w tym, co uważamy za satysfakcjonujące, bolesne, atrakcyjne czy odpychające. Nasze preferencje do rozwiązywania pewnych grup problemów pełnią tak samo istotną funkcję w kształtowaniu naszego poznania jak zdolności obliczeniowe mózgu. Najbardziej wyrafinowane rozumienie sytuacji społecznych, pamięć i strategie nie pomogą w innowacji, jeśli nie będą współdziałać, wykorzystując umiejętność komunikacji opartej na współpracy z innymi.
Nasze przyjazne nastawienie ewoluowało w warunkach samoudomowienia.
Udomowienie nie jest tylko wynikiem doboru sztucznego, dokonywanego przez człowieka, który wybierał określone zwierzęta do hodowli. To również rezultat działania doboru naturalnego. W naszym przypadku presja selekcyjna byłaby nakierowana na przyjazne nastawienie – albo w stronę innego gatunku, albo w stronę własnego. To istota tego, co nazywamy samoudomowieniem. To ono dało nam przewagę w przyjaznym nastawieniu, której potrzebowaliśmy, by odnieść sukces, gdy inne gatunki ludzi wyginęły. Jak dotąd obserwowaliśmy je u nas samych, u psów i u naszych najbliższych kuzynów – bonobo. Ta książka opisuje odkrycie, które połączyło te trzy gatunki i pomogło nam zrozumieć, jak staliśmy się tym, kim jesteśmy obecnie.
Gdy ludzie stali się bardziej przyjaźni, mogło się dokonać przejście od życia w małych grupach liczących po 10–15 osobników, jak w przypadku neandertalczyków, do życia w większych grupach liczących sto lub więcej osób. Nawet bez większych mózgów nasze liczniejsze i lepiej zorganizowane grupy łatwo wygrywały rywalizację z innymi gatunkami ludzi. To nasza wrażliwość wobec innych umożliwiła współpracę i komunikację w coraz bardziej złożony sposób, który wyniósł nasze zdolności kulturowe na nowy poziom. Mogliśmy wprowadzać innowacje i dzielić się nimi szybciej niż ktokolwiek inny. Pozostałe gatunki ludzi nie miały szans.
Jednak nasze przyjazne nastawienie ma również mroczną stronę. Kiedy czujemy, że grupa, którą kochamy, jest zagrożona przez inną grupę, jesteśmy w stanie odłączyć zagrażającą nam grupę od naszej umysłowej sieci, co umożliwia dehumanizację innych ludzi. Tam, gdzie w normalnych warunkach znajdowałyby się empatia i współczucie, nie znajdujemy nic. Niezdolni do empatii wobec zagrażających nam obcych, nie potrafimy dłużej postrzegać ich jako bliźnich. Stajemy się wtedy zdolni do największych okrucieństw. Jesteśmy zarówno najbardziej tolerancyjnym, jak i najbardziej bezlitosnym gatunkiem na planecie.
Analizując przyczyny wojen i ludobójstw, zastanawiają się, jak to możliwe, że jesteśmy najbardziej tolerancyjnym, a jednocześnie najokrutniejszym gatunkiem na Ziemi.
Szukając odpowiedzi na to pytanie, należy cały czas pamiętać o tym, co tak naprawdę miał na myśli Darwin: sekret naszego przetrwania leży nie w tym, ilu wrogów pokonaliśmy, lecz w tym, ilu przyjaciół udało nam się zdobyć.
Teoria samoudomowienia stanowi prawdopodobnie największy przełom ostatnich lat w zrozumieniu ewolucji człowieka, będąc kluczem do wyjaśnienia, jak wyłonił się ludzki umysł oraz język. Koncepcja ta rzuca wyzwanie naszym potocznym przekonaniom, gdyż za najważniejsze dla ewolucji człowieka uznaje rozwój nie inteligencji czy myślenia abstrakcyjnego, lecz predyspozycji społecznych, takich jak życzliwość, tolerancja, czy zdolność do współpracy. Autorzy z gracją prowadzą czytelnika przez najnowszy dorobek psychologii porównawczej (opisującej umysły ludzi i innych zwierząt) - dorobek doskonale im znany, ponieważ w znaczącym stopniu oparty właśnie na ustaleniach Briana Hare’a i jego współpracowników.
Sławomir Wacewicz Centrum Badań nad Ewolucją Języka (CLES) UMK w Toruniu
Jak widać i paleolit i neolit przynosi coś dobrego.
Teorię samoudomowienia homo sapiens wykorzystują do swoich celów ci od diet paleo, keto itp.
Podniecają sie się hipotezą DeSilvy, który twierdzi, że przez samoudomowienie mózg homo sapiens zmniejszył się przez ostatnie 3000 lat.
Jednak to tylko hipoteza, niczym nie potwierdzona. Nie potwierdzona z prostej przyczyny. Brak wystarczającego materiału porównawczego ze znalezisk archeologicznych.
https://www.frontiersin.o...022.963568/full
Wszystko wskazuje na to, że hardware jest ten sam od 300 000 lat. Tylko software się zmienia.
Właśnie o te małe straty Rzymu mi chodziło i się nad tym zastanawiałem, bo mimo, że zarówno za panowania Gajusza Juliusza Cezara, aż po dzień dzisiejszy niektórzy zarzucają mu, że zniżał straty własne, jednocześnie zawyżając straty przeciwników, to i tak nie zmienia faktu, że faktycznie straty po stronie rzymskich legionistów były zaskakująco niskie.
Chodzi mi głównie o Wojny Galijskie i tu mogło tak być, bo Juliusz Cezar przeprowadził w tym czasie głęboką modernizację armii.
Oglądałem kiedyś na Wyspie Wolin rekonstrukcje historyczne m.in. wojowników Cezara, ich uzbrojenia oraz taktyki walki. W przeciwieństwie do rozproszonych zagonów tatarskich czy kawalerii, żołnierze rzymscy uzbrojeni w miecze i duże tarcze tworzyli czworoboki idące na przód jak walce, nie do pokonania. Idąc piechotą ukryci za swoimi tarczami tworzyli coś w rodzaju wozu opancerzonego. Mieli kilka podstawowych szyków formowania oddziału, zależnie od sytuacji. Jak na tamte czasy, górowali nad przeciwnikami organizacją i dowodzeniem.
JW
Patrząc na rzeczywisty świat, nie ten tworzony w umysłach antropologów, widać, że ewolucja eksperymentuje ze skrajnościami, ale ostatecznie wygrywa przeciętność.
Pięciokrotnie w historii Ziemi ewolucja tworzyła koty szablozębne, wyjątkowe skuteczni zabójcy. Tak skuteczne, że wybiły źródło swojego pożywienia i same wyginęły.
Podobnie, muchomor sromotnikowy odporny na zjadanie, powinien opanować nasze lasy. Tymczasem najliczniej występują przyjazne zwierzętom grzyby jadalne.
Olbrzymie dinozaury, którym nic nie zagrażało wyginęły, pozostała gałąź ewolucyjna małych, niegroźnych ptaków.
Żadne jadowite zwierzęta nie opanowały planety.
Itd.
JW
Właśnie o te małe straty Rzymu mi chodziło i się nad tym zastanawiałem, bo mimo, że zarówno za panowania Gajusza Juliusza Cezara, aż po dzień dzisiejszy niektórzy zarzucają mu, że zniżał straty własne, jednocześnie zawyżając straty przeciwników, to i tak nie zmienia faktu, że faktycznie straty po stronie rzymskich legionistów były zaskakująco niskie.
Chodzi mi głównie o Wojny Galijskie i tu mogło tak być, bo Juliusz Cezar przeprowadził w tym czasie głęboką modernizację armii.
Oglądałem kiedyś na Wyspie Wolin rekonstrukcje historyczne m.in. wojowników Cezara, ich uzbrojenia oraz taktyki walki. W przeciwieństwie do rozproszonych zagonów tatarskich czy kawalerii, żołnierze rzymscy uzbrojeni w miecze i duże tarcze tworzyli czworoboki idące na przód jak walce, nie do pokonania. Idąc piechotą ukryci za swoimi tarczami tworzyli coś w rodzaju wozu opancerzonego. Mieli kilka podstawowych szyków formowania oddziału, zależnie od sytuacji. Jak na tamte czasy, górowali nad przeciwnikami organizacją i dowodzeniem.
JW
I tym sposobem przypomniał mi Pan o dość dawno przeczytanej książce.
Cytat:
Zaraza Antoninów
"Kiedy wstajesz rano, pomyśl, jak cennym przywilejem jest być żywym:
oddychać, myśleć, cieszyć się, kochać." Marek Aureliusz
Bardzo często – zwykle przy okazji doniesień, że jacyś całkiem dorośli ludzie uprawiają seks w sposób, który byłby zabroniony w epoce wiktoriańskiej – komentator telewizyjny kiwa głową i tłumaczy, jak takie zachowanie doprowadziło do upadku starożytnego Rzymu. Na ogół ci mędrcy nie wykazują ani grama życzliwości czy współczucia dla bliźnich i nie rozumieją, że obyczaje się zmieniają. I z całą pewnością możemy powiedzieć, że bardzo niewiele wiedzą na temat „upadku starożytnego Rzymu”.
Żeby było jasne, Cesarstwo Rzymskie nie upadło dlatego, że wszyscy uprawiali seks. Żadna cywilizacja nie upadła z powodu zbyt dużej ilości seksu – może z wyjątkiem Bawarii w roku 1848, ale to już zupełnie inna (choć rozkoszna) historia.
Upadek Rzymu nie rozpoczął się z powodu radujących serce ślubów jednopłciowych. Zaczął się wraz z zarazą, która wybuchła w latach sześćdziesiątych II wieku. W tym momencie Rzymianie znajdowali się u szczytu swojej potęgi, a ich rozległe imperium sięgało od Szkocji po Syrię.
Byli w stanie podbić i utrzymać tak wielki teren, bo legiony rzymskie stanowiły potężną siłę. Około roku 160 armia ta składała się z dwudziestu ośmiu legionów, z których każdy liczył 5120 ludzi.
Legioniści zgłaszali się na ochotnika na dwadzieścia pięć lat służby, po upływie której mogli liczyć na hojną odprawę w wysokości mniej więcej czternastoletniego żołdu. A jeśli komuś wydaje się, że 143 360 żołnierzy to niewiele – dla porównania dzisiaj w Stanach Zjednoczonych jest ich w służbie czynnej około 520 tysięcy – to istniały również siły rezerwowe, które zwiększały liczebność armii o 60 procent. Te oddziały składały się głównie z ludzi niebędących obywatelami Rzymu. Jeśli przeżyli przypisany im okres służby, mogli w nagrodę liczyć na obywatelstwo rzymskie.
No dobrze, możecie się zastanawiać, ale czy ktoś miał szansę przeżyć dwadzieścia pięć lat w armii? Jeśli służyło się w armii rzymskiej w latach 135–160, to szanse utrzymania się przy życiu były dość znaczne. Chociaż dokładne statystyki nie są znane, to w tym okresie doszło do relatywnie niewielu bitew. Można było nawet w ogóle nie walczyć. Jak pisze Walter Scheidel, profesor na Uniwersytecie Stanforda:
Z tego, co nam wiadomo, 239 weteranów (czyli tylu, ilu zwolniono około roku 160 w ciągu dwóch lat) z legionu VII Claudia w ogóle nie doświadczyło istotnych walk w czasie dwudziestopięcio - lub dwudziestosześcioletniej służby[2].
Przez dwadzieścia pięć lat żołnierze ci nie widzieli bitwy.
Z pewnością byli pośmiewiskiem. Ale ostatecznie wyszło im to na dobre! Nigdy nie musieli stanąć do boju!
Jeśli zaś dochodziło do bitwy, to trzeba przyznać, że żołnierz rzymski był oszałamiająco dobrze – nawet jeśli nieco niepotrzebnie – wyekwipowany. Legioniści mieli na sobie lorica segmentata, niezwykle giętką zbroję z metalowych pasów. Żyjący w I wieku historyk Józef Flawiusz tak opisuje imponujące szeregi rzymskiej armii:
"Maszerują naprzód, wszyscy w milczeniu i właściwym porządku, a każdy utrzymuje właściwą dla niego pozycję, tak samo jak w czasie bitwy. Piechurzy wyposażeni są w napierśniki i hełmy, a po obu bokach niosą miecze. Ci, których wybrano do ochrony dowódcy, dzierżą oszczep i dłuższy miecz. Mają przy sobie również piłę, kosz, szpadel i siekierkę, a także skórzany pas, kosę, łańcuch i racje żywnościowe na trzy dni[3]."
Legioniści byli więc niczym szwajcarskie scyzoryki.
Rzymska armia mogła zatem poszczycić się znakomitym uzbrojeniem, znakomitą liczebnością i znakomitym wyszkoleniem – a czasem miała przy sobie również jedzenie na co najmniej trzy dni. Wkrótce jednak zaczęła przegrywać bitwy i tracić miasta na rzecz plemion germańskich.
Początkowo myślałam, że te germańskie plemiona musiałyby mieć naprawdę dobry ekwipunek, by z sukcesami walczyć z armią rzymską. Całe szczęście Tacyt wyprowadził mnie z błędu. Tak pisał o pewnym germańskim plemieniu:
"Są albo nadzy, albo okryci cienką opończą, jeśli chodzi o ekwipunek, nie mają się czym pochwalić: ich tarcze są zdobione najprostszymi barwami. Nieliczni mają kolczugi, a bardzo rzadko trafia się ktoś w szyszaku albo hełmie[4]."
Najbardziej podoba mi się to, że Tacyt znalazł czas, by skrytykować germańskie tarcze z powodów estetycznych. Encyclopedia Britannica w haśle, które charakteryzuje się niezwykle pomocną szczegółowością, zgadza się z Tacytem, wyjaśniając, że plemiona germańskie aż do VI wieku były zawsze bardzo źle wyposażone:
Ich główną bronią była długa lanca, nieliczni nosili miecze. Hełmy i napierśniki były im w zasadzie nieznane. Za jedyny pancerz służyła im lekka drewniana albo wiklinowa tarcza, niekiedy wykończona żelaznym okuciem, czasem wzmacniana skórą. Ten brak odpowiedniego ekwipunku tłumaczy gorączkowy pośpiech, z jakim Germanie rzucali się na oddziały ciężkozbrojnych Rzymian. Gdyby wdawali się w przedłużoną walkę wręcz, w której ich lekkie tarcze i włócznie musiałyby mierzyć się z rzymskimi mieczami i zbrojami, nie mieliby wielkich szans na sukces[5].
Pomimo słabego uzbrojenia Germanie byli niewyobrażalnie odważni. Kobiety walczyły u boku mężczyzn, czasem zabierając ze sobą również dzieci. Dla wielu największym marzeniem było zginąć chwalebną śmiercią na polu bitwy. Dziewiętnastowieczny historyk John George Sheppard tak opisuje germańskie plemiona: „Chociaż wielokrotnie pokonane, to nigdy nie zostały podbite; fala cofała się, ale przypływ powracał; trzymali się uparcie swojego celu, póki go nie osiągnęli. Wyrwali berło z rąk Rzymian i trzymają je do dziś”[6].
Plemiona germańskie nieustannie atakowały Cesarstwo Rzymskie, chociaż były dziesiątkowane, miały gorsze uzbrojenie i pancerze.
Zawsze w gotowości, żyły, by walczyć. Od czasu, gdy w roku 101 p.n.e. barbarzyńców pokonał rzymski wódz Gajusz Mariusz, nieustannie zagrażali granicom imperium, choć nie potrafili ich zdobyć. Nie zaskakuje mnie to, że wciąż atakowali. Tyle że nie powinni byli wygrać. Logicznie rzecz biorąc, najlepsza armia świata nie powinna zostać pokonana przez zbieraninę półnagich ludzi z brzydko pomalowanymi tarczami.
Germanie mieli jednak po swojej stronie najpotężniejszego sojusznika na świecie. I nie mówię tu o ludziach, tylko o zarazie Antoninów.
Rozmiary terytorium zajętego przez rzymskie oddziały miały przynieść im zgubę. Zaraza przyszła do Rzymu z Mezopotamii około roku 165–166 n.e. Przynieśli ją do domu rzymscy legioniści, którzy walczyli w tamtym regionie. A kiedy zaraza dotarła do Rzymu, rozpoczął się prawdziwy koszmar, i to nawet jak na standardy ludzi przyzwyczajonych do epidemii.
Chociaż możemy się zachwycać, jak technologicznie zaawansowany był Rzym w porównaniu z epoką średniowiecza, która nastała po upadku rzymskiej cywilizacji, to z pewnością wiele brakowało mu do ideału. Owszem, istniały publiczne latryny, ale tylko nieliczne prywatne domy były podłączone do publicznej sieci ściekowej; wielu ludzi wyrzucało nieczystości prosto na ulicę. Tyber od czasu do czasu wylewał, co oznaczało (wybaczcie mi to sformułowanie, ale nie da się tego inaczej opisać), że niekiedy ulicami płynęła rzeka . A chociaż ludzie chodzili do łaźni, to woda, w której się kąpali, nie była dezynfekowana i często zawierała bakterie. Nic więc dziwnego, że w owych czasach doskonale się miały malaria, tyfus, dezynteria, żółtaczka i cholera, co nie przeszkadza historykowi Edwardowi Gibbonowi twierdzić, że „ludzkość cieszyła się [wtedy] największą szczęśliwością i dobrobytem”[7]. Nie powinno się traktować Gibbona zbyt surowo – Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego opublikował w roku 1776 – aczkolwiek udawanie, że jakakolwiek epoka historyczna sprzed upowszechnienia kanalizacji domowej była wspaniała, to niedorzeczność i złudzenie. Frank McLynn, współczesny historyk, pisze w książce Marcus Aurelius, A Life (Życie Marka Aureliusza):
"Chociaż malaria i inne śmiertelne choroby zbierały straszliwe żniwo, to Rzymianie traktowali je jako zwyczajną część codzienności; niewolnicy i biedacy i tak wiedli życie, które nie zasługiwało na miano prawdziwego, więc pewnie nieprzesadnie przejmowali się nadchodzącą Kostuchą. A jednak zaraza, która spadła na Rzym za rządów Marka Aureliusza, była czymś zupełnie innym, zarówno pod względem zasięgu, jak i rodzaju. Niczego podobnego Rzymianie nigdy wcześniej nie doświadczyli[8]."
Wiele z tego, co nam wiadomo na temat tej epidemii, pochodzi z pism Galena, lekarza Marka Aureliusza – do tego stopnia, że zarazę Antoninów nieraz nazywa się zarazą Galena.
Chociaż Galen był wspaniałym lekarzem, to nie należał do ludzi szczególnie odważnych. Ponad wszystko dbał o autopromocję.
Wedle McLynna nieustannie podkreślał, że do wszystkiego doszedł sam, pomijając fakt, że pochodził z niezwykle zamożnej rodziny, po której odziedziczył liczne nieruchomości i gęstą sieć kontaktów społecznych. Uciekał się do podstępów, by zwyciężać w debatach, i nieustannie wyolbrzymiał swoje osiągnięcia. Pod względem osobowości można by uznać go za kogoś w rodzaju Donalda Trumpa starożytnego Rzymu.Nie był też zbyt mężny, gdy w grę wchodziły choroby. Żeby było jasne, nie uważam tchórzostwa za nienormalną reakcję w sytuacji zagrożenia życia; tchórzostwo bywa blisko spokrewnione z inteligencją i dążeniem do zachowania życia.
Sama w czasie zarazy z pewnością okazałabym się słaba i tchórzliwa. Tyle tylko, że nie są to cechy pożądane akurat u lekarza.
Patrząc na rzeczywisty świat, nie ten tworzony w umysłach antropologów, widać, że ewolucja eksperymentuje ze skrajnościami, ale ostatecznie wygrywa przeciętność.
Pięciokrotnie w historii Ziemi ewolucja tworzyła koty szablozębne, wyjątkowe skuteczni zabójcy. Tak skuteczne, że wybiły źródło swojego pożywienia i same wyginęły.
Podobnie, muchomor sromotnikowy odporny na zjadanie, powinien opanować nasze lasy. Tymczasem najliczniej występują przyjazne zwierzętom grzyby jadalne.
Olbrzymie dinozaury, którym nic nie zagrażało wyginęły, pozostała gałąź ewolucyjna małych, niegroźnych ptaków.
Żadne jadowite zwierzęta nie opanowały planety.
Itd.
JW
Pytanie, czy ta obecna przeciętność jest korzystna dla ogółu.
Bo tak by się mogło wydawać, kiedy czyta się książkę "Przetrwają najżyczliwsi".
Po drugiej stronie barykady jest James C. Scott z książką "Jak udomowiono człowieka".
Zakładając teoretyczne, że ktoś trafi na obie i przeczyta, to będzie stał w rozkroku, bo obie książki są wręcz naszpikowane rzeczowymi argumentami na poparcie twierdzeń autorów.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Nie Lut 22, 2026 14:17, w całości zmieniany 1 raz
Pytanie, czy ta obecna przeciętność jest korzystna dla ogółu.
Dla ogółu ziemskich stworzeń, gdy ludzie przeciętnie i stopniowo wymrą, na pewno przeciętność przyniesie korzystną odmianę.
JW
Opcja pesymistyczna. Dołączył Pan do klubu miłośników entropii.
Mój punkt widzenia jest taki, że jeśli selekcja naturalna będzie podążać w stronę tego, że przetrwają najżyczliwsi, to jest szansa, że z czasem pozbędziemy się szympansiego dziedzictwa.
Bardzo trudno było wybrać jakiś konkretny fragment, bo każdy rozdział jest super.
Ramzes II non-stop naspawany ziołem, jest jak żywcem wyjęty z filmu typu "Historia Świata" Mela Brooksa.
Z opisu wynika, że Ramzes palił marihuanę medyczną, zanim to było modne.
Na zachętę dodałem jeszcze cały spis treści.
Cytat:
Aby zrozumieć, dlaczego Ramzes tak bardzo cenił sobie konopie indyjskie, trzeba sobie uzmysłowić, kim był w starożytnym Egipcie faraon. Często tłumaczy się ten termin jako „król” lub „władca”, ale jest to kolosalne niedopowiedzenie. Znacznie trafniejszym określeniem byłby „bóg w ludzkiej postaci”. Faraon był dla starożytnych Egipcjan odpowiednikiem superbohatera. Miał być zarówno władcą, jak i najbardziej nieustraszonym z wojowników: kimś w rodzaju króla T’Challi z filmu Czarna Pantera. Ramzes nigdy nie zaskarbiłby sobie szacunku swojego ludu, gdyby ograniczył się do kierowania kampaniami wojennymi ze swojego bezpiecznego pałacu. Wykluczone. Jego poddani oczekiwali, że znajdzie się w samym centrum wydarzeń na polu bitwy, osobiście dowodząc wojskiem i szarżując na wroga na czele tysięcy żądnych krwi żołnierzy.
Domyślacie się zapewne, co przytrafiało się faraonowi, który brał czynny udział w bitwie. Odnosił rany – i w przeciwieństwie do zwykłych żołnierzy nie mógł sobie pozwolić, by ktokolwiek się o tym dowiedział, ponieważ paradowanie w zakrwawionych królewskich szatach mogłoby nadszarpnąć jego wizerunek „króla-boga”[1]. Prawdopodobnie to właśnie dlatego Ramzes chciał mieć stale pod ręką spory zapas konopi indyjskich, które już w tamtych czasach ceniono za ich właściwości lecznicze. Naukowcy odkryli starożytny papirus, podręcznik medyczny z 1550 roku p.n.e., który zalecał stosowanie konopi w celu łagodzenia bólu i stanów zapalnych. Czy jest lepszy sposób na podtrzymanie swojej reputacji boga wśród ludzi, niż powrócić z wielotygodniowej kampanii wojennej, wyglądając przy tym równie krzepko i zdrowo, co w dniu, w którym wyruszyło się na wojnę?
Konopie indyjskie musiały być naprawdę skuteczne w leczeniu urazów, ponieważ Ramzes Wielki był jednym z najdłużej panujących faraonów w historii: rządził Egiptem przez sześćdziesiąt siedem lat i dożył co najmniej dziewięćdziesiątki. Nic więc dziwnego, że kiedy w końcu wybiła jego godzina, postanowił spakować trochę znakomitej medycznej marihuany do ceramicznego słoja i zabrać go ze sobą na tamten świat.
Część 1.
Starożytne eliksiry
Rozdział 1.
Wyrocznia delficka w halucynogennych oparach
Rozdział 2.
Faraon Ramzes II spragniony gandzi
Rozdział 3.
Aleksander Wielki był notorycznym pijakiem
Rozdział 4.
Qin Shi Huanga nieskuteczny przepis na nieśmiertelność
Rozdział 5.
Św. Jan Ewangelista na grzybowym haju
Rozdział 6.
Środek nasenny Marka Aureliusza
Część 2.
Średniowieczne odloty
Rozdział 7.
Haszaszyni, pobożni zabójcy na haju
Rozdział 8.
William Szekspir popalał trawkę
Część 3.
Kolonialny chaos
Rozdział 9.
Koszmarne zęby Jerzego Waszyngtona
Rozdział 10.
Andrew Jackson był wrednym, szurniętym, rasistowskim pijakiem o morderczych skłonnościach
Rozdział 11.
Andrew Johnson pił na umór
Część 4.
Wiktoriańska dekadencja
Rozdział 12.
Przerwany trip Samuela Taylora Coleridge’a
Rozdział 13.
Królowa Wiktoria, największa dilerka wszech czasów
Rozdział 14.
Papież, który umiłował wino kokainowe
Rozdział 15.
Fryderyk Nietzsche myślał, że jest Jezusem
Rozdział 16.
Vincent van Gogh jadł żółtą farbę
Rozdział 17.
Zygmunt Freud pomylił się co do kokainy
Część 5.
Wojenne otępienie
Rozdział 18.
Naćpany Adolf Hitler
Rozdział 19.
Bill W. brał LSD, żeby ujrzeć Boga
Rozdział 20.
Bardzo długi zły trip Jeana-Paula Sartre’a
Rozdział 21.
Richard Nixon chciał wysadzić świat bombą atomową
Rozdział 22.
John F. Kennedy zażywał najróżniejsze narkotyki
Rozdział 23.
Audie Murphy, prawdziwy Kapitan Ameryka
Część 6.
Showbiz blues
Rozdział 24.
Howard Hughes, naćpany miliarder
Rozdział 25.
Judy Garland, nastolatka szprycowana przez dorosłych
Rozdział 26.
Andy Warhol, wielbiciel mety
Rozdział 27.
Philip K. Dick pisał science fiction napędzany amfetaminą
Rozdział 28.
Johnny Cash walczył z demonami
Rozdział 29.
Elvis Presley był agentem antynarkotykowym
Część 7.
Kontrkulturowy zamęt
Rozdział 30.
Albert Hofmann przypadkowo odkrył LSD
Rozdział 31.
Aldousa Huxleya droga na skróty do oświecenia
Rozdział 32.
Jak CIA nieumyślnie stworzyła Unabombera
Rozdział 33.
Ken Kesey i próba kwasu w elektrycznej oranżadzie
Rozdział 34.
Timothy Leary, najniebezpieczniejszy człowiek w Ameryce
Rozdział 35.
Alexander Shulgin, pracownik DEA, który wynalazł 230 psychodelików
Rozdział 36.
Orkiestra Klubu Zjaranych Serc Sierżanta Blanta (vel The Beatles)
Część 8.
Współcześni mistycy
Rozdział 37.
Carl Sagan na astronomicznym haju
Rozdział 38.
Dock Ellis zaliczył no-hittera, będąc pod wpływem kwasu
Rozdział 39.
John McAfee był największym trollem na świecie
Rozdział 40.
Steve Jobs uwielbiał LSD i moczenie stóp w sedesie
Jest to książka, jakby napisana ku pokrzepieniu serc tych, którzy nie rozumieją twórczości pisarzy SF, filozofów, mistyków.
Być może trzeba się nachlać, zjarać, żeby ich zrozumieć.
W XXI wieku w Wielkiej Brytanii codziennie będzie umierać jedna na 39 tys. osób – oznacza to, że w ciągu roku trzeba będzie się „zająć” ponad pół milionem ciał, czyli pochować je lub poddać kremacji. Liczba pomysłów na to, co można zrobić z martwym ciałem, zanim przebywanie w jego pobliżu stanie się trudne do zniesienia, jest dość ograniczona. Ludzkość wykorzystuje w tym celu od niepamiętnych czasów pięć tradycyjnych i generalnie akceptowanych praktyk. Po pierwsze, można zostawić je pod gołym niebem, pozwalając, by zajęli się nim lądowi i ptasi padlinożercy – metodę tę wciąż stosuje się w powietrznych pogrzebach tybetańskich. Po drugie, można oddać je rzece lub morzu, a organizmy zamieszkujące środowisko wodne odegrają wówczas tę samą rolę, co zwierzęta lądowe. Możemy też umieścić ciało nad ziemią, zamurowując je w mauzoleum czy podobnej budowli, na które to rozwiązanie decydowali się kiedyś bogacze. Czwartym sposobem jest pogrzebanie ciała w ziemi, gdzie jego rozkładem zajmą się bezkręgowce glebowe. Dysponując odpowiednim zezwoleniem, można je pochować właściwie w dowolnym miejscu, w tym także na prywatnej posesji, jeśli tylko nie ma ryzyka skażenia wód gruntowych. Wreszcie, ciało można też spalić, co obecnie uważa się za najszybsze i najbardziej higieniczne rozwiązanie, choć wzbudza ono obawy co do skażenia powietrza.
Chyba najbardziej ekstremalne rozwiązanie – które nie ma raczej współcześnie zwolenników i nie jest społecznie akceptowane – polega na zjedzeniu zwłok. Choć kanibalizm (antropofagia) obecna była w wielu kulturach, na terenie Wielkiej Brytanii nie ma prawie śladów tej praktyki. Jednym z wyjątków jest jaskinia Gough w Somerset, którą pod koniec epoki lodowcowej zamieszkiwali łowcy koni z Cheddar Gorge. Odnaleziono w niej pozostałości szkieletów z nacięciami sugerującymi oddzielanie mięsa od kości w celach konsumpcyjnych. Liczniejsze dowody na istnienie tych praktyk pochodzą z późniejszych stuleci i dotyczą kanibalizmu medycznego, który rozwinął się wskutek rozpowszechnionego wśród aptekarzy przekonania o mistycznych właściwościach ludzkich zwłok. W efekcie z różnych części ludzkiego ciała zaczęto przygotowywać mikstury na migrenę, suchoty, epilepsję czy ogólnie na wzmocnienie. Praktyka ta opierała się na koncepcji, zgodnie z którą jeśli śmierć dotknęła kogoś niespodziewanie, jego dusza i siła życiowa pozostawały uwięzione w ciele na tyle długo, że można było przejąć ich część, zjadając fragment rzeczonego ciała. Te „leki ze zwłok” sporządzano często ze zmielonych kości, wysuszonej krwi, wytopionego tłuszczu i innych równie mało smakowitych części.
Franciszkański aptekarz pozostawił nam nawet w 1679 roku przepis na dżem z krwi będący składnikiem rzekomo leczniczego specyfiku. Najpierw należało pozyskać krew świeżo zmarłego o temperamencie przeważająco „ciepłym i wilgotnym”, a najlepiej, by zmarły był „pulchnej budowy ciała”. Krew należało pozostawić, by skrzepła w „suchą, lepką masę”, a następnie wyłożyć na stół z miękkiego drewna i pociąć na plasterki, pozwalając, by resztki płynów oddzielające się od skrzepu swobodnie odpłynęły. Następnie dodawało się te lepkie kawałeczki do surowego ciasta i suszyło całość na piecu. Wciąż ciepłe, suche ciasto należało utrzeć w brązowym moździerzu na proszek, przesiewany w dalszej kolejności przez jedwabną chustę. Gotowy produkt zamykano w słoju i każdej wiosny szczyptę można było rozpuścić w świeżej, czystej wodzie i podawać jako napój wzmacniający.
Czytelnicy Co mówią zwłoki być może przypominają sobie historię pewnego przestępcy, który się uparł, że rozpuścił ciało teściowej w mieszance octu i sody kaustycznej. Pięćdziesięciosześcioletnia ofiara imieniem Zaina, matka sześciorga dzieci, zniknęła bez śladu po odprowadzeniu do szkoły swojej najmłodszej córki. Policyjni śledczy wykryli jej krew w sypialni, na podeście schodów i w łazience. Kluczowym dowodem okazał się znaleziony u góry schodów krwawy odcisk palca należący do jej zięcia. Podczas przesłuchania przedstawił on liczne zadziwiające wyjaśnienia dotyczące jej zniknięcia i obecności krwi, między innymi wersję, w której uprowadzili ją dla okupu zamaskowani napastnicy.
W końcu przyznał, że Zaina nie żyje. Zaczął wyjaśniać, że zawsze dobrze się dogadywali, jednak feralnego dnia kobieta zaczęła go uwodzić. Kompletnie go to zniesmaczyło i, jak zeznał, popchnął ją, niestety trochę mocniej, niż chciał. Upadła i uderzyła głową o zagłówek łóżka; poleciała jej krew z nosa, nie ruszała się i było dla niego jasne, że zmarła. W panice zaciągnął jej ciało przez podest schodów do łazienki, ułożył w wannie i zaczął się zastanawiać, co począć dalej. Obawiając się, że nikt mu nie uwierzy, postanowił pozbyć się ciała. Podczas przesłuchania poprzedzonego ostrzeżeniem o odpowiedzialności karnej zeznał, że potem wyszedł z domu, kupił dużą ilość octu i sody kaustycznej, a po powrocie wylał je na ciało Zainy. Jak twierdził, jej zwłoki się rozpuściły, a on pozbył się ich przez odpływ.
Na tym właśnie etapie policja zgłosiła się do mnie z pytaniem, czy to, co opisał, jest możliwe. To była najwyższa pora, aby zakończyć te fantazyjne opowieści. Po pierwsze soda, którą można kupić w sklepie, ma za niskie stężenie, by mogła rozpuścić ciało, a już na pewno nie w czasie kilku godzin. Zmieszanie jej z octem spowodowałoby jedynie zobojętnienie roztworu, ocet bowiem jest kwasem, a soda wodorotlenkiem i po zmieszaniu obu substancji powstają octan sodu i woda. Soda nie jest może związkiem zbyt delikatnym, po polaniu ciała pojawiłyby się więc na nim miejscowe oparzenia, ale nic ponadto.
Wówczas podejrzany przedstawił kolejną historię. Jako chemik kariery by nie zrobił, ale miał całkiem sporo doświadczenia w innej dziedzinie. Pracował na część zmiany w restauracji przy rozbiorze tusz, miał też dorywczą pracę w kebabiarni. Domyślacie się już pewnie, jakie podejrzenia powzięła policja. Za pomocą narzędzia podobnego do tasaka i dzięki swoim całkiem sporym umiejętnościom rzeźniczym poćwiartował ciało Zainy w wannie jej własnego domu, zapakował w plastikowe torebki i ukrył za barem w kebabiarni. Wiemy o tym, bo znaleziono tam ślady jej krwi.
Tego samego dnia razem z bratem pokroili fragmenty ciała na drobne kawałki. Potem, jak zeznali, objechali miasto, podrzucając je do koszy przy innych barach z jedzeniem na wynos, skąd śmieciarze wywieźli je potem na wysypisko. Jak się domyślacie, w branży spożywczej wszczęto alarm na pełną skalę. Choć jednak sprawdzono odpadki przeznaczone do wywiezienia, a także samo wysypisko śmieci oraz przeznaczone na sprzedaż mięso zarówno w kebabiarni, jak i w restauracji, w których mężczyzna pracował, nie znaleziono dowodów potwierdzających, że Zainę spotkał opisany przez niego los. Trudno się pewnie dziwić, że budka z kebabami została zamknięta – choć jakiś czas później otwarto ją ponownie, już z nowym właścicielem, i o ile wiem, wciąż można tam zamówić kebab na wynos.
Im więcej dowiadywałem się o psychologii władzy, tym bardziej rozumiałem, że władza jest jak narkotyk – i to taki z całym katalogiem skutków ubocznych. „Władza ma tendencję do niszczenia, a władza absolutna niszczy absolutnie”, powiedział brytyjski historyk Lord Acton w XIX wieku. Niewiele jest wypowiedzi, co do których psychologowie, socjologowie i historycy tak jednomyślnie się zgadzają[16].
Dacher Keltner nazywa to „paradoksem władzy”. Wyniki badań pokazują, że do jej sprawowania wybieramy najskromniejsze i najbardziej życzliwe osoby. Ale kiedy już znajdą się na szczycie, władza często uderza im do głów – i już nie tak łatwo ich jej pozbawić.
Wystarczy spojrzeć na naszych kuzynów: goryla i szympansa, aby zobaczyć, jak trudne może być obalenie przywódcy. W stadach goryli jest jeden srebrnogrzbiety samiec, który podejmuje wszystkie decyzje i ma wyłączny dostęp do haremu samic. Przywódcy szympansów również dokładają wszelkich starań, aby utrzymać się na szczycie, na pozycji zarezerwowanej dla samca, który jest najsilniejszy i tworzy najtrwalsze koalicje.
„Całe fragmenty Machiavellego wydają się mieć bezpośrednie zastosowanie do zachowań szympansów”, zauważa biolog Frans de Waal w swojej książce Chimpanzee Politics, opublikowanej na początku lat 80.[17] Samiec alfa – książę – przechadza się dumnie i manipuluje innymi, aby osiągnąć swoje cele. Jego zastępcy pomagają wszystko kontrolować, ale równie łatwo mogą zacząć spiskować, by wbić mu nóż w plecy.
Już od dziesięcioleci naukowcy wiedzą, że mamy 99 procent DNA wspólnego z szympansami. W 1995 roku zainspirowało to Newta Gingricha, ówczesnego przewodniczącego Izby Reprezentantów, do rozdania swoim kolegom dziesiątków egzemplarzy książki de Waala. Kongres USA nie różnił się zbytnio od kolonii szympansów. W najlepszym wypadku jego członkowie wkładali nieco więcej wysiłku w ukrycie swoich instynktów.
W owym czasie nie wszyscy wiedzieli, że ludzie mają wśród naczelnych jeszcze innego bliskiego krewnego, z którym również dzielą 99 procent DNA. Bonobo. Pierwszy raz Frans de Waal zobaczył jednego z nich na początku lat 70., kiedy gatunek ten był jeszcze znany pod nazwą „szympansa karłowatego”. Przez długi czas szympansy i bonobo były nawet uważane za ten sam gatunek[18].
Tymczasem bonobo jest zupełnie innym stworzeniem. W rozdziale 4 przekonaliśmy się, że małpy te udomowiły się tak samo jak Ludzkie Szczenię. Samice tego gatunku wydają się kluczem do tego procesu, ponieważ choć nie są tak silne jak samce, za każdym razem, gdy jedna z nich jest nękana przez płeć przeciwną, zwierają szeregi. W razie potrzeby odgryzają mu penis[19]. Dzięki tej równowadze sił samice bonobo mogą dobierać sobie facetów i ich wybór przeważnie pada na najsympatyczniejsze osobniki.
Jeśli jednak myślisz, że cała ta emancypacja sprawia, że życie seksualne staje się monotonne, to jesteś w głębokim błędzie: „Bonobo zachowują się tak, jakby przeczytały Kamasutrę”, pisze de Waal, „wypróbowując każdą pozycję i wariację, jaką można sobie wyobrazić”[20]. Kiedy dwie grupy bonobo spotykają się po raz pierwszy, często kończy się to orgią.
Zanim staniemy się zbyt entuzjastyczni, zaznaczmy: ludzie zdecydowanie nie są bonobo. Wciąż rosnąca liczba badań sugeruje jednak, że mamy o wiele więcej wspólnego z tymi towarzyskimi małpami niż z makiawelistycznymi szympansami. Przede wszystkim przez większą część historii ludzkości nasze systemy polityczne bardzo przypominały system bonobo. Wystarczy przypomnieć sobie taktykę członków plemienia !Kung (patrz rozdział 5): „Odmawiamy temu, kto się przechwala, bo pewnego dnia jego duma zmusi go do zabicia kogoś. Zawsze więc mówimy, że jego mięso jest bezwartościowe. W ten sposób chłodzimy jego serce i sprawiamy, że staje się delikatniejszy”.
Po analizie czterdziestu ośmiu badań dotyczących społeczeństw myśliwych i zbieraczy pewien amerykański antropolog stwierdził, że makiawelizm prawie zawsze doprowadzał do katastrofy. Dla zilustrowania tego oto kilka cech, które według niego, były potrzebne, abyś został wybrany na przywódcę w prehistorii. Musiałbyś być:
• hojny,
• odważny,
• mądry,
• charyzmatyczny,
• sprawiedliwy,
• bezstronny,
• godny zaufania,
• taktowny,
• silny,
• skromny[21].
Przywództwo wśród myśliwych-zbieraczy było tymczasowe, a decyzje podejmowała cała grupa. Każdy na tyle głupi, by zachowywać się tak, jak później opisywał to Machiavelli, ryzykował życie. Osoby samolubne i chciwe były wyrzucane z plemienia i bardzo często spotkała je śmierć głodowa. Przecież nikt nie chciał dzielić się jedzeniem z tymi, którzy byli pewni siebie!
Kolejną wskazówką sugerującą, że zachowanie ludzkie przypomina bardziej zachowanie bonobo niż szympansów, jest nasza wrodzona niechęć do nierówności. Poszukaj „awersji do nierówności” w Google Scholar, a znajdziesz ponad 10 tysięcy artykułów naukowych o tym pierwotnym instynkcie. Dzieci w wieku zaledwie trzech lat dzielą już ciasto po równo, a w wieku sześciu lat wolą wyrzucić jeden kawałek, niż pozwolić, aby jedna osoba miała większą porcję[22].
Nie powinniśmy jednak przesadzać z takimi werdyktami. Ludzkie Szczenię nie jest komunistą z natury. Psychologowie podkreślają, że nie przeszkadza nam niewielka nierówność, jeśli uważamy, że jest ona uzasadniona. Wszystko jest w porządku, dopóki świat wokół wydaje się sprawiedliwy. Jeśli potrafisz przekonać grupę, że jesteś mądrzejszy, lepszy lub godniejszy szacunku, to zostaniesz wybrany na przywódcę i nie będziesz musiał bać się sprzeciwu.
Wraz z pojawieniem się pierwszych osad i ze wzrostem nierówności wodzowie i królowie musieli zacząć uzasadniać to, że cieszyli się większymi przywilejami niż ich poddani. Innymi słowy, zaangażowali się w propagandę. Wodzowie plemion koczowniczych byli skromnymi ludźmi, ale później panujących ogarnęła pycha. Królowie ogłaszali, że rządzą według boskiego prawa lub że sami są bogami.
Oczywiście obecnie propaganda władzy jest bardziej subtelna, nie oznacza to jednak, że nie projektujemy już przeróżnych ideologii, które usprawiedliwiałyby, dlaczego niektóre jednostki „zasługują” na większą władzę, status lub bogactwo niż inne. Wciąż to robimy. W społeczeństwach kapitalistycznych mamy tendencję do posługiwania się argumentami dotyczącymi zasług. Jak jednak społeczeństwo decyduje o tym, kto ma największy dorobek? Jak można ustalić, kto wnosi największy wkład w dobro grupy? Bankierzy czy śmieciarze? Pielęgniarki czy tak zwani innowatorzy, którzy potrafią spojrzeć na dane zagadnienie z innej perspektywy? Im lepszą historię o sobie opowiadasz, tym większy dostajesz kawałek ciasta. Tak naprawdę na całą ewolucję cywilizacji można by patrzeć jako na historię władców, którzy bez przerwy wymyślali nowe uzasadnienia dla swoich przywilejów[23].
Ale dzieje się tu coś dziwnego. Dlaczego wierzymy w historie, które opowiadają nam nasi przywódcy?
Niektórzy historycy twierdzą, że jesteśmy naiwni – i to właśnie ta cecha może być naszą supermocą jako gatunku[24]. Teoria jest taka: jeśli chcesz, aby tysiące nieznajomych osób pracowały jak w zespole, musisz mieć coś, co utrzyma je razem. Trzeba to skleić czymś mocniejszym niż przyjaźń, ponieważ sieć społeczna Ludzkiego Szczenięcia – choć największa wśród wszystkich ssaków naczelnych – nie jest na tyle duża, by tworzyć miasta czy państwa.
Zazwyczaj nasze kręgi społeczne liczą nie więcej niż około stu pięćdziesięciu osób. Naukowcy ustalili taki limit w latach 90. XX wieku, kiedy to dwóch amerykańskich badaczy poprosiło grupę ochotników, aby wymienili wszystkich przyjaciół i członków rodziny, do których wysłali kartki świąteczne. Przeciętnie było to sześćdziesiąt osiem gospodarstw domowych, w których mieszkało około stu pięćdziesięciu osób.
Jeśli zaczniesz szukać, ta liczba pojawi się wszędzie. Od rzymskich legionów do pobożnych kolonistów i od korporacyjnych znajomych z pracy do naszych prawdziwych przyjaciół na Facebooku: ten magiczny próg pojawia się wszędzie, sugerując, że ludzki mózg nie jest odpowiednio wyposażony do żonglowania liczbą relacji przekraczającą sto pięćdziesiąt[25].
Problem polega na tym, że podczas gdy stu pięćdziesięciu gości utworzy świetną imprezę, to jest to zdecydowanie za mało osób, aby zbudować piramidę lub wysłać rakietę na Księżyc. Projekty na taką skalę wymagają współpracy w znacznie większych grupach, dlatego liderzy musieli nas do tego zachęcać.
Jak? Mitami. Nauczyliśmy się wyobrażać sobie więzi z ludźmi, których nigdy nie spotkaliśmy. Religie, państwa, firmy, narody – wszystkie one naprawdę istnieją tylko w naszych umysłach, w narracjach, które opowiadają nasi przywódcy i my sami. Nikt nigdy nie spotkał się z „Francją” ani nie uścisnął ręki „Kościołowi rzymskokatolickiemu”. Nie ma to jednak znaczenia, o ile zgodzimy się zaakceptować fikcję.
Najbardziej oczywistym przykładem takiego mitu jest oczywiście Bóg. Lub – jeśli wolisz – pierwowzór Wielkiego Brata. Już jako nastolatek zastanawiałem się, dlaczego chrześcijański Stwórca, z którym dorastałem, tak bardzo troszczył się o ludzi i ich prozaiczne czyny. Nie wiedziałem wtedy, że nasi koczowniczy przodkowie mieli zupełnie inną koncepcję i że ich bogowie nie interesowali się szczegółami ziemskiej egzystencji (patrz rozdział 5).
Pytanie brzmi: skąd wzięła się ta wiara we wszechmogącego Boga? I Boga rozgniewanego ludzkimi grzechami? Ostatnio naukowcy opracowali fascynującą teorię. Aby ją zrozumieć, musimy cofnąć się do rozdziału 3, gdzie dowiedzieliśmy się, że w oczach Ludzkiego Szczenięcia jest coś wyjątkowego. Dzięki białkom otaczającym tęczówki możemy określić, na kogo lub na co skierowany jest wzrok innych. W ten sposób mamy niejako wgląd w umysły bliźnich, co jest niezbędne do budowania więzi zaufania.
Kiedy zaczęliśmy mieszkać razem w dużych grupach u boku tysięcy obcych ludzi, wszystko się zmieniło. Dosłownie straciliśmy siebie z oczu. Nie ma możliwości nawiązania kontaktu wzrokowego z tysiącami, dziesiątkami tysięcy czy milionem pobratymców, tak więc nasza wzajemna nieufność zaczęła rosnąć. Coraz częściej podejrzewaliśmy innych o żerowanie na społeczności: podczas gdy jedni harują, inni oddają się lenistwu.
Tak więc władcy potrzebowali kogoś, kto pilnowałby mas. Kogoś, kto wszystko słyszał i wszystko widział. Wszystkowidzące Oko. Boga.
To nie przypadek, że nowi władcy naszych dusz byli mściwymi typami[26]. Bóg stał się super-Lewiatanem, szpiegującym wszystkich dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Myśli też nie były bezpieczne. „Nawet włosy na waszej głowie są policzone”, mówi nam Biblia w Ewangelii św. Mateusza 10:30. To była ta wszechwiedząca istota, która odtąd czuwała z niebios, nadzorując, obserwując i – w razie potrzeby – uderzając.
Mity były kluczem do pomocy rasie ludzkiej i naszym przywódcom w zrobieniu czegoś, czego nigdy wcześniej nie zrobił żaden gatunek. Umożliwiły nam współpracę na masową skalę z milionami obcych ludzi.
Co więcej, teoria ta mówi dalej, że to właśnie z tych wielkich mocy produkcyjnych powstały wielkie cywilizacje. Judaizm i islam, nacjonalizm i kapitalizm – wszystkie te elementy są wytworem naszej wyobraźni. „Wszystko kręciło się wokół opowiadania historii”, pisze izraelski historyk Yuval Noah Harari w swojej książce Sapiens. Od zwierząt do bogów, „i przekonywania ludzi, by w nie uwierzyli”[27].
To urzekająca teoria, ale ma jedną wadę.
Ignoruje ona 95 procent ludzkiej historii.
Tak się składa, że już nasi koczowniczy przodkowie przekroczyli ten magiczny próg stu pięćdziesięciu przyjaciół[28]. Oczywiście, polowaliśmy i gromadziliśmy się w małych grupach, ale te grupy regularnie wymieniały się swoimi członkami, dzięki czemu staliśmy się częścią sieci zapładniających się krzyżowo Ludzkich Szczeniąt. Widzieliśmy to w rozdziale 3 wśród takich plemion jak Aché w Paragwaju czy Hadza w Tanzanii, których członkowie spotykają się w ciągu swojego życia z ponad tysiącem ludzi[29].
Prehistoryczni ludzie mieli też bogatą wyobraźnię. Od zawsze wymyślaliśmy genialne mity, które przekazywaliśmy sobie z pokolenia na pokolenie i które wspomagały współpracę między wieloma osobami naraz. Przykładem tego jest najstarsza na świecie świątynia w Göbekli Tepe (patrz rozdział 5), zbudowana dzięki wspólnemu wysiłkowi tysięcy osób.
Jedyna różnica polega na tym, że w prehistorii mity te były mniej trwałe. Wodzowie mogli szybko zostać pozbawieni władzy, a pomniki obalone. Jak zauważyli Graeber i Wengrow:
Zamiast trwać bezczynnie w pierwotnej niewinności do czasu, gdy dżin nierówności nie zostanie w jakiś sposób wypuszczony, nasi prehistoryczni członkowie wydają się z powodzeniem otwierać i zamykać butelkę regularnie, ograniczając nierówność do rytualnych dramatów kostiumowych, budując bogów i królestwa tak, jak to robili ze swoimi pomnikami, a potem radośnie je rozbierając[30].
Przez tysiące lat mogliśmy sobie pozwolić na sceptyczne podejście do opowiadanych nam historii. Gdy jakiś krzykacz wstał i ogłosił, że został namaszczony ręką Boga, można było to zlekceważyć. Jeśli taka osoba zaczynała się naprzykrzać, prędzej czy później dostawała strzałę w plecy. Ludzkie Szczenię było przyjazne, nie naiwne.
Wszystko zmieniło się dopiero po pojawieniu się armii i ich dowódców. Spróbuj stanąć twarzą w twarz z siłaczem, który obdarł ze skóry, spalił żywcem lub poćwiartował wszystkich swoich przeciwników. Nie miałbyś już ochoty na jawne krytykowanie takiego człowieka. „To jest powód”, napisał Machiavelli, „dla którego wszyscy uzbrojeni prorocy zwyciężyli, a wszyscy nieuzbrojeni prorocy upadli”.
Od tego momentu bogowie i królowie nie byli już tak łatwo usuwalni. Niepopieranie mitu mogło się teraz okazać tragiczne w skutkach. Jeśli wierzyłeś w złego boga, musiałeś zachować to dla siebie. Jeśli wierzyłeś, że państwo narodowe jest głupią iluzją, mogło cię to kosztować głowę. „Przydatne jest”, radził Machiavelli, „zorganizowanie spraw tak, aby kiedy [ludzie] przestaną wierzyć, można było zmusić ich do uwierzenia siłą”[31]. Można by pomyśleć, że przemoc nie stanowi już dużej części tego równania – przynajmniej nie w uporządkowanych demokracjach z ich nudną biurokracją. Nie popełnij jednak błędu: zagrożenie przemocą nadal jest wszechobecne[32].
Żyjemy w epoce zadziwiającego rozkwitu popularnej psychologii. „Każdego dnia docierają do nas miriady informacji dających nam do zrozumienia, że szczęśliwsze, bogatsze i bardziej udane życie jest tuż za rogiem. Kwitnie wart wiele milionów dolarów przemysł stadionowych guru, bestsellerów, czasopism i poradników motywacyjnych mówiących nam, jak być bardziej szczęśliwymi, szczuplejszymi, bogatszymi i w ogóle lepszymi ludźmi”.Autor tej książki postanowił rozprawić się z kreowanymi przez ową branżę popularnymi mitami na temat szczęścia i samodoskonalenia oraz oferowanymi przez nią fałszywymi nadziejami. Wiele tych rzekomych mądrości, jak się okazuje, nie tylko nie przynosi obiecywanych dobrodziejstw, ale w niektórych sytuacjach po prostu nam szkodzi.Książka ta jest zachętą do samodzielnego myślenia o własnym życiu. Można też w niej znaleźć sugestię, że nie wszystko musimy w sobie zmieniać, naprawiać, doskonalić – czasem lepiej zostać takim, jakim się jest.
Mit 1. Źródłem wszystkich twoich problemów jest niskie poczucie własnej wartości
Mit 2. Uwolnij swoje uczucia!
Mit 3. Tak naprawdę liczy się tylko inteligencja emocjonalna
Mit 4. Niech twoje cele prowadzą cię do sukcesu!
Mit 5. Nikt nie może cię zmusić do jakichkolwiek uczuć
Mit 6. Myśl pozytywnie i zwyciężaj!
Mit 7. Musimy porozmawiać...
Mit 8. Rozwiązaniem każdego problemu jest terapia poznawczo-behawioralna
Mit 9. Nigdy dość asertywności
Mit 10. Mężczyźni i kobiety żyją na różnych planetach
Mit 11. Twoje wewnętrzne dziecko chce, aby je przytulić
Mit 12. Wszystkiego można się nauczyć
Mit 13. Rozwiąż swoje problemy
Mit 14. Jesteś silniejszy, niż ci się wydaje
Mit 15. Jesteś panem świata!
Mit 16. Nie ma niepowodzeń, są tylko informacje zwrotne
Mit 17. To wszystko wina twoich rodziców
Mit 18. Możesz uzdrowić swoje ciało
Mit 19. Kontrolujesz swoje życie
Mit 20. Szczęście małżeńskie, czyli dawaj i bierz
Mit 21. Odkryj prawdziwego siebie!
Mit 22. Liczy się każda chwila
Mit 23. Musimy walczyć o szczęście
"Psychobzdury. Jak mity popularnej psychologii mieszają nam w głowach" - Stephen Briers
Znowu Tim Noakes. Teraz jeden z tych, którzy propagują low carb, ale mniej znany, bo jest skromnym, sympatycznym naukowcem.
Wydał dawno temu książkę "Lore Of Running".
W dalszej części rozdziału jest więcej jego ciekawych spostrzeżeń z zakresu fizjologii sportu.
Cytat:
Tim Noakes, fizjolog sportu z Uniwersytetu Kapsztadzkiego, nie kłania się autorytetom. Obalanie dogmatów ma we krwi - zdarza się, że przy okazji zdobywa nieprzyjaciół, ale za to ratuje życie sportowcom.
Na przykład w latach osiemdziesiątych Noakes przeprowadził badania, w trakcie których wyszła na jaw epidemia poważnych urazów szyi wśród południowoafrykańskich zawodników rugby. Kiedy wyniki badań ukazały się drukiem, zaciekle próbowano je obalić, ale z czasem zmieniono reguły gry zgodnie z wytycznymi Noakesa. Następnie zaczął dociekać, dlaczego tak wielu maratończyków przeżywa załamanie podczas wyścigu. Doszedł do wniosku, że przyczyną nie jest, wbrew powszechnemu mniemaniu, odwodnienie, lecz przeciwnie: zbyt duża ilość wypijanych płynów. Według Noakesa, oficjalne zalecenie dla biegaczy - że powinni wypijać około półtora litra płynów na godzinę - powoduje zatrucie organizmu.
Amerykańscy specjaliści, pod naciskiem lobby przemysłu napojów dla sportowców, odrzucili wnioski Noakesa. Oficjalne wytyczne zmieniono dopiero po tym, jak trzynaście procent uczestników maratonu bostońskiego w 2002 roku uległo zatruciu wodnemu, a jeden biegacz zmarł.
"Ze starcia z amerykańskim przemysłem napojów dla sportowców przynoszącym miliardy dolarów rocznie wyniosłem taką naukę, że wiedzę medyczną można równie dobrze nagiąć, aby służyła czysto merkantylnym interesom, jak wykorzystać ją dla dobra ludzkości".
Nie powinno zatem dziwić, że Noakes poświęcił wiele lat na krytykę jednego z najbardziej podstawowych założeń fizjologii. Interesowało go zagadnienie zmęczenia, jako że sam był sportowcem.
O cie florek. Samym śniadaniem wyrobiłem normę białka na dwa dni.
Cytat:
Ile zatem białka naprawdę potrzebujesz? Większość zaleceń w tym zakresie opiera się nie na całkowitej masie ciała, lecz na beztłuszczowej masie ciała (LBM), której ocena wymaga wielu skomplikowanych obliczeń. Najprościej mówiąc, z czym zgadzam się z doktorem Valterem Longo z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, organizm człowieka wymaga tylko 0,37 grama białka na kilogram masy ciała14. Mężczyzna ważący siedemdziesiąt kilogramów potrzebuje zatem około 26 gramów białka dziennie, natomiast kobieta ważąca pięćdziesiąt siedem kilogramów – około 21 gramów. Abyś mógł to sobie uzmysłowić, podam kilka praktycznych przykładów: 20 gramów białka zaczerpniesz z jednej porcji odżywki białkowej, dwóch i pół jajek, batonu Quest, 60–85 gramów ryby lub kurczaka, połowy puszki tuńczyka, puszki sardynek albo 120 gramów mięsa krabowego. Najlepszym sposobem na określenie wielkości spożycia białka zwierzęcego jest kierowanie się zasadą „jedna porcja wystarczy”, co oznacza po prostu jedzenie jednej 85-gramowej porcji dziennie.
W chwili narodzin Chrystusa państwo rzymskie obejmowało cały basen śródziemnomorski i dotykało Atlantyku na zachodzie oraz linii Dunaju i Renu na północy. Dalej panowali już niepodzielnie Germanie, zajmujący część wyżyn środkowej Europy i prawie całą Nizinę Wschodnioeuropejską, największą z czterech głównych krain geograficznych (patrz mapa 1). O jednolitości tego ogromnego obszaru decyduje jednak struktura geologiczna, a nie demograficzna. Dominują w nim ciężkie, gliniaste gleby, ale wyraźne różnice klimatyczne między poszczególnymi regionami - odbijające się w odmiennym charakterze pór roku i w poziomie żyzności ziemi - powodują, że ich potencjał agrarny nie jest jednakowy Część zachodnia, a szczególnie południowa Anglia, północna Francja i Beneluks, jest pod wpływem klimatu morskiego z łagodną zimą, chłodnym latem i dużą średnią opadów. Jedną z nierozwiązanych zagadek historii pozostaje pytanie, dlaczego to akurat Anglicy wymyślili krykieta - jedyny sport, którego nie da się uprawiać w deszcz.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Akademia Zdrowia Dan-Wit informuje, że na swoich stronach internetowych stosuje pliki cookies - ciasteczka. Używamy cookies w celu umożliwienia funkcjonowania niektórych elementów naszych stron internetowych, zbierania danych statystycznych i emitowania reklam. Pliki te mogą być także umieszczane na Waszych urządzeniach przez współpracujące z nami firmy zewnętrzne. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej o celu stosowania cookies oraz zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce.