Eugenika, to nie tylko III Rzesza i Anglosasi.
Ma we Francji długą tradycję. Być może tym inspirował się Jean-Christophe Grangé pisząc powieść "Purpurowe Rzeki".
Na jej podstawie powstał film o tym samym tytule. Kto nie oglądał, to polecam. Książkę zresztą też.
"Na tropie Edenu
Ludzie zawsze marzyli o raju na Ziemi, jeszcze zanim pojawiły się opowieści o Eldorado i zaginionych miastach Amazonii. Dla starożytnych Greków ziemskim rajem była wspomniana już wcześniej Hyperborea, dla Rzymianina Wergiliusza – sielska Arkadia. Natomiast uznający Biblię za świętą księgę zastanawiali się, gdzie mógł znajdować się Eden z Księgi Rodzaju. I czy coś mogło pozostać po tym rajskim ogrodzie, gdzie Adam i Ewa żyli bez trosk i chorób, póki nie zostali stamtąd wygnani? Może wciąż rosło tam Drzewo Życia? Cudowna roślina, która pojawia się nie tylko w Biblii, lecz i w innych tekstach (choćby w jeszcze starszym od Starego Testamentu akadyjskim Eposie o Gilgameszu). Jej owoce mogły uczynić człowieka nieśmiertelnym. Gdzie szukać tego raju? Biblia powstała na Bliskim Wschodzie. Także żywe wciąż w średniowieczu legendy o podbojach Aleksandra Wielkiego w Azji i opowieści o cudach Orientu w epoce krucjat kazały średniowiecznym podróżnikom kierować wzrok w tym kierunku. Wielką rolę odegrał także sławetny wenecki podróżnik i łgarz Marco Polo (1254–1324). Opisał on m.in. nieistniejące sanktuarium Trzech Króli w Persji w Sawe (Saveh).
W tym mieście pogrzebani są trzej Magowie w trzech wielkich i pięknych bardzo grobowcach. Nad każdym grobem znajduje się czworoboczny budynek z okrągłą nadbudówką, nader pięknie ozdobiony. Tak jedno piętro stoi na drugim. Ciała są jeszcze zachowane w całości i mają brody i włosy.
Tak zapewniał odkrywca w swoim Opisaniu świata. Ten sam podróżnik miał widzieć w Xanadu, czyli Szangdu, stolicy chińskiego państwa chana Kubilaja, wielki marmurowy pałac zdobiony złotem i klejnotami, pełen fontann i dzikich zwierząt. O ogrodzie w pałacu Starca z Gór, przywódcy asasynów, fanatycznych muzułmańskich skrytobójców z Alamutu, pisał zaś:
Było tam wszelakie dobro, roślin i kwiatów obfitość tam była rozkoszna. Były tam wszelkie owoce świata i drzewa wszelakie, jakie znaleźć zdołał. Tam kazał wybudować najpiękniejsze domostwa, najpiękniejsze pałace, jakie widzieć było można. I przebywały tam najurodziwsze damy i dziewice świata, umiejące grać na wszystkich instrumentach i śpiewać dźwięcznie i słodko, i tańczyć dookoła zdrojów, piękniej niż inne kobiety. Rozkosz to była prawdziwa, a zwłaszcza biegłe były w wabieniu i pieszczotach, ponad wszelkie wyobrażenia.
Czy mniej fantazjował flamandzki franciszkanin Wilhelm z Rubruk (1220–1293), gdy donosił o cudach z dworu wielkiego chana w Karakorum? Na czterech srebrnych lwach stało tam ponoć srebrne drzewo, oplecione złotymi wężami. Z paszcz bestii lały się mleko, miód, wino i piwo. Gdy trunki się kończyły, dobywał się dźwięk z trąby anioła, ustawionego na szczycie drzewa. To jednak nic w porównaniu z relacją franciszkańskiego misjonarza Odoryka de Pordenone (1280–1331). Przekonywał on, że w Azji spotkać można nawet żółwia wielkości bazyliki św. Antoniego w Padwie! W tych samych czasach egipskie piramidy brano nie za grobowce, lecz za spichlerze biblijnego Józefa. Jakim więc problemem było odnalezienie Edenu na wschodzie? Poważną kandydatką była wyspa Taprobane, znana m.in. z gór złota strzeżonych przez mrówki wielkości psów. Wiele wskazuje na to, że dawnym „geografom” chodziło o Sri Lankę (Cejlon) lub inny ląd w pobliżu tej wyspy. Eden miał znajdować się na górze – tak wysokiej, by nie zalał jej potop z czasów Noego. Wejścia strzegł ogień, niemożliwy do pokonania dla śmiertelnika. Dodatkowo zaś rajski ogród otoczony był murem, zarośniętym już gęstym mchem. XIV-wieczny florencki misjonarz Giovanni z Marignolli, który nie był wprawdzie na Sri Lance, aczkolwiek swego czasu dotarł z poselstwem do Chin, przekazał, że na wyspie słychać już było rajskie wodospady odległe o ledwie czterdzieści mil. Zdaniem uczonych mnichów znajdowały się tam również pamiątki po wygnańcach z Edenu: grób Adama oraz jezioro z łez Ewy wylanych po śmierci Abla. Z kolei XIV-wieczna angielska kompilacja pod tytułem Podróże Jana z Mandeville, chociaż też pełna niedorzeczności, ostrzegała przed realnym niebezpieczeństwem na Sri Lance, przed „rodzajem węża z brązowym grzbietem, z czterema krótkim łapami i dwojgiem ogromnych oczu”, czyli przed krokodylami. Księga zarazem wskazywała, że ów prawie raj można odnaleźć nie na wyspie na Oceanie Indyjskim, lecz w samych Indiach, w miejscowości Polombe (Palombe, obecnie Kollam). Miało tam płynąć źródło, z którego woda przywracała ludziom młodość.
Fontanna młodości
Wątek dającego nieśmiertelność cudownego źródła prawdopodobnie zaczerpnięto z Dziejów starożytnego greckiego historyka Herodota. W V stuleciu p.n.e. wspominał on o magicznym jeziorze w afrykańskiej krainie Etiopów. Po kąpieli w nim „ciało nabierało większego blasku” i wydawało „zapach jakby fiołków”. Afrykańskie krainy, częstokroć mylone z Indiami, rozbudzały wyobraźnię średniowiecznych autorów. Ich zdaniem mieszkali tam m.in. Cyklopi, Psiogłowi (Cynocefale), Jednostopi, pigmeje, Amazonki i centaury. Spotkać tam można było jednorożce, feniksy i salamandry. Opisywano tak niejednokrotnie już pojawiającą się w tej książce krainę Księdza Jana. Spod korzeni pewnego drzewa tryskało tam źródło, którego woda odmładzała i stanowiła remedium na wszelkie choroby. Z nieba zaś sypała się manna zapewniająca długowieczność. Z samego Raju płynęła tam rzeka pełna złota i kamieni szlachetnych. Średniowieczne listy i doniesienia pełne są takich opowieści[356]. Czy w nie wierzono, czy były to tylko pobożne życzenia? Na pewno budziły ciekawość i umacniały wiarę w Boga zdolnego stworzyć takie cuda.
Lecz nie wszyscy poszukiwacze ziemskiego raju patrzyli na wschód. Inni spoglądali na Atlantyk, Ocean Zachodni. Tam miały znajdować się starożytne greckie Wyspy Szczęśliwe, może nawet z Ogrodem Hesperyd pełnym złotych jabłek. Czyżby chodziło o Wyspy Kanaryjskie, do dziś przyciągające miliony turystów z Europy? Z kolei na Półwyspie Iberyjskim w czasach rekonkwisty pojawiły się legendy o siedmiu biskupach, którzy uciekli przed Maurami na rajskie wyspy, gdzie założyli Siedem Złotych Miast pełnych bogactw.
W VI wieku irlandzki mnich św. Brendan dotarł – według krążących później opowieści – do jeszcze innego Edenu. Były tam nie tylko „przeróżne drzewa z cudownymi owocami, róże, lilie, kwiaty i fiołki, zioła i wszelkie rośliny wydające piękne zapachy”, lecz także „ulice i drogi dobrze i na różne sposoby zbudowane”. Te cywilizacyjne udogodnienia wskazywałyby na coś więcej niż tylko kolejną wersję celtyckiego Avalonu, gdzie panuje spokój, dostatek i miłość. Prawdopodobnie jednak Podróż świętego Brendana to tylko religijna metafora ubrana w literacką konwencję opowieści o morskich przygodach – we wczesnośredniowiecznej Irlandii szczególnie popularną i nazywaną immram. Co nie znaczy, że nie mogła wykorzystywać krążących żeglarskich relacji o tajemniczych lądach na Atlantyku. Wyspy Kanaryjskie, Azory, Islandia czy Grenlandia długo stanowiły terra incognita. Inaczej niż Kukania – wymyślona w XIII wieku kraina obfitości, obżarstwa i lenistwa (leżąca na zachód od Hiszpanii), w której ściany domów robiono z ryb, dachy z wędzonego boczku, a pola grodzono pieczoną szynką. Rzekami płynęło tam wino, w roku były cztery karnawały, cztery Boże Narodzenia i cztery Wielkanoce, a post raz na dwadzieścia lat. W tej utopijnej krainie panowała zupełna swoboda seksualna, a „im więcej kto tam śpi, tym więcej zarabia”. Warto zaznaczyć, że jak w każdym prawdziwym raju na Kukanii biło też źródło wody życia, przywracającej mężczyznom i kobietom wiek lat trzydziestu. Ta tajemnicza fontanna życia wracała w fantazjach i marzeniach sprzed wieków niczym obsesja. W czasach konkwistadorów ze szczególną mocą. Zaczęło się od Krzysztofa Kolumba, który postanowił dopłynąć pod banderą Hiszpanii do obfitujących w bogactwa Indii, omijając wrogie portugalskie placówki. Zaproponował więc hiszpańskim Królowi i Królowej Katolickim okrężną drogę – aby dotrzeć na wschód, skierował się statkami na zachód. Panuje dziś przekonanie, że światły Kolumb wiedział, iż Ziemia jest okrągła, a i jego mocodawcy nie byli płaskoziemcami. Tymczasem zapiski wielkiego odkrywcy zawierają dość zadziwiające spostrzeżenia.
Zawsze czytałem, że świat, tj. ziemia i woda, miały kształt kuli. Wiem dobrze, że doświadczenia Ptolemeusza oraz wszystkich, którzy pisali na ten temat, opierają tę opinię na zjawiskach i doświadczeniach takich jak zaćmienie Księżyca oraz inne zjawiska zauważone ze wschodu na zachód, a także przez wzniesienie bieguna z północy na południe. Jednak teraz [...] zauważyłem różnicę tak poważną, że nabrałem innego przekonania o świecie. Doszedłem tedy do przeświadczenia, że ziemia nie jest okrągła, jak ją opisują, ale raczej ma kształt gruszki doskonale okrągłej z wyjątkiem miejsca, gdzie jej ogonek tworzy pewne wydęcie; albo jakby to był kłębek doskonale okrągły, który w pewnym miejscu miałby coś w rodzaju brodawki kobiecej piersi. To miejsce właśnie jest najwyższe i najbliższe nieba; znajduje się pod linią równika w pośrodku tego Oceannego Morza na ostatnim krańcu Wschodu.
Tak odkrywca pisał w swoim sprawozdaniu dla królewskich zwierzchników. Kontynuując ten wątek, Kolumb zaczyna nagle dywagować o położeniu ziemskiego Raju. Stwierdza, że nigdy nie widział żadnego przekazu łacińskiego czy greckiego, który umiejscowiłby Eden ponad wszelką wątpliwość. Jedni widzieli go u źródeł Nilu w Etiopii, inni na Wyspach Szczęśliwych lub gdzieś na wschodzie. On sam uważał, że Eden leży na owej „brodawce kobiecej piersi”. Pisał w swojej relacji:
Nie twierdzę, że Raj ziemski ma kształt stromej góry, jak opisują ci, którzy o tym mówią. Ale że znajduje się na szczycie tam, gdzie go sobie wyobrażam jako brodawkę piersiową na gruszce. Myślę, że dociera się tam przez bardzo długie nieznaczne wzniesienie. [...] Wszystko dostarcza nam wskazówek, że Raj ziemski jest niedaleko.
Kiedy Kolumb dotarł w 1492 roku do Nowego Świata, Eden zamienił się w piekło – zwłaszcza dla miejscowych plemion. Żyjące na Karaibach plemię Taino zostało zdziesiątkowane przez walki z Hiszpanami i przywleczone przez Europejczyków choroby. Pod płaszczykiem ewangelizacji konkwistadorzy dokonywali eksterminacji. Tajnowie nie mieli złota, tak poszukiwanego przez hiszpańskich zdobywców, ale przekazali im opowieść, która podziałała na wyobraźnię. Oto na północ od Kuby, w miejscu zwanym Beimini, miało bić magiczne źródło, z którego woda przywraca młodość. Jako żywo przypominało to historie, które Europejczycy znali z przekazów na własnym kontynencie i z biblijnej tradycji o Drzewie Życia! Tylko człowiek szalony by tego nie sprawdził... Na niezidentyfikowaną wyspę Boiuca, z magicznym źródłem odmładzającym, dotarł – wedle korespondencji z epoki – konkwistador Juan Díaz de Solís (1470–1516). Nie przeżył jednak wyprawy, a wedle niektórych źródeł skończył w żołądkach indiańskich wojowników. Do takich przekazów trzeba jednak podchodzić ostrożnie, bo Hiszpanie chętnie przedstawiali podbijane ludy jako prymitywne i skłonne do kanibalizmu, niezależnie od zaobserwowanej rzeczywistości. Potem w poszukiwania Fontanny Młodości ruszył ponoć znajomy Kolumba, gubernator wyspy Portoryko Juan Ponce de León (1474–1521). Szukał magicznej Terra Bimene na wyspach (jedna z nich dziś nazywa się dziś Bimini) i na lądzie, który okazał się półwyspem Floryda. Zamiast dotrzeć do swego wymarzonego źródła życia, zmarł zraniony w walkach z Indianami. Już w tamtych czasach poszukiwania takie wyśmiewano (a może wręcz przypisywano je nielubianym możnowładcom, by ich skompromitować). Tym niemniej opowieść o źródle życia zrobiła wielką karierę, o czym świadczy słynny obraz Lucasa Cranacha Starszego (1472–1553) ze staruszkami odmładzającymi się w rajskim basenie i figlującymi potem do woli. Fontanna Życia wymieniona jest też w kilku produkcjach ze świata Indiany Jonesa (parki atrakcji, książki), rozważana była nawet przez twórców filmu jako cel misji głównego bohatera w trzeciej części cyklu, zanim ostatecznie wybrano Świętego Graala. Echo poszukiwań jakiegoś ukrytego w Ameryce miejsca jednak zostało, tyle że zmieniło swoją formę."
"Tropiciel skarbów. Fakty i mity w filmach o Indianie Jonesie" - Adam Węgłowski
W maju 1863 roku, w drugim roku wojny secesyjnej, generał Ulysses S. Grant zdobył Jackson, stolicę stanu Missisipi, zmuszając wojska Konfederacji dowodzone przez generała Johna C. Pembertona do wycofania się na zachód, do miasta Vicksburg nad rzeką Missisipi. Wojska Pembertona, otoczone w Vicksburgu i ostrzeliwane od strony rzeki przez flotyllę unionistów, odparły dwa kolejne natarcia, w końcu jednak po długotrwałym oblężeniu zostały zmuszone do kapitulacji z powodu braku żywności. 4 lipca 1863 roku, w dniu Święta Niepodległości, Pemberton poddał miasto. Stan Missisipi znalazł się w rękach sił Unii, co doprowadziło do faktycznego podziału Południa na dwie części.
Upadek Vicksburga uznaje się powszechnie za jeden z punktów zwrotnych w historii wojny secesyjnej. Z finansowego punktu widzenia nie było to jednak wydarzenie przełomowe, to bowiem miało miejsce ponad rok wcześniej, 200 mil w dół rzeki od Vicksburga, przy ujściu Missisipi do Zatoki Meksykańskiej. 29 kwietnia 1862 roku dowódca floty Unii David Farragut przedarł się przez ostrzał artyleryjski z fortów Jackson i St. Philip i zajął Nowy Orlean. Starcie to nie było tak krwawe i wyniszczające jak oblężenie Vicksburga, lecz jego skutki okazały się równie katastrofalne dla konfederatów.
Wpływ stanu finansów Konfederacji na ostateczny wynik wojny secesyjnej stał się przedmiotem licznych analiz i dywagacji historyków[39]. Okazuje się bowiem, że nadzwyczajny wysiłek militarny podjęty przez konfederatów okazał się daremny w równej mierze z powodu braku przemysłu i niedostatecznej liczby żołnierzy, co z powodu braku żywej gotówki. Na początku wojny wobec braku powszechnego systemu opodatkowania rząd Konfederacji pokrywał wydatki wojenne, sprzedając obligacje własnym obywatelom w formie dwóch wielkich pożyczek w wysokości 15 oraz 100 milionów dolarów. Ilość płynnego kapitału na Południu, w regionie wielkich farm i stosunkowo małych miasteczek, była jednak ograniczona. Aby przetrwać, konfederaci zwrócili się o pomoc do Rothschildów, mając nadzieję, że najpotężniejsza na świecie dynastia finansistów pomoże im pokonać wojska Unii, tak jak niegdyś pomogła Wellingtonowi pokonać Napoleona pod Waterloo.
Kalkulacje te nie były całkiem bezpodstawne. W Nowym Jorku przedstawiciel Rothschildów August Belmont obserwował z przerażeniem, jak Stany Zjednoczone pogrążają się w wojnie domowej. Jako przewodniczący Partii Demokratycznej był on głównym stronnikiem Stephena A. Douglasa, rywala Abrahama Lincolna w wyborach prezydenckich w 1860 roku. Belmont otwarcie i konsekwentnie krytykował „fatalną w skutkach politykę”[40] Lincolna. Salomon de Rothschild, trzeci syn Jamesa Rothschilda, w listach pisanych do rodziny jeszcze przed wybuchem wojny wyrażał się z sympatią o politykach z Południa[41]. Część dziennikarzy i komentatorów wyciągnęła z tego oczywisty wniosek: Rothschildowie wspierają Południe. „Belmont, Rothschildowie i cała zgraja Żydów [...] kupują obligacje konfederatów” – grzmiała „Chicago Tribune” w 1864 roku. Jeden ze zwolenników Lincolna nazwał „Żydów, Jeffa Davisa [prezydenta Konfederacji] i diabła” szatańską trójcą sprzysiężoną przeciwko Unii[42]. Kiedy Belmont odwiedził Londyn w 1863 roku, oświadczył Lionelowi de Rothschildowi, że „Północ już wkrótce zostanie pokonana” (fakt, że człowiek oskarżany o nakłanianie Brytyjczyków do udzielenia pomocy Południu, sekretarz stanu w rządzie Konfederacji, Judah Benjamin, także był Żydem, dodatkowo podsycał atmosferę podejrzeń).
W rzeczywistości jednak Rothschildowie postanowili nie wspierać Południa. Dlaczego? Być może dlatego, że instytucja niewolnictwa budziła w nich autentyczne oburzenie. Co najmniej równie ważnym powodem było jednak to, że ewentualne udzielenie kredytu Konfederacji wiązało się z dużym ryzykiem (w końcu to właśnie prezydent Konfederacji, Jefferson Davis, jeszcze jako senator Stanów Zjednoczonych nakłaniał otwarcie do niespłacania państwowych długów). Ta nieufność do konfederatów była, jak się wydaje, zjawiskiem dość powszechnym w Europie. Kiedy Konfederacja próbowała sprzedać swoje obligacje na rynkach europejskich, inwestorzy wykazali niewielki entuzjazm. Południowcy mieli jednak asa w (bawełnianym) rękawie. Była nim właśnie bawełna, klucz do ich gospodarki i najważniejszy towar eksportowy. Pomysł polegał na tym, aby wykorzystać plantacje bawełny nie tylko jako źródło wpływów z eksportu, ale także jako zabezpieczenie dla nowego typu obligacji. Kiedy pewna mało znana francuska firma Emile Erlanger and Co. rozpoczęła w imieniu rządu Konfederacji emisję obligacji zabezpieczonych bawełną, giełdy w Londynie i Amsterdamie zareagowały bardziej przychylnie. Najatrakcyjniejszą właściwość tych dwudziestoletnich obligacji oprocentowanych w wysokości 7% stanowiło to, że można je było wymienić na bawełnę po cenie obowiązującej przed wojną, a więc po 6 pensów za funt bawełny. Mimo porażek militarnych konfederatów obligacje zachowywały swoją wartość przez większą część wojny, ponieważ ceny zabezpieczającego je towaru – bawełny – rosły wskutek wzmożonego popytu wywołanego przez wojnę. Od grudnia 1863 do września 1864 roku cena obligacji wzrosła dwukrotnie mimo klęsk konfederatów pod Gettysburgiem i Vicksburgiem, ponieważ ceny bawełny gwałtownie poszły w górę[43]. Południe mogło zaś jeszcze bardziej je podnosić, ograniczając dostawy bawełny.
Obligacje zabezpieczone bawełną, wyemitowane przez rząd Konfederacji z zaledwie czterema zrealizowanymi kuponami.
W 1860 roku port w Liverpoolu był głównym ośrodkiem odpowiedzialnym za dostawy importowanej bawełny dla brytyjskiego przemysłu włókienniczego, filaru dziewiętnastowiecznej brytyjskiej gospodarki przemysłowej. Ponad 80% tego importu pochodziło z południa Stanów Zjednoczonych. Przywódcy konfederatów wierzyli, że jest to skuteczne narzędzie nacisku, które pozwoli im skłonić Wielką Brytanię do udziału w wojnie po stronie Południa. Aby zwiększyć presję, konfederaci postanowili nałożyć embargo na dostawy bawełny do Liverpoolu. Skutki tej decyzji były katastrofalne. Ceny bawełny podskoczyły z 6,25 do 27,25 pensów za funt. Import tego towaru z Południa spadł z 2,6 milionów bel w 1860 roku do niecałych 72 tysięcy w 1862 roku. Typowa angielska przędzalnia, podobna do tej, która zachowała się w Styal na południe od Manchesteru, zatrudniała około czterystu robotników, a był to zaledwie nikły procent wszystkich 300 tysięcy pracowników przemysłu włókienniczego w całym hrabstwie Lancashire. Pozbawieni dostaw bawełny, ludzie ci nie mieli żadnego zajęcia. Pod koniec 1862 roku połowa robotników znalazła się na bruku. Blisko jedna czwarta wszystkich mieszkańców hrabstwa Lancashire żyła dzięki dobroczynności społecznej[44]. Okres ten nazwano „głodem bawełnianym”. Sprawcami owego głodu byli jednak ludzie, którzy realizowali w ten sposób własne cele. Wprowadzenie embarga na dostawy bawełny wywołało nie tylko bezrobocie, głód i zamieszki na północy Anglii; brak tego surowca spowodował także wzrost cen, a więc i wartości wyemitowanych przez Konfederację obligacji zabezpieczonych bawełną, sprawiając, że stały się one obowiązkową wręcz inwestycją dla najważniejszych przedstawicieli brytyjskiej elity politycznej. Kupili je między innymi przyszły premier Wielkiej Brytanii, William Ewart Gladstone, oraz redaktor naczelny „Timesa”, John Delane[45].
Możliwość manipulowania przez Konfederację rynkiem obligacji była jednak uzależniona od spełnienia jednego podstawowego warunku: gdyby Konfederacja nie potrafiła wywiązać się z obowiązku wypłaty należnych odsetek, inwestorzy musieli mieć możność wejścia w posiadanie bawełny stanowiącej zabezpieczenie obligacji. Zabezpieczenie ma wszak sens tylko wówczas, gdy wierzyciel może swobodnie po nie sięgnąć. Właśnie dlatego upadek Nowego Orleanu w kwietniu 1862 roku był prawdziwym punktem zwrotnym w amerykańskiej wojnie secesyjnej. Kiedy główny port Konfederatów znalazł się w rękach Unii, inwestor, który chciał zdobyć tamtejszą bawełnę, musiał pokonać blokadę morską nie raz, lecz dwa razy. Nie była to szczególnie kusząca perspektywa, wziąwszy pod uwagę rosnącą siłę floty północnej zarówno na rzece Missisipi, jak i wokół jej ujścia.
Gdyby Konfederaci zdołali utrzymać Nowy Orlean do czasu wysłania zbiorów bawełny do Europy, sprzedaliby prawdopodobnie w Londynie swoje obligacje za kwotę ponad 3 milionów funtów. Może nawet nieskłonni do podejmowania ryzyka Rothschildowie daliby się na nie skusić. W zaistniałej sytuacji ci ostatni odrzucili jednak ofertę Erlangera, której „wątpliwy charakter mógł zainteresować co najwyżej awanturników i spekulantów [...]. Nie słyszeliśmy o żadnej szanowanej osobie, która miałaby cokolwiek wspólnego z tą transakcją”[46]. Konfederaci przeszarżowali – zablokowali dostawy bawełny, ale potem nie byli w stanie ich odblokować. W 1863 roku przędzalnie w Lancashire znalazły nowych dostawców tego surowca w Chinach, Egipcie i Indiach. A inwestorzy zaczęli gwałtownie tracić zaufanie do obligacji zabezpieczonych bawełną. Miało to katastrofalne skutki dla gospodarki Południa.
Rząd Konfederacji, wyczerpawszy wszystkie możliwości pozyskania pieniędzy na rodzimym rynku obligacji i dysponując zaledwie dwiema niewielkimi pożyczkami zagranicznymi, zmuszony był wydrukować pieniądze bez pokrycia – w sumie 1,7 miliarda dolarów – by sfinansować koszty prowadzenia wojny i inne bieżące wydatki. Prawdą jest, że podczas wojny secesyjnej obie strony konfliktu drukowały pieniądze. Jednak pod koniec wojny dolary Unii wciąż były warte około 50 centów w złocie, podczas gdy wartość dolarów Konfederacji wynosiła zaledwie 1 cent mimo podjętej próby przeprowadzenia reformy walutowej w 1864 roku[47]. Sytuację pogarszał dodatkowo fakt, że poszczególne stany, a nawet miasta na Południu Stanów Zjednoczonych mogły samodzielnie drukować papierowe pieniądze. Szerzyły się przypadki fałszowania pieniędzy, ponieważ banknoty Konfederacji były dość prymitywnie wykonane i nietrudno je było podrobić. Ponieważ na rynku znajdowało się coraz więcej papierowych pieniędzy i coraz mniej towarów, wybuchła inflacja. Podczas wojny secesyjnej ceny na Południu wzrosły mniej więcej o 4000%[48]. Dla porównania, w tym samym czasie ceny na Północy zwiększyły się zaledwie o 60%. Gospodarka Południa znalazła się na skraju załamania jeszcze przed kapitulacją głównych armii Konfederacji w kwietniu 1865 roku, a szalejąca hiperinflacja była zwiastunem ostatecznej klęski.
Rothschildowie mieli rację. Ci, którzy zainwestowali w obligacje Konfederacji, stracili wszystko, ponieważ zwycięska Północ nie zamierzała spłacać długów Południa. W końcu jedynym sposobem finansowania wojny przez Konfederację okazało się drukowanie pieniędzy. Nie po raz ostatni w historii próba manipulowania rynkiem obligacji skończyła się rujnującą dla gospodarki inflacją i militarnym upokorzeniem."
"Potęga pieniądza. Finansowa historia świata" - Niall Ferguson
I cały romantyzm Wojny Secesyjnej z serialu "Północ Południe" w pizdu.
A taki był ładny - amerykański.
Biedna ta Konfederacja, nie ma szczęścia do Amerykanów.
Teraz Bosak musi odcinać się od ukochanego Trumpa, który Rothschildem nie jest ale znowu pogrąża Konfederację.
Cytat:
Krzysztof Bosak z Konfederacji ostro skrytykował grafikę zamieszczoną przez prezydenta USA Donalda Trumpa. To jest bluźniercze. Absolutnie mi się nie podoba.
Wg prezydenckiego Cenckiewicza "To przekracza wszelkie normy"
Bez mydełka trzeba się będzie teraz nadstawiać w obie strony.
JW
Biedna ta Konfederacja, nie ma szczęścia do Amerykanów.
Teraz Bosak musi odcinać się od ukochanego Trumpa, który Rothschildem nie jest ale znowu pogrąża Konfederację.
Cytat:
Krzysztof Bosak z Konfederacji ostro skrytykował grafikę zamieszczoną przez prezydenta USA Donalda Trumpa. To jest bluźniercze. Absolutnie mi się nie podoba.
Wg prezydenckiego Cenckiewicza "To przekracza wszelkie normy"
Bez mydełka trzeba się będzie teraz nadstawiać w obie strony.
JW
Przyjdzie mu to łatwiej niż Kukizowi i Hołowni.
Ciekawe jak zachowa się Mentzen, bo KO nie straciła za wiele poparcia od ostatnich wyborów. Łącznie z PSL, Lewicą i tak mieli by więcej posłów niż PiS + partia Brauna i podobne oszołomy.
"Watykan i Żydzi.
Aby zamknąć Watykan, jako winnego, w najciemniejszym lochu, wysuwane są twierdzenia, niestety całkiem fałszywe, mówiące, że Pius XI, a przede wszystkim Pius XII byli antysemitami. W poszukiwaniu dowodu przytaczany jest często list – w wyrwanych z kontekstu i tendencyjnie przetłumaczonych fragmentach – który Eugenio Pacelli, późniejszy Pius XII, jeszcze jako nuncjusz napisał z Monachium do Piusa XI. Charakteryzuje w nim Maxa Leviena, szefa komunistów w ówczesnej Monachijskiej Republice Rad. Jeżeli zna się jego całą treść, z trudem można go uznać za świadectwo antysemityzmu, a opis Leviena, o dziwo, bardzo przypomina opis zawarty w dziennikach Viktora Klemperera. Innymi słowy: nie nadaje się na dowód oskarżenia. W przypadku zagorzałego antysemity powinien się znaleźć przynajmniej drugi dowód – kolejny list, notatka w dzienniku, artykuł albo coś w tym rodzaju.
Pius XI potępił antysemityzm już w 1928 roku, nawet jeżeli okoliczności tego kroku były nieco dziwne, choć charakterystyczne dla Kurii Rzymskiej. Nawet jeżeli Watykan prezentuje na zewnątrz jednolitą fasadę, wewnątrz ścierają się i walczą między sobą różne frakcje i grupy.
Cała ta zagmatwana, prawie absurdalna historia rozpoczęła się, kiedy Franceska van Leer, Żydówka holenderska, która przeszła na katolicyzm, oraz prokurator generalny Zakonu Świętego Krzyża, Anton van Asseldonk, w 1926 roku założyli stowarzyszenie pod nazwą Amici Israel – Przyjaciele Izraela. Jego główne zadanie polegało na teologicznym wyjaśnieniu stosunku Kościoła katolickiego do żydów, wyjściu poza ochronę chrześcijan przed żydami i na odwrót oraz na obniżeniu progu dla żydów chcących przejść na chrześcijaństwo. Prezydentem organizacji został bardzo ceniony opat benedyktynów z Subiaco w pobliżu Rzymu, ojciec Benedetto Gariador. Pismo informacyjne nosiło tytuł „Pax super Israel” (Pokój nad Izraelem) i czytane było przez dziewiętnastu kardynałów, dwustu siedemdziesięciu ośmiu arcybiskupów i biskupów oraz trzy tysiące księży. Blisko organizacji byli tacy ludzie jak arcybiskup monachijski kardynał Michael Faulhaber, który także ją wspierał. Co do każdego duchownego upewniano się, że ma pozytywne nastawienie do żydów – w obliczu późniejszych wydarzeń związanych z „nocą kryształową” i Holocaustem fakt ten nabiera szczególnego znaczenia. Celem działalności Przyjaciół Izraela było obudzenie zrozumienia dla żydów i ich wiary. Członkowie stowarzyszenia mieli unikać obraźliwych słów w stosunku do żydów, takich jak „bogobójcy” i „mordercy rytualni”.
2 stycznia 1928 roku ojciec Gariador przedłożył w Kongregacji Obrzędów w Rzymie prośbę o wykreślenie z modlitwy wielkopiątkowej pojęć takich jak perfidis (wiarołomny) i perfidium (wiarołomstwo) odnoszących się do żydów. Kardynał Ildefonso Schuster, któremu polecono zająć się tą sprawą, opowiedział się za wnioskiem. Słusznie argumentował na płaszczyźnie językoznawczej, że kiedy powstawała ta modlitwa, słowo perfidis oznaczało po prostu niewiernego, osobę bez wiary. Z biegiem wieków przemieniło się w określenie, jak argumentował, nieoznaczające już osoby niewiernej, lecz wiarołomną, niesłowną, bezbożną. Poprzez zmianę znaczenia tego słowa zniekształcony został sens modlitwy.
Kiedy Kongregacja Obrzędów zaakceptowała skreślenie tego słowa, sprawa skierowana została do Świętego Oficjum – jak zawsze proceduralnie inkwizycja miała ostatnie słowo – które odrzuciło wniosek. Konsultator Francesco Sales nie sprzeciwił się wprawdzie argumentacji Kongregacji Obrzędów, ale podważył ją od strony tradycji. Nie można tak po prostu, jak twierdził, zmieniać starej liturgii, to by miało nieobliczalne skutki. Wtedy inne stowarzyszenie będzie mogło skreślić słowa „Poncjusz Piłat” i tak dalej. Ostatecznie Żydzi wraz z zawołaniem: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” (Mt 27, 25) wzięli na siebie odpowiedzialność za śmierć Jezusa Chrystusa. Dlatego inkwizycja zarządza: „Nihil esse innovandum” – nie należy nic zmieniać.
Teraz uaktywnił się inkwizytor kardynał Rafael Merry del Val. Napisał: „Nie chciałbym, aby ci Amici Israel wpadli przez nieuwagę w pułapkę zastawioną przez tych samych Żydów, którzy wszędzie wdzierają się do nowoczesnego społeczeństwa, wszelkimi dostępnymi środkami usiłują zamglić pamięć o swoich dziejach i przechytrzyć chrześcijan działających w dobrej wierze”.[*] Argumentacja ta pokazuje groźne powinowactwo z antysemickim pamfletem „Protokoły mędrców Syjonu”, w którym mówi się o światowym spisku Żydów i który przedstawiłem w mojej książce na temat powstania i działalności tajnych związków.
Papież Pius XI stracił szansę powołania do życia nowej teologii judaizmu. Udało się to dużo później, kiedy sobór watykański II (1963 – 1965) określił żydów jako starszych braci w wierze. Do tego czasu Watykan widział swoje zadanie w podwójnej ochronie, a mianowicie w tym, że chronił żydów przed chrześcijanami i chrześcijan przed żydami – trwał więc przy koncepcji, która wraz z nastaniem epoki nowożytnej zdecydowanie się przedawniła. To, że nie znalazł wystarczająco dużo siły, aby dokonać konfrontacji z problemem teologicznym, było w pewnym sensie tragiczne. Nowa teologia judaizmu mogłaby bowiem w obliczu nadchodzących prześladowań bardziej wyraziście uświadomić Watykanowi, że Kościół katolicki jedzie z żydami na jednym wózku.
Wraz z odmową zmiany modlitwy wielkopiątkowej Pius XI opublikował oświadczenie mówiące, że Kościół katolicki odrzuca antysemityzm. Niektórzy dostrzegali w tym tylko rodzaj alibi, jednak w rzeczywistości dowodziło to, jak daleka jest jeszcze droga do niezbędnego wymogu teologicznego wyjaśnienia stosunku Kościoła katolickiego do żydów. Ale to, że papież potępił antysemityzm – jako alibi albo nie – w tak wczesnym okresie, jest faktem, który później miał się okazać niepodlegającym negocjacjom stanowiskiem papieży. Ojciec Gariador i Ildefonso Schuster zostali wezwani do Rzymu i napomniani. Mieli na kolanach przeprosić i odwołać swoje błędy. W 1959 roku papież Jan XXIII kazał skreślić słowo perfidis z modlitwy wielkopiątkowej. Kiedy w 1933 roku podpisany został konkordat z III Rzeszą, kardynał Eugenio Pacelli był sekretarzem stanu pod rządami papieża Piusa XI. Niemieccy biskupi wycofali oświadczenie, według którego katolik nie mógł być członkiem NSDAP, SA, SS albo innej narodowosocjalistycznej organizacji, aby umożliwić podpisanie konkordatu. Na temat tego, w jakim zakresie konkordat spełnił swój cel, można tylko spekulować, jako że nie możemy wiedzieć, jak by się potoczyła historia bez niego.
W Watykanie nikt nie miał wątpliwości, że negocjacje prowadzono z samym diabłem. Papież z wielu różnych kanałów dowiadywał się, co się dzieje w Niemczech po 30 stycznia 1933 roku. Nuncjatury wysyłały raporty do Rzymu, biskupi, zakonnicy, a nawet laicy pisali odważne listy, jak na przykład Edyta Stein, zakonnica i filozof.
Pogromy i wystąpienia antysemickie przybierały coraz ostrzejsze formy. Watykan nie mógł pomijać tego milczeniem. Z drugiej strony znajdował się w konkordatowej pułapce. Wraz z „ustawą o odnowie stanu urzędniczego”, która wykluczała Żydów i przeciwników politycznych ze służby publicznej, władze państwowe na razie stosowały środki prawne. Odtąd każdy protest Kościoła oznaczał „mieszanie się w sprawy wewnętrzne” i dostarczał pretekstu do wypowiedzenia konkordatu. Należało się także obawiać, że ta haniebna ustawa zostanie rozszerzona także na katolików. A Kościół był politycznie osamotniony, jako że mocarstwa zachodnie, które w odróżnieniu od Watykanu nie musiały mieć na uwadze losu milionów katolików i z tego powodu nie zważały na tego typu aspekty, preferowały do 1939 roku zdradziecki appeasement, politykę ustępstw, którą nazywano pokojową.
Wszelkie oceny polityki watykańskiej nie powinny być moralnie izolowane, lecz formułowane w kontekście działań politycznych wielkich mocarstw w tamtym czasie. Poza tym Watykan pracował, czego nie należy ignorować, bardzo powoli – dopiero teraz zaczęto się naukowo zajmować narodowym socjalizmem. Najpierw wpisano na indeks ksiąg zakazanych bezsensowne dziełko „Mit XX wieku” Alfreda Rosenberga, głównego ideologa nazistów – oznaczało to, że książki tej nie mogą czytać katolicy. Następnie chciano umieścić na indeksie „Mein Kampf” Hitlera, ale ostatecznie tego nie zrobiono.
Nuncjusz Pacelli, który znał biskupów niemieckich, omówił z nimi wszystkie działania Stolicy Apostolskiej, jako że zawsze należało mieć na względzie sytuację katolików w Niemczech. Nacisk na Watykan był ogromny, ponieważ ciążyła na nim podwójna odpowiedzialność: chronienia katolików i zwalczania każdego nieludzkiego działania, w tym także tego, czemu poddawano Żydów. Zadania te często się wykluczały.
19 marca 1937 roku Pius XI opublikował encyklikę „Divini redemptoris” (Przyobiecany Odkupiciel Boży) potępiającą narodowy socjalizm i komunizm. W Niedzielę Palmową 21 marca 1937 roku ze wszystkich ambon w Niemczech odczytany został list pasterski papieża „Mit brennende Sorge”, w którym potępiał on rasizm i antysemityzm: „Tylko płytkie umysły mogą popaść w ten błąd, by mówić o bogu narodowym, o religii narodowej; tylko one mogą podjąć daremną próbę, by w granicach jednego tylko narodu, w ciasnocie krwi jednej rasy zamknąć Boga, Stwórcę wszechświata, Króla i Prawodawcę wszystkich narodów, wobec którego wielkości narody są «jakoby krople u wiadra»” (Iz 40, 15).
Kiedy faszystowskie Włochy we wrześniu 1938 roku przyjęły ustawy rasowe III Rzeszy, Pius XI ogłosił podczas wizyty pielgrzymów z Belgii usłyszane przez wszystkich słowa: „Antysemityzm jest nie do przyjęcia. W sensie duchowym wszyscy jesteśmy semitami”.
Oświadczenia te nie wywołały jednak żadnych skutków poza tym, że zaostrzono represje w stosunku do księży. Polegały one zarówno na zamykaniu szkół katolickich, jak i na preparowaniu procesów za rzekome wykroczenia duchownych przeciwko obyczajności lub za przewinienia dewizowe. W tej sytuacji Eugenio Pacelli i młody ksiądz nazwiskiem Giovanni Battista Montini, który trzy dekady później wstąpił na tron Piotrowy jako Paweł VI, za pośrednictwem sieci klasztorów, parafii i diecezji zaczęli organizować praktyczną pomoc dla Żydów. Zajęto się przede wszystkim załatwianiem wiz i możliwości wyjazdu dla zagrożonych. Patrząc z perspektywy czasu, można rzecz jasna w obliczu masy zamordowanych narzekać na niewielką liczbę uratowanych. Ale to cyniczna postawa, jako że każdy uratowany człowiek oznaczał uratowane życie.
Aktywność Stolicy Apostolskiej na tym polu była jednak ograniczona. Zgodnie z traktatami laterańskimi Watykan otrzymywał wodę i prąd, jak również dopłaty od państwa włoskiego, które było sojusznikiem III Rzeszy. A Stolica Apostolska znajdowała się w samym centrum faszystowskich Włoch. Ileż więcej mogłyby zrobić w tamtym czasie zachodnie demokracje, gdyby tylko chciały!
Po śmierci Piusa XI w 1939 roku kardynałowie szybko wybrali Eugenia Pacellego na nowego papieża – Piusa XII (1939 – 1958) – i obarczyli go od razu ciężkim zadaniem, być może najtrudniejszym, jakie kiedykolwiek musiał dźwigać człowiek. Jak miał postępować wobec tego przeciwnika?
Pius XII zdecydował się na strategię równie realistyczną, jak wątpliwą. Papież widział, że listami pasterskimi i oświadczeniami nie może nic zdziałać. Kiedy Kościół katolicki wystąpił publicznie i w „Divini redemptoris” oraz w „Mit brennende Sorge” zajął stanowisko potępiające represje faszystów, w tym samym czasie przywódcy mocarstw zachodnich – francuski premier Édouard Daladier i jego brytyjski kolega na urzędzie Arthur Neville Chamberlain – pośpieszyli do Monachium i w traktacie z Hitlerem sprzedali Czechosłowację niemieckiemu dyktatorowi i włoskiemu duce Mussoliniemu. Chamberlain wrócił do Londynu fetowany jako rzekomy ambasador pokoju. Przemilczał jednak fakt, iż pokój ten kupił, zdradzając miliony ludzi. A poza tym wcale nie zagwarantował pokoju, lecz wojnę. Ale o tym większość nie myślała, większość tych, którzy słyszeli tylko słowo „pokój” i krzepili się pewnością, iż cierpienia mają miejsce daleko, daleko stąd.
Pius XII, mając to wszystko przed oczyma, zamiast na oświadczenia, postawił na czyny. Prowadził strategię dwutorową: z jednej strony wspierał tych biskupów niemieckich, którzy wyraźnie występowali przeciwko Hitlerowi i których czyny oraz wyraziste słowa były więcej warte niż prośby bez odpowiedzi znikające w koszu na śmieci – takich ludzi, jak hrabia Clemens August von Galen czy hrabia Konrad von Preysing, którego papież, wbrew bardzo gwałtownym sprzeciwom Berlina, przeforsował na urząd biskupi. Dzięki temu Watykan usadowił znanego antynazistę w stolicy nazistów. Po drugie: Stolica Apostolska pozostawała bezpartyjną instancją – Pius XII nie chciał narażać tych niewielkich środków, jakie mu pozostały. Jednak nie do końca realizował tę politykę.
Spiskowcy papiescy.
Pod koniec 1939 roku Pius XII ku swojemu zdziwieniu dowiedział się od niemieckiego prałata Ludwiga Kaasa oraz od jego prywatnego sekretarza, niemieckiego jezuity Roberta Leibera, iż grupa generałów niemieckich chce rozpocząć rozmowy z Brytyjczykami. Chcieli wynegocjować warunki pokojowe dla Niemiec, które weszłyby w życie po obaleniu Hitlera. Spiskowcy, którzy należeli do Wehrmachtu i Abwehry, potrzebowali ostatecznej zgody Wielkiej Brytanii. Tylko wtedy mogliby przekonać wystarczającą liczbę generałów do udziału w puczu.
Ludzie ci zwrócili się do papieża o pomoc i dyskretne pośrednictwo. Gdyby Pius XII był owym papieżem, którego Rolf Hochhuth skarykaturował w sztuce „Namiestnik”, podobnie jak John Cornwell w książce „Papież Hitlera”, odrzuciłby tę prośbę, tłumacząc, iż Watykan nie może być pośrednikiem między spiskowcami z państwa, z którym wiąże go umowa międzynarodowa, i zagranicznym mocarstwem. Gdyby dowiedziała się o tym służba bezpieczeństwa Hitlera, skutki byłyby niewyobrażalne! Spisek zostałby wykorzystany przez propagandę, a gniew ludu skierowany na kościoły i klasztory, a także na synagogi. Mussolini potrzebowałby tylko małego oddziału, aby dokonać szturmu na Watykan. Pius XII nie powinien był więc zgodzić się na to przedsięwzięcie. Ryzyko porażki puczu było bez porównania większe niż szansa na powodzenie. A z drugiej strony: cóż za wyjątkowa okazja zamknięcia tego zbrodniarza i jego najbliższych współpracowników, cóż za szansa na uwolnienie Niemiec i świata od zbliżającej się katastrofy! Czy papież mógł z niej nie skorzystać?
Pius XII zdecydował się pomóc i tym samym wziął na siebie bardzo duże ryzyko. Teraz każdy już wiedział, kim jest Hitler i czego należy się po nim spodziewać. Było już po „nocy kryształowej”, Austria, Czechosłowacja i Polska znajdowały się pod niemiecką okupacją. Kto w tej sytuacji robił sobie jeszcze jakieś nadzieje, był po prostu pozbawiony rozsądku – a mimo to rządy świata zachodniego nadal pozostawały bierne.
Papież działał w największej tajemnicy. Nikt się nie dowiedział o prowadzonych negocjacjach, nawet sekretarz stanu kardynał Luigi Maglione. W Watykanie o tej ryzykownej grze va banque, w jaką wdał się papież, wiedzieli tylko: prałat Kaas, jezuita Leiber i sam Pius XII. Podczas prywatnego posiłku Kaas poinformował o planowanym spisku Francisa d’Arcy Osborna, brytyjskiego pełnomocnika przy papieżu. Osborn 12 stycznia 1940 roku spotkał się potajemnie z Piusem XII.
Czołową postacią wewnątrz samego spisku był generał Ludwig Beck, który w 1944 roku został stracony przez nazistów w związku z nieudanym zamachem na Hitlera dokonanym przez spiskowców skupionych wokół hrabiego Clausa Schenka von Stauffenberg. Organizacyjną duszą tej akcji był odważny i zasłużony generał Abwehry Hans Oster. On i admirał Wilhelm Canaris zaprosili do Berlina monachijskiego adwokata Josepha Müllera, ponieważ wiedzieli, że nienawidzi nazistów i posiada znakomite kontakty w Watykanie. Müller jako jedyny z tej grupy spiskowców przeżył III Rzeszę i po wojnie założył partię CSU.
Aby skorzystać z jego pomocy i jednocześnie ukryć ją przed służbą bezpieczeństwa Hitlera, zrobiono Müllera współpracownikiem Abwehry, który jako agent rzekomo miał wybadać Watykan dla Hitlera, podczas gdy w rzeczywistości stał się pośrednikiem w negocjacjach między Beckiem, Osterem, prałatem Kaasem, Piusem XII, d’Arcy Osbornem i brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Edwardem Halifaxem.
Mimo zaangażowania papieża rozmowy nie ruszyły z miejsca, ponieważ Brytyjczycy podejrzewali, iż jest to pułapka. Poza tym nie trzymali się ścisłych reguł konspiracji i w ten sposób zarówno lekkomyślnie, jak i arogancko narażali nie tylko spiskowców niemieckich, lecz również samego Piusa XII.
Zrezygnowany papież musiał stwierdzić, iż zachodnie mocarstwa nie są gotowe do współpracy, a jedynie chcą wykorzystać Watykan. Pius XII mógł polegać wyłącznie na sobie – oraz na Duchu Świętym i świętym Piotrze, którego szczątków poszukiwał w tych tygodniach Ludwig Kaas w podziemiach Watykanu. Ten papież, często opisywany jako odważny, chciał się upewnić o Bożej pomocy, ponieważ ludzie nie mogli już tutaj pomóc. Pius XII znajdował się w sytuacji, w której mógł już tylko popełniać błędy. Pozostało jedynie pytanie, który będzie większy.
Jako wytyczną papież wybrał w końcu trudną zasadę, według której należy zapobiegać najgorszemu. Innymi słowy, musiał wybierać między dwoma okrutnymi wyjściami, stwierdzić, które z nich jest mniejszym złem. „Tam, gdzie papież chciałby głośno krzyczeć, musi niekiedy niestety milczeć, tam, gdzie chciałby działać i pomagać, nakazywane jest cierpliwe wyczekiwanie”, wyznał w 1941 roku biskupowi Würzburga Ehrenfriedowi.
Etykietka o „papieżu, który milczał” dlatego jest mało prawdziwa, że nie uwzględnia jednego istotnego aspektu. Właściwe bowiem pytanie brzmi: w jakim zakresie papież milczał, w jakim zakresie działał? Niekiedy mówienie przeszkadza w działaniu. Historycy muszą zdecydować, czy w ramach swoich możliwości Pius XII zrobił wszystko, na co pozwalały mu ówczesne okoliczności. Ale w obliczu potworności całej sytuacji należy raczej wątpić, czy kwestia ta doczeka się kiedykolwiek zdecydowanej i wyczerpującej oceny.
Najbardziej jednoznacznie papież wyraził się w swoim orędziu na Boże Narodzenie w 1942 roku. Mimo iż jego potępienie wojny, rasizmu i antysemityzmu w obliczu okrucieństw dokonywanych przez SS i Wehrmacht w Polsce wydawało się niektórym zbyt abstrakcyjne, mało konkretne, Reichsführer SS Heinrich Himmler właściwie odczytał przesłanie papieża. Naziści zrozumieli bardzo dobrze, że papież potępia narodowy socjalizm i występuje jako adwokat Żydów i Polaków. Jednak rozliczenie się z Piusem XII i katolikami przesunięto na czas po „ostatecznym zwycięstwie”.
O wiele bardziej istotne jest ocenianie czynów, a nie apeli Watykanu. Już w 1939 roku Pius XII założył biuro informacyjne dla jeńców wojennych. Stolica Apostolska ściśle współpracowała z Czerwonym Krzyżem. Pod kierownictwem Giovanniego Battisty Montiniego cała sieć powiązań kościelnych została włączona do zdobywania tych informacji.
Stolica Apostolska bardzo wcześnie otrzymała informacje o konferencji w Wannsee, na której pod kierunkiem Reinharda Heydricha, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, zapadła decyzja o osławionym „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Watykan usiłował teraz w krajach okupowanych przez Niemcy uratować tylu Żydów, ilu się tylko dało. W akcji tej zebrał dwojakiego rodzaju doświadczenia, które w równym stopniu są istotne dla oceny działań papieża."
"Watykan. Mroczna historia światowej potęgi" - Klaus-Rüdiger Mai
Jest to książka obejmująca niemal całą historię Watykanu.
Wybrałem ten fragment, ponieważ jest książka - równie ciekawa, ale opisującą szerzej trudny czas pontyfikatu Piusa XII.
"Papież Hitlera. Tajemnicza historia Piusa XII" - John Cornwell
Ten to miał faktycznie pod górkę.
Nie twierdzę, że Jan Paweł II miał lajtowo, ale w porównaniu do tamtych czasów, to szkółka niedzielna.
ROZDZIAŁ VI
UBEZPIECZENIA SPOŁECZNE, CZYLI "JAK POLSKA DAWAŁA PRZYKŁAD ŚWIATU, A ŚWIAT NIE CHCIAŁ BRAĆ PRZYKŁADU Z POLSKI
Choć II Rzeczpospolita należała do grupy najbiedniejszych krajów europejskich, to szczyciła się posiadaniem najbardziej postępowego ustawodawstwa socjalnego.
Władze z dumą podkreślały, że w sferze ubezpieczeń społecznych świat powinien wzorować się na Polsce. Jeszcze nie mieliśmy wytyczonych granic, a już chwaliliśmy się 8-godzinnym dniem i 46-godzinnym tygodniem pracy. Dla porównania, w 1919 roku Międzynarodowa Organizacja Pracy uchwaliła konwencję (zwaną waszyngtońską), ustanawiającą jako normę międzynarodową 8-godzinny dzień i 48-godzinny tydzień pracy. W dniu 11 stycznia 1919 r. Naczelnik Państwa wydał dekret o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby, uzupełniony zapisami ustawy z maja 1920 roku. System ubezpieczenia chorobowego oparto na zasadach: powszechności, terytorialności, przymusu oraz samo
rządności. Utworzono kasy chorych. Składka na ubezpieczenie chorobowe stanowiła 6,5 % zarobku (w 3/5 była płatna przez pracodawcę i w 2/5 przez pracownika). Zasiłek chorobowy wynosił 60%, gdy ubezpieczony przebywał w domu i 40 % gdy znajdował się w szpitalu. Świadczenie wypłacano przez 26 tygodni. Jeżeli choroba była wynikiem wypadku przy pracy, zasiłek był płatny aż do wyzdrowienia. Pracownice, które urodziły dziecko miały prawo do zasiłku w wysokości 100 % przez 8 tygodni. Taki był początek ubezpieczeń społecznych w Polsce, a potem to już poszło z górki: wprowadzono ubezpieczenie wypadkowe, emerytalne robotników, emerytalne pracowników umysłowych oraz od bezrobocia...
Przedsiębiorcy wszczęli larum przeciw tak rozbudowanym przywilejom socjalnym, argumentując, że nie może tak być, aby w kraju wyniszczonym działaniami wojennymi, kraju biednym, przyznawać takie przywileje pracownikom, a koszty tego przerzucać w głównej mierze na pracodawców; to spowoduje podniesienie kosztów pracy - odczują to boleśnie konsumenci (wzrost cen towarów będzie nieunikniony, bo przecież przemysł nie czerpie swych dochodów z powietrza), odczuje to cała polska gospodarka, która nie będzie mogła skutecznie konkurować z gospodarkami innych państw. Nie raz i nie dwa przemysłowcy zwracali się do władz z sensownymi propozycjami rozwiązania tego problemu.
Na przykład Andrzej Wierzbicki, prezes Lewiatana, w imieniu przemysłowców zaproponował w czerwcu 1924 roku na forum Rady Gospodarczej przy Ministerstwie Skarbu, w jaki sposób uniknąć przesilenia gospodarczego: „Przemysłowcy gotowi byli zrezygnować z przetrzymywania rosnących zapasów towarów w składach fabrycznych - wspominał Wierzbicki - kosztem uruchomienia nowych kredytów i powolnej likwidacji składów, zdjąć z rynku nadmiar towaru z epoki inflacyjnej, przeprowadzając demonstracyjnie radykalną, ostateczną, jednorazową zniżkę cen poniżej kosztów własnych, zgodzić się na »spalenie towarów«, jeżeli jednocześnie robotnicy zgodzą się na przedłużenie czasu pracy i dostosowanie go do norm europejskich w granicach konwencji waszyngtońskiej.
Lecz i tym razem nawet za cenę »spalenia towarów« nie uzyskaliśmy poparcia premiera [Władysława Grabskiego - S.S.] ani zgody stronnictw robotniczych”. Problem czasu pracy był sprawą istotną - polski robotnik pracował w ciągu roku o dwadzieścia pięć dni krócej niż robotnik francuski, włoski czy belgijski. „Gdy w listopadzie 1924 roku - snuje dalej swoje wspomnienia Wierzbicki - minister pracy i opieki społecznej Darowski wykazał w komisji pracy niemożność utrzymywania nadal w Polsce najkrótszego czasu pracy w przemysłowej Europie, [premier - S.S.] zdymisjonował go natychmiast i zastąpił go Sokalem, który się szczycił, że Polska ze wszystkich państw orbis terrarium najdadawstwie socjalnym. Przecież nie mógł się łudzić, że Polska, która
w wielkim wysiłku odbudowała stan przedwojenny swego prze
mysłu, zdoła w tych warunkach nadążyć z modernizacją swych warsztatów pracy”. Z powyższych słów, trzeba chyba wysnuć dość smutną konstatację, że ten i kolejne rządy II RP zachowywały się tak, jakby wyznawały dewizę: Niech się w cholerę załamuje produkcja, byleby tylko zachować zdobycze socjalne!"
" Jak sanacja budowała socjalizm" - Sławomir Suchodolski
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Wto Kwi 14, 2026 18:09, w całości zmieniany 2 razy
"Kronika ludzkiego okrucieństwa wobec bliźnich układa się w długą i bolesną opowieść. Jeśli jednak prawdą jest, iż nawet w tych pełnych grozy historiach można mówić o różnych poziomach bezwzględności i braku skrupułów, to jednak niewiele zbrodni w historii świata może się równać natężeniem i skalą z Gwałtem Nankińskim w okresie II wojny światowej.
Amerykanie uważają, że II wojna światowa zaczęła się 7 grudnia 1941 roku, kiedy to z pokładów lotniskowców japońskie samoloty zaatakowały Pearl Harbor. Europejczycy datują początek wojny na 1 września 1939 roku i hitlerowski atak Luftwaffe oraz dywizji pancernych na Polskę. Afrykanie dostrzegają ów początek nawet wcześniej, w inwazji Mussoliniego na Abisynię w 1935 roku. Jednak Azjaci muszą szukać początków wojny w pierwszych działaniach Japonii zmierzających ku militarnej dominacji nad Azją Wschodnią – w okupacji Mandżurii w 1931 roku.
Podobnie jak Niemcy Hitlera kilka lat później, Japończycy wykorzystali wysoko rozwiniętą machinę wojenną oraz mentalność rasy panów, próbując usankcjonować prawo do panowania nad sąsiednimi krajami. W Mandżurii, która szybko wpadła w ich ręce, Japończycy utworzyli marionetkowy rząd Mandżukuo, podległy rzekomo obalonemu cesarzowi Chin, lecz w rzeczywistości kierowany przez japońskich wojskowych. Cztery lata później, w 1935 roku, pod okupacją znalazły się Chaha’er i Hebei. W roku 1937 roku padły Pekin, Tianjin, Szanghaj i ostatecznie Nankin. Lata trzydzieste XX wieku były trudne dla Chin. W istocie, ostatnich Japończyków zdołano wyrugować z chińskich ziem dopiero wraz z końcem II wojny światowej w 1945 roku.
Bez wątpienia, te czternaście lat dominacji japońskiego wojska naznaczone było niezliczonymi przypadkami niemal niewyobrażalnej bezwzględności. Nigdy nie dowiemy się o wszystkim, co wydarzyło się w wielu miastach i małych wioskach, które znalazły się pod butem najeźdźców. Jak na ironię, historię Nankinu znamy, albowiem nieliczni cudzoziemcy na własne oczy widzieli tamten horror i zdołali opowiedzieć o tym światu, Chińczyków zaś, którzy przeżyli jako naoczni świadkowie, było niewielu. Jeżeli jakieś wydarzenie może stanowićprzykład zła absolutnego, kryjącego się pod maską nieokiełznanego wojskowego awanturnictwa, to jest to właśnie rzeź Nankinu. Ta książka o niej opowiada.
Ogólne fakty dotyczące Gwałtu pozostają, z wyjątkiem sporów wśród Japończyków, poza dyskusją. W listopadzie 1937 roku, po zwieńczonej sukcesem inwazji na Szanghaj, Japończycy otworzyli zmasowany atak na stolicę Republiki Chińskiej. Kiedy miasto padło 13 grudnia 1937 roku, japońscy żołnierze rozpoczęli orgię takiego okrucieństwa, z jakim rzadko – jeśli w ogóle – ludzkość miała w swej historii do czynienia. Dziesiątki tysięcy młodych ludzi zgromadzono i popędzono poza miasto, gdzie część zamordowano seriami z karabinów maszynowych, część posłużyła jako żywe tarcze do ćwiczenia walki na bagnety, innych oblewano benzyną i podpalano żywcem. Miesiącami ulice miasta zawalone były trupami i przesączone zapachem gnijącego ludzkiego ciała. Kilka lat później biegli 1 Międzynarodowego Trybunału Wojskowego dla Dalekiego Wschodu (MTWDW) oszacowali, że na przełomie lat 1937 i 1938 w Nankinie z ręki Japończyków zginęło 260 tys. osób, choć niektórzy eksperci wskazywali na liczbę grubo powyżej 350 tysięcy.
Niniejsza książka oferuje tylko najogólniejsze podsumowanie okrutnych i barbarzyńskich czynów popełnionych przez Japończyków, jej celem bowiem nie było sporządzenie ilościowego spisu po to, by umiejscowić to wydarzenie wśród najgorszych zbrodni, jakie popełniono w historii. Tu chodzi o zrozumienie tego, co zaszło w Nankinie,by wyciągnię tezostały wnioskii by wybrzmiało ostrzeżenie. Różnice w skali odzwierciedlają jednak często różnice rodzajowe, dlatego trzeba posłużyć się statystyką, aby dać czytelnikowi pojęcie rozmiarów masakry, której dokonano w 1937 roku w Nankinie.
Pewien historyk oszacował, że gdyby zabici w Nankinie chwycili się za ręce, to utworzyliby łańcuch z Nankinu do Hangzhou, długości 320 kilometrów. Ich krew ważyłaby 1200 ton, a ciała mogłyby zapełnić 2500 wagonów kolejowych. Ułożone jedno na drugim, sięgnęłyby na wysokość 74-piętrowego budynku.
Jeżeli odniesiemy się wyłącznie do liczby zabitych, to Gwałt Nankiński przewyższa większość najgorszych przypadków barbarzyństwa na przestrzeni wieków. Japończycy przebili Rzymian w Kartaginie (w tamtej rzezi zginęło „tylko” 150 tys. osób), chrześcijańskie armie w okresie hiszpańskiej konkwisty czy nawet niektóre potworności Timura Chromego, który w 1398 roku zgładził w Delhi 100 tys. jeńców, a w latach 1400 i 1401 zbudował w Syrii dwie wieże z ludzkich czaszek.
Nie ulega wątpliwości, że w XX wieku, kiedy to narzędzia ludobójstwa zostały w pełni dopracowane, Hitler zabił 6 milionów Żydów, a Stalin ponad 40 milionów Rosjan, ale eksterminacja ta nastąpiła na przestrzeni kilku lat. Podczas Gwałtu Nankińskiego mordowanie trwało kilka tygodni.
Rzeczywiście, nawet wedle standardów najbardziej niszczycielskiej wojny w historii, Gwałt Nankiński przedstawia jeden z najgorszych przykładów masowej eksterminacji. Aby wyobrazić sobie jego porównywalny rozmiar, musimy podeprzeć się dodatkowymi liczbami. Liczba ofiar Nankinu – jednego tylko chińskiego miasta – przekracza liczbę cywilnych ofiar poniesionych przez niektóre europejskie kraje przez całą wojnę. (Wielka Brytania straciła 61 tys. cywiliów, Francja 108 tys., Belgia 101 tys., a Holandia 242 tys.).
Specjaliści zajmujący się tą problematyką uważają naloty bombowe za jedno z najbardziej przerażających narzędzi masowego zniszczenia.
Ale nawet najgorsze ataki lotnicze nie przewyższają spustoszeń w Nankinie. Zginęło tam przypuszczalnie więcej ludzi niż w wyniku brytyjskich i amerykańskich nalotów na Drezno oraz w efekcie pożarów, które nastąpiły później (w owym czasie akceptowano na świecie liczbę 225 tys. ofiar, ale bardziej obiektywne wyliczenia mówią teraz o 60 tys. zabitych i przynajmniej 30 tys. rannych). Nie ma znaczenia, czy przyjmiemy najbardziej ostrożną liczbę – 260 tys.
– czy też najwyższą – 350 tys. – szokująca jest refleksja, iż straty Nankinu dalece przewyższają liczbę ofiar amerykańskich nalotów na Tokio (ok. 80–120 tys.), a nawet zsumowaną liczbę ofiar eksplozji atomowych w Hiroszimie i Nagasaki do końca 1945 roku (szacowaną odpowiednio na 140 oraz 70 tys.).
Gwałt Nankiński powinien trafić do pamięci zbiorowej nie tylko z uwagi na liczbę zamordowanych, ale także ze względu na okrutny sposób, w jaki ci ludzie zginęli. Chińczyków używano jako żywe tarcze do ćwiczenia walki na bagnety i w zawodach ścinania głów.
Szacuje się, że 20–80 tys. Chinek zostało zgwałconych. Wielu żołnierzom nie wystarczył gwałt, rozpruwali swym ofiarom brzuchy, odcinali im piersi, przybijali je żywcem do murów. Ojcowie byli zmuszani do gwałcenia swych córek, synowie swych matek, a członkowie rodzin do przyglądania się temu. Rutyną stało się nie tylko grzebanie żywcem, kastrowanie, wycinanie organów i pieczenie ludzi żywcem, lecz również praktykowanie bardziej diabolicznych tortur, takich jak wieszanie ludzi za języki na żelaznych hakach czy grzebanie ich od pasa w dół i przyglądanie się, jak są rozszarpywani przez owczarki niemieckie. Ów spektakl był tak odrażający, że nawet obecni w mieście naziści byli nim wstrząśnięci, a jeden z nich okrzyknął masakrę dziełem „bestialskiej maszynerii”.
A jednak Gwałt Nankiński pozostaje wydarzeniem mało znanym.
W przeciwieństwie do eksplozji atomowych w Japonii czy żydowskiego Holokaustu w Europie, okropieństwa masakry w Nankinie pozostają w zasadzie całkowicie nieznane poza Azją."
"Rzeź Nankinu" - Iris Chang
Jak mówi Robert Górski - jak ktoś ma pecha, to i w düpie palec złamie.
Cytat:
Teorie spiskowe.
„Mają coś wspólnego ze wszystkim”
Dla wielu ludzi, zarówno na początku XIV wieku, jak i później, zniszczenie zakonu templariuszy było niewytłumaczalne. Jak to możliwe, żeby tak ważna i potężna organizacja, oddana obronie chrześcijaństwa i ciesząca się protekcją papiestwa, została oskarżona o bluźnierstwo, herezję i sodomię – zarzuty wysunięte przez króla Francji, poparte przez kościelnych inkwizytorów i najwyraźniej zaakceptowane przez samego papieża?
Dzięki odkryciu i opublikowaniu w 2004 roku Pergaminu z Chinon tajemnica się wyjaśniła. Prawda przedstawiała się tak, że templariusze padli ofiarą tytanicznej walki o władzę toczonej przez monarchię francuską z papiestwem. Walki, w której rodzący się europejski nacjonalizm ścierał się z uniwersalistycznymi roszczeniami Kościoła. Templariusze rzeczywiście praktykowali różne dziwne rytuały, podobnie jak inne organizacje militarne, ale ich zeznania zostały celowo zniekształcone przez francuskie państwo, aby owe praktyki wyglądały na herezję i bluźnierstwo. Sam papież zrozumiał, że owe rytuały były w zasadzie niewinne, i osobiście uwolnił templariuszy od zarzutów, ale przez jakiś czas trzymał swoją absolucję w sekrecie, obawiając się napaści ze strony Francji na instytucję papiestwa, potem zaś zmarł, nie zdążywszy upublicznić swojego orzeczenia. W zamęcie podczas powrotu papiestwa z niewoli awiniońskiej do Rzymu Pergamin z Chinon zawieruszył się i pozostał nierozpoznany aż do 2001 roku.
Tak więc przez prawie 700 lat opinia publiczna, historycy i wszelkiego rodzaju eksperci stali wobec niekompletnej opowieści, pełnej luk i wzajemnych zaprzeczeń, ale tak dramatycznej, że domagała się wyjaśnienia i stała się otwartym zaproszeniem do snucia spekulacji i teorii spiskowych.A one już od dawna żyją własnym życiem – „Templariusze mają coś wspólnego ze wszystkim”, jak napisał Umberto Eco w Wahadle Foucaulta – i nawet odkrycie Pergaminu z Chinon nie położy im kresu.
Natychmiastowa reakcja
Jedne z najrozsądniejszych reakcji na zarzuty postawione templariuszom i na zniszczenie zakonu pojawiły się niemal natychmiast. Dante, jak pokazaliśmy, piszący Czyściec podczas trwania procesu templariuszy, nie miał nic do powiedzenia w sprawie rzekomej chciwości zakonu. Nie wątpił jednakże w zachłanność, żądzę władzy i nieuczciwość króla Francji Filipa IV, a także w zgubny wpływ całej jego dynastii Kapetyngów. Rodacy poety na ogół podzielali jego poglądy: włoscy bankierzy we Francji, podobnie jak Żydzi, wycierpieli już swoje z powodu pazerności Filipa. W następnym pokoleniu włoski pisarz Boccaccio, autor Dekameronu, opowiadał się za niewinnością templariuszy i wykpiwał inkwizycję.
W Portugalii francuska napaść na templariuszy była postrzegana w podobny sposób. Dzięki wsparciu portugalskiego króla i pozwoleniu papiestwa templariusze kontynuowali w tym kraju działalność pod inną nazwą. Niemcy i Anglicy też odnosili się sceptycznie do rzekomej winy zakonu. Właściwie tylko we Francji i na podległych jej ziemiach przełknięto historię o herezji templariuszy. Przykładem jest Rajmund Lull, kataloński filozof i mistyk, gorliwie wyczekujący chwili, gdy Filip IV poprowadzi na Wschód nową krucjatę. Początkowo wierzył w honor i prawdziwą pobożność templariuszy, ale w 1308 roku, podczas procesu, kiedy skierowana przeciwko zakonowi propaganda francuskiej monarchii sięgała zenitu, zmienił zdanie, dostrajając swoje poglądy do linii narzuconej przez francuski dwór. Jeżeli jednak myślał, że potępienie templariuszy oczyści chrześcijaństwo i doprowadzi do nowej krucjaty, czekało go rozczarowanie.
Tymczasem, kiedy ostatni płomyk ruchu krzyżowego zamigotał i zgasł, templariusze przechodzili do legendy.
Romantyka templariuszy
Ubodzy rycerze zaczęli wkraczać w sferę mitu na długo przed końcem zakonu. Pierwsza literacka wzmianka o templariuszach pochodzi z około 1220 roku, a zawiera ją Parsifal, wierszowany epos rycerski autorstwa niemieckiego rycerza i poety Wolframa von Eschenbacha. Oparł on swoją pracę na romansie rycerskim Percewal z Walii, czyli opowieść o Graalu, który Chrétien de Troyes zaczął pisać w 1181 roku, lecz nie dokończył (zmarł w 1190). Związek Chrétiena z miastem Troyes może być znaczący: była to stolica hrabiów Szampanii, którzy odegrali ważną rolę w założeniu zakonu templariuszy oraz w promowaniu ich wielkiego poplecznika Bernarda z Clairvaux. Zapewne Troyes reprezentowało połączenie ze Wschodem poprzez patronkę Chrétiena hrabinę Marię z Szampanii, córkę Eleonory Akwitańskiej. Eleonora była pełną werwy młodą żoną Ludwika VII, niekompetentnego przywódcy drugiej krucjaty. Towarzyszyła mu w tej wyprawie, a gdy przybyła na Wschód, nie tracąc czasu, wdała się w jawny romans ze swoim wujem Rajmundem z Antiochii. Później poślubiła króla Anglii Henryka II. Bernard z Clairvaux nie pochwalał jej niezależnego ducha – uważał Eleonorę za niestałą, a jej zachowanie za nieprzystojne. Ale dla poety stanowiła dobry wzorzec i wprost trudno sobie wyobrazić, że nie inspirowała Chrétiena, kiedy tworzył postać Ginewry w swoim wcześniejszym dziele Lancelot z Jeziora, czyli rycerz na podwodzie, napisanym na specjalne życzenie Marii.
Wzmianka o powiązaniu z templariuszami w romansie Chrétiena stała się następnie manifestem w Parsifalu Wolframa von Eschenbacha, który uczynił z rycerzy templariuszy strażników Graala. Wolfram sam odwiedził Outremer około 1200 roku i fragmenty swojego eposu osadził na Wschodzie. Jego templariusze są wyłącznie wojownikami, obrońcami świętych terytoriów, gdzie przechowuje się Graala – tak jak prawdziwi templariusze bronili Ziemi Świętej.
Nieustannie wypuszczają się na wyprawy w poszukiwaniu przygód. Czy owi templariusze ściągają na siebie kłopoty, czy sławę, znoszą to za swoje grzechy. Powiem wam, jak się żywią. Żyją z kamienia, którego esencja jest najczystsza. Jeżeli nigdy o nim nie słyszeliście, podam wam jego nazwę. Zwie się on Lapsit exillis. Dzięki zaletom tego kamienia Feniks płonie na popiół, z którego rodzi się potem na nowo.
Wolfram wyjaśnia, że Lapsit exillis, nazwa nadana Graalowi, to kamień, który kiedyś zdobił koronę Lucyfera, ale spadł wraz z nim, gdy ten został strącony z nieba, i teraz służy templariuszom jako eliksir życia – pomysł, który być może nie byłby całkiem niezgodny z dualistyczną kosmologią.
Poszukiwanie Świętego Graala
Graal został wymyślony pod koniec XII wieku przez Chrétiena de Troyes, nie istnieją o nim wcześniejsze wzmianki. Co ciekawe, w Graalu Chrétiena nie ma nic wyraźnie religijnego – pisarz nigdzie nie twierdzi, że chodzi o kielich, z którego korzystano podczas Ostatniej Wieczerzy. Opisał go zresztą nie jako kielich, lecz raczej jako półmisek, co zgadza się z pierwotnym znaczeniem starofrancuskiego słowa graal. Jednak pierwsze pojawienie się Graala na stronicach powieści Chrétiena, na początku uczty u bogatego człowieka, ma w sobie coś cudownego, a całość staje się tym dziwniejsza i cudowniejsza, że Chrétien nie dokończył swego dzieła. Oto jak Graal po raz pierwszy wchodzi na scenę literacką:
Potem przychodzi dwu innych giermków cudnej urody; każdy trzyma w dłoni świecznik złocisty, wykładany czarną emalią, w każdym świeczniku płonęło świec co najmniej dziesięć. Potem zjawił się Graal, niesiony oburącz przez bardzo piękną i szlachetną pannę, za którą znowu szli giermkowie. Kiedy weszła panna z Graalem, tak wielka jasność spłynęła na komnatę, że świece pobladły, jak gwiazdy i księżyc bledną przed wschodzącym słońcem1.
Szczególnie interesującym elementem tej sceny jest to, że Percewal, główny bohater romansu, dokładnie wie, czym jest Graal, ale nie mówi nam tego – historia się urywa (autor zmarł, zanim doprowadził ją do końca). Czy kryje się tu jakaś alegoria? Ludzie spierają się o to od ponad 800 lat. A jeśli tekst jest alegoryczny, czy mamy do czynienia z alegorią religijną? Tego też nigdy nie rozstrzygnięto. Jednak scena odmalowana piórem Chrétiena wkrótce podziałała inspirująco na innych pisarzy i oni dokończyli opowieść. Wśród nich znalazł się Wolfram von Eschenbach, który w swym Parsifalu, XIII-wiecznej niemieckiej adaptacji, wprowadził do literatury templariuszy, robiąc z nich strażników Świętego Graala.
Chrétien de Troyes pisał w czasach, kiedy społeczeństwo średniowiecznego Zachodu, tak przywiązane do swojej tradycji, otwierało się na szerszy świat, świat basenu śródziemnomorskiego, świat Wschodu, świat idei i wierzeń dopiero odkrywanych bądź odkrywanych na nowo, a krzyżowcy odgrywali w tym procesie niebagatelną rolę. Pisanie o Graalu oznaczało pisanie o tym kulturowym i duchowym poszukiwaniu, a co jeszcze dziwniejsze, gatunek ten bez względu na swoje religijne wydźwięki należał do świeckiej tradycji pisarskiej, nigdy nie trafił do nurtu kościelnego. A zatem, wolny od doktryny i kanonu, Święty Graal jest nieskończenie odnajdywany na nowo aż do dzisiejszych czasów.
Templariusze i czarownictwo
Interesujące, że dokładnie wtedy, gdy Europa przesuwała się z wieków średnich w kierunku epoki przebudzenia i rozumu, po raz pierwszy w wyobraźni zarówno ludowej, jak i naukowej rozwinęły się złowieszcze mistyfikacje na temat templariuszy. Historia zaczyna się w 1487 roku wraz z publikacją Młota na czarownice (Malleus Maleficarum), jak na ironię jednej z najwcześniejszych drukowanych ksiąg – wynalezienie prasy drukarskiej na Zachodzie zazwyczaj uważa się za wyznacznik końca średniowiecza.
Wiara w złe duchy istniała od zawsze, ale w średniowieczu panowało przekonanie, że Kościół osłania swych wiernych przed ich wpływem. Duchowni regularnie odprawiali egzorcyzmy wyganiające z ludzi duchy nieczyste, a przed zewnętrznymi zagrożeniami, takimi jak muzułmańskie podboje, bronili ludzi krzyżowcy i klasa rycerska, w tym zakony rycerskie. Jednakże krucjaty koniec końców poniosły porażkę, a utrata ufności pokładanej do niedawna w instytucji Kościoła przyczyniła się do szerzenia patologicznego strachu o to, że chrześcijanami skutecznie próbują zawładnąć demony.
Pod koniec XV wieku strach przed czarownictwem przybrał już formę epidemii, co zmusiło Kościół do interwencji. W 1484 roku papieska bulla Summis Desiderantes Affectibus usankcjonowała wierzenie w czarownice i udzieliła pozwolenia biskupom i władzom świeckim na prześladowanie ich, jeżeli w pobliżu nie było reprezentantów inkwizycji. Młot na czarownice wydano trzy lata później. Dzieło, napisane przez dwóch doświadczonych, pełnych entuzjazmu dominikańskich łowców czarownic, ustanowiło proceduralne zasady procesów czarownic i szybko zyskało popularność. Tytuł w rzeczywistości oznaczał prześladowania czarownic i czarowników, a tymi ostatnimi terminami zaczęto określać wszystkich outsiderów: od heretyków, przez czcicieli diabła i praktykujących magię, po prostytutki i zabobonne staruszki. Przypadkiem uwaga zamieszczona w innej książce, opublikowanej pokolenie później, sprawiła, że z tym mętnym, paranoidalnym światkiem ezoteryki zaczęto kojarzyć templariuszy.
"Templariusze. Historia i mity" - Michael Haag
Pytanie, czy polskie wojska, demolowane przez ostatnich osiem lat, są w jakiejkolwiek gotowości. Macierewiczowskich Terytorialsów na ćwiczeniach zmiażdżyli amatorzy.
W lutym 2022 r. SZU przeprowadziły ćwiczenia "Zamieć 2022". Miał to być ostatni test dla wojska ukraińskiego przed oczekiwaną inwazją. Zakładały one udział wielu tysięcy żołnierzy, setek sztuk sprzętu pancernego, zaangażowanie artylerii i lotnictwa. Manewry zakładały również konieczność przerzutu wojsk w niewielkim czasie o nawet 300 km. Dla części dowódców, takich jak gen. Wiktor Nikoliuk, miały otrzeźwiający wydźwięk oraz pozwalały na wyciągnięcie niezbędnych wniosków. Skłoniły wielu dowódców do uwierzenia w to, że wojna pełnoskalowa jest możliwa. Załużny był jednak rozczarowany ich przebiegiem. Dostrzegał błędy swych podwładnych, a także niefrasobliwe podejście do ćwiczeń u części generałów, którzy byli od niego starsi wiekiem.
Tak CIA i MI6 odkryły plany ataku Putina na Ukrainę. Nie przewidzieli jednego
Istotnym elementem planu obrony było rozproszenie sił oraz redyslokacja choć części jednostek na odpowiednie pozycje wyjściowe. Tylko to mogło znacząco ograniczyć skutki potencjalnego rosyjskiego ataku rakietowego i bombardowań ze strony lotnictwa agresora. Pozwalało również na wzmocnienie najważniejszych rubieży obrony. Opór Zełenskiego i jego otoczenia przed wprowadzeniem stanu wojennego znacząco utrudniał nawet to zadanie. Na przerzucenie tysięcy pojazdów, wraz z artylerią, amunicją oraz resztą zaopatrzenia potrzebne było paliwo, a na jego kupno niezbędne były pieniądze, które rząd nadal wydawał na inne cele. Z tego powodu wykorzystano ćwiczenia "Zamieć 2022", by przenieść choć część brygad na inne pozycje wyjściowe i opróżnić koszary.
Kolejnym etapem rozproszenia był 23 lutego, czyli dzień poprzedzający inwazję. Tego dnia ukraińskie służby otrzymały informację, że agresja zacznie się nad ranem następnego dnia i przekazały ją dowództwu SZU. Żołnierzom GZW wydano broń palną i amunicję. Pojazdy, artylerię, wyrzutnie opl, sprawne radary i samoloty przenoszono i maskowano niekiedy "w ostatniej chwili", zaledwie godziny, a niekiedy minuty przed uderzeniem rosyjskich rakiet na koszary, sztaby i składy. Dla sprawnych samolotów przygotowano zawczasu zapasowe lotniska, gdzie dostarczano amunicję i paliwo. W znanych Rosjanom bazach pozostawiono głównie niesprawne samoloty, pojazdy i wyrzutnie. Na miejscu nadal też działały starsze radary, które ściągały uwagę najeźdźców. Później Załużny wspominał: "Bałem się, że stracimy element zaskoczenia. (…) Ważne było to, by przeciwnik myślał, że wszyscy jesteśmy rozmieszczeni w naszych stałych bazach, paląc trawę, oglądając filmy i umieszczając wpisy na Facebooku".
Pytanie, czy polskie wojska, demolowane przez ostatnich osiem lat, są w jakiejkolwiek gotowości. Macierewiczowskich Terytorialsów na ćwiczeniach zmiażdżyli amatorzy.
Nie wiemy do końca tego, co było przyczyną takich działań tamtej ekipy rządzącej. Czy byla to głupota, ideologia, czy skutek tego, że niektórzy dostawali instrukcje z Kremla.
Pewnie wszystkiego po trochę.
Rozdział II
Stepan Bandera
Zbrodnia (prawie) doskonała.
15 października 1959, Monachium
W tygodniu zwykle jadał obiady w redakcji. No, czasem na mieście – jeśli miało to związek ze „sprawami”. Jak choćby wczoraj, z trzema panami z BND. Dlatego postanowił dziś zrobić przyjemność Jarosławie i zjeść obiad w domu. Dobrze, że to akurat czwartek. Eugenia już dawno zwróciła uwagę, że właśnie w czwartki na pobliski targ przywozili dużo świeżych owoców i warzyw.
Biuro „Szlaku Zwycięstwa” nie było duże. Co się dziwić, brak funduszy. Już prawie zapomniał o czasach współpracy z Brytyjczykami. Wtedy pieniędzy nie brakowało na nic. No, ale trudno, skończyło się. A Niemcy są skąpi, zresztą czemu się nie dziwił, służba była dopiero na dorobku, pełna byłych oficerów Abwehry (żeby tylko!) i nierozpieszczana przez liberalne gazety, których narobiło się jak grzybów po deszczu.
Koło południa wreszcie oderwał się od redakcyjnej roboty. Sprawa była ważna – dopiero co kurier przemycił z ojczyzny informację o wpadce komórki organizacji w Żytomierzu. Pół biedy, że ich łącznik z ludźmi we Lwowie nie dał się wziąć żywcem. Cóż, kulka w sercu na wolności zawsze lepsza od tej sowieckiej katowni.
– Fräulein, nie odmówi mi pani towarzystwa? Pojechałbym zrobić zakupy na rynku. Bez kobiecych rad będzie mi ciężko – uśmiechnął się lekko do sekretarki. Eugenia była jego kochanką od pół roku, niemal od początku pracy w redakcji. Oczywiście była Ukrainką, ale w nowych warunkach zniemczyła nazwisko. Teraz nazywała się Eugenia Mack. – Oczywiście, panie Stefanie – właśnie tym niewinnym uśmiechem go usidliła. Jego, surowego męża stanu, odpowiedzialnego za przyszłość ojczyzny. Oczywiście zachowywali w pracy pozory.
Wsiedli do jego dwuletniego niebieskiego opla kapitana i na targu byli już po paru minutach. Oczywiście nie wziął ze sobą Mykoły i Andrija. Jeszcze tego by brakowało, żeby łazili za nim między straganami faceci wyglądający jak ci, co to chodzą i zbierają haracz. Co jednak musiał im przyznać, z obowiązku ochrony szefa wywiązywali się bez zarzutu. Doświadczeni ludzie, znał ich jeszcze z czasów lwowskich, ze Służby Bezpieczeństwa OUN, a i szkolenie w Abwehrze też im dużo dało. Inna rzecz, że po raz kolejny naruszył jedną z Dwunastu cech charakteru ukraińskiego nacjonalisty (które sam swego czasu spisał): „Ostrożny. To oznacza, że zawsze trzyma się wszystkich zasad konspiracji”.
Na rynku, przechadzając się między straganami i korzystając z podpowiedzi Eugenii, Bandera kupił pomidory, kilka pęczków włoszczyzny oraz parę kilo jabłek i dużo śliwek – wieczorem chciał z żoną robić powidła. Wszystko zapakował do auta. Panna Mack poprosiła szefa, czy może zostać jeszcze na rynku, bo miała swoje zakupy do zrobienia. Machnął ręką. – Niech pani zostanie. Tylko proszę o czwartej znów być w biurze. Wrócę jeszcze, po obiedzie.
Wsiadł do opla i pojechał do domu.
Pod domem był tuż przed trzynastą. Wjeżdżając do garażu, nie zauważył wysokiego mężczyzny w płaszczu, który właśnie otwierał drzwi do klatki schodowej. Bandera wypakował zakupy i z torbami w prawej ręce ruszył do bloku. Z daleka skinął lekko głową mężczyźnie palącemu papierosa u wlotu uliczki. To Serhij – dzisiaj jemu przypadł całodobowy dyżur pilnowania domu szefa. Akurat dla niego to nie był żaden problem. Niejedną noc spędził na czatach, gdy jego oddział otaczał polskie wsie na Wołyniu.
Myśląc o tym, jak uciążliwe bywa życie pod ciągłym nadzorem, choćby i swoich ludzi, Bandera włożył klucz do zamka drzwi do klatki schodowej. Kilka pięter wyżej czekał nieznajomy. W tym momencie gdzieś na górze otworzyły się drzwi i usłyszał kobiecy głos. „Do widzenia!”. Potem lekkie kroki. Na wszelki wypadek wcisnął przycisk przyzywający windę. Po chwili kobieta już go mijała. Rzuciła grzeczne „Szczęść Boże”. Coś odburknął. Zeszła na dół. W drzwiach niemal wpadła na Banderę. Przepuścił ją uprzejmie, objuczony zakupami. Co za pech, winda była na górze. Postanowił pójść schodami. W sumie to tylko trzy piętra.
Nagle tuż przed nim pojawił się jakiś mężczyzna. – Szczęść Boże. – Dzień dobry. Nowy sąsiad? Bandera jeszcze w myśli zadawał sobie to pytanie, gdy nieznajomy nagle wyciągnął w jego kierunku rękę. Trzymał w niej gazetę, ale – dziwne – coś spod niej wystrzeliło. Towarzyszyło temu jakby klaśnięcie dłońmi. Bandera instynktownie zasłonił twarz ręką, ale było za późno. Zdążył jeszcze się zdziwić, skąd tu zapach gorzkich migdałów. Osunął się, z ręki wypadły torby. Pomidory powoli potoczyły się po schodach. Ale Bandera leżał już bez czucia. Jego twarz, początkowo purpurowa, zaczęła szybko sinieć. Nieznajomy wsunął z powrotem gazetę do kieszeni płaszcza i spokojnie zszedł na dół. Ledwie zamknął za sobą drzwi, z jednego z mieszkań wyjrzała kobieta zaniepokojona dziwnym dźwiękiem. Ujrzawszy ciało sąsiada, krzyknęła. Wtedy na korytarz wyskoczyła Jarosława Bandera. Sok rozbitych pomidorów wzięła za krew męża. Mężczyzna nie słyszał już jej histerycznego krzyku. Był kilkadziesiąt metrów dalej. Spacerowym krokiem minął znajomą postać – już wcześniej rozpoznał w nim ochroniarza Bandery. Ulicę dalej dyskretnie wyrzucił klucz do studzienki ściekowej. Potem, przechodząc przez Hofgarten, wrzucił broń do jednego z wodnych kanałów. Wsiadł do tramwaju – kierunek dworzec kolejowy. Pociąg do Frankfurtu nad Menem. Następnego dnia czekał go poranny lot liniami PanAmerican do Berlina.
Kiedy wezwane pogotowie dotarło na miejsce, Bandera był już martwy. Nad zwłokami klęczała żona. – Wygląda na to, że spadł ze schodów. Uraz głowy i koniec – mruknął po pierwszych oględzinach lekarz. – Nie! To niemożliwe! Zamordowali go! W końcu go dopadli! – zanosiła się płaczem kobieta. Było pięć po trzynastej.
JAK ZABIJAJĄ ROSJANIE. Ofiary rosyjskich służb od Tockiego do Litwinienki." - Grzegorz Kuczyński
Dobra, żeby nie było rozwadniania tematu, proponuję "Boże igrzysko" Normana Davisa.
Ta mityczna i odwieczna kraina Polaków, jedyna na świecie, która trwała niezłomnie w dorzeczu Odry, Wisły i Bugu od czasów co najmniej Chrystusa a może i Abrahama , była teatrem nieustannych łomotów Lechitów nawzajem ze sobą. Czasem na Polaków (coby nie znaczył ten termin) napadały wojska ościenne, ale generalnie większość walk prowadzili Polacy sami ze sobą.
I tak to trwa do dziś.
Norman Davis "Boże igrzysko" pisał w latach 70-tych. Dziś stwierdza ze smutkiem, że Polacy chyba mają jakiś gen autodestrukcji.
JW
Norman Davis w "Bożym igrzysku" analizuje historię pierwszej RP.
Z tej oraz książek innych autorów można wyciągnąć wniosek, że tamtą RP rozłożyło, oprócz liberum veto, uzależnienie kraju od eksportu zboża, brak uczciwych przepisów własności i związana z tym pańszczyzna. W XVIII wieku spadek popytu na polskie zboże, ustawy dyskryminujące kupców i przedsiębiorców na korzyść szlachty doprowadziły do upadku.
Czytałem kiedyś ustawy sejmowe, które uchwalili w tamtych latach Polacy.
W głupocie i bezmyślności ustalili, że szlachcic może tylko sprawować jakiś urząd RP lub być właścicielem ziemskim. Zabroniono mu zajmowania się handlem czy innymi przedsięwzięciami pod konsekwencją utraty szlachectwa. Efektem było np. przejście gdańskich mieszczan na prawo niemieckie i utrata Gdańska, który uprzednio przeciwstawiał się Krzyżakom.
JW
Dobra, żeby nie było rozwadniania tematu, proponuję "Boże igrzysko" Normana Davisa.
Ta mityczna i odwieczna kraina Polaków, jedyna na świecie, która trwała niezłomnie w dorzeczu Odry, Wisły i Bugu od czasów co najmniej Chrystusa a może i Abrahama , była teatrem nieustannych łomotów Lechitów nawzajem ze sobą. Czasem na Polaków (coby nie znaczył ten termin) napadały wojska ościenne, ale generalnie większość walk prowadzili Polacy sami ze sobą.
I tak to trwa do dziś.
Norman Davis "Boże igrzysko" pisał w latach 70-tych. Dziś stwierdza ze smutkiem, że Polacy chyba mają jakiś gen autodestrukcji.
JW
To nie jest rozwadnianie tematu. Gładkie przechodzenie od low carb do turbosłowian nawet mi się podoba. Przynajmniej nie jest nudno.
Wszystko zależy od okresu historycznego. Lechistan to w zasadzie kraina objazdowa.
Jedni powiedzą, że kolebką są dzisiejsze tereny Litwy i Białorusi, inni że Małopolski, Podkarpacia i częściowo Czech i Moraw. Ale tak jak Czesi nie czują się za bardzo z naszą kulturą zbratani, tak mają też przez wieki wypierani ze swoich terenów Bałtowie. A to jest tylko cząstka tego miksu w tym tyglu narodów.
Nie twierdzę że różnorodność jest przyczyną. W wielu rejonach świata tak jest. Z tym że tam potrafią żyć ze sobą w zgodzie, bardzo się od siebie różniąc.
Gen samodestrukcji to fajna obrazowa przenośnia.
Po części mamy to "w genach", a po części jest to zasługa położenia geograficznego, bo nikomu z sąsiadów nie zależało na Polsce jako spójnej kulturowo i gospodarczo krainie.
Ale zrzucanie tego na zaborców to wygodnictwo.
Żeby z ziarna niezgody rozwinęło się polskie piekiełko, to musi trafić na żyzny grunt.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Śro Kwi 29, 2026 17:47, w całości zmieniany 2 razy
Norman Davis w "Bożym igrzysku" analizuje historię pierwszej RP.
Z tej oraz książek innych autorów można wyciągnąć wniosek, że tamtą RP rozłożyło, oprócz liberum veto, uzależnienie kraju od eksportu zboża, brak uczciwych przepisów własności i związana z tym pańszczyzna. W XVIII wieku spadek popytu na polskie zboże, ustawy dyskryminujące kupców i przedsiębiorców na korzyść szlachty doprowadziły do upadku.
Czytałem kiedyś ustawy sejmowe, które uchwalili w tamtych latach Polacy.
W głupocie i bezmyślności ustalili, że szlachcic może tylko sprawować jakiś urząd RP lub być właścicielem ziemskim. Zabroniono mu zajmowania się handlem czy innymi przedsięwzięciami pod konsekwencją utraty szlachectwa. Efektem było np. przejście gdańskich mieszczan na prawo niemieckie i utrata Gdańska, który uprzednio przeciwstawiał się Krzyżakom.
JW
Żeby zobrazować przyczyny takiego stanu rzeczy i to dlaczego powtarzano w Historii Polski, kilka razy te same błędy, warto się cofnąć aż do początków powstania Związku Hanzeatyckiego.
Dla mnie osobiście jest to szalenie ciekawy okres Historyczny Europy.
Pokazuje to też na przykład szerzej naszą rolę w Wojnie Trzydziestoletniej. Już się wtedy nie patrzy z perspektywy "Szwedów w Warszawie".
Łatwiej też zrozumieć mentalność historyka i Gdańszczanina Donalda Tuska.
Kuźwa, znów wyszło nawiązanie do współczesnej polityki.
Ostatnio zmieniony przez Strix aluco Sob Maj 02, 2026 21:18, w całości zmieniany 2 razy
Norman Davis w "Bożym igrzysku" analizuje historię pierwszej RP.
Z tej oraz książek innych autorów można wyciągnąć wniosek, że tamtą RP rozłożyło, oprócz liberum veto, uzależnienie kraju od eksportu zboża, brak uczciwych przepisów własności i związana z tym pańszczyzna. W XVIII wieku spadek popytu na polskie zboże, ustawy dyskryminujące kupców i przedsiębiorców na korzyść szlachty doprowadziły do upadku.
Czytałem kiedyś ustawy sejmowe, które uchwalili w tamtych latach Polacy.
W głupocie i bezmyślności ustalili, że szlachcic może tylko sprawować jakiś urząd RP lub być właścicielem ziemskim. Zabroniono mu zajmowania się handlem czy innymi przedsięwzięciami pod konsekwencją utraty szlachectwa. Efektem było np. przejście gdańskich mieszczan na prawo niemieckie i utrata Gdańska, który uprzednio przeciwstawiał się Krzyżakom.
JW
Tutaj podobnie jak wyżej, ale też chciałby zaznaczyć coś innego.
Nie jesteśmy jedyną krainą, która jest naznaczona pasmem nieszczęść.
Jest wiele takich krain, których Historia jest podobna.
A że niezamierzenie podrzucił mi Pan pomysł na taki ranking, to go kiedyś stworzę.
Co prawda w rankingu na mesjasza narodów Polska zajmuje miejsce w czołówce, ale jakby tak dobrze poszukać...
Mit Piasta Kołodzieja obalony. Nowe badania ujawniły nieznane fakty o pochodzeniu o Mieszka I,
Badania genów dowodzą, że nie byli rdzennymi mieszkańcami naszych ziem, lecz przybyszami z zewnątrz. Nie wiadomo dokładnie, skąd przyszli, ale mit Piasta Kołodzieja został obalony.
Piastowie byli jedną z dynastii królewskich, które ukształtowały strukturę polityczną średniowiecznej Europy w X w. n.e. Niewiele wiadomo o ich pochodzeniu, ale rozwój technologii sekwencjonowania DNA sprawił, że do rozwiązania tych zagadek przystąpili genetycy. Udało im się wykazać, że Piastowie mogli przybyć do nas z Zachodu.
Przechlapane. Nie dość, że najwięksi Polacy byli Litwinami, Tatarami, Węgrami, Żydami, to jeszcze się okazuje, że Piastowie przybyli z Zachodu.
JW
To teczowy Newswick, wiec bym zbytnio nie wierzyl, bo tak juz zaden dziennikarz raczej sie nie ostal.
Wedy Slowianskie o tym pisza od dawna ale nauka musi dogonic "mity". Przemieszczanie sie haplogrup jest udokumentowane od dawna. Gdy "redaktor" Newswicka przeczyta ksiazki Bieszka czy Szydlowskiego to pewnie dokona kolejnego "wielkopomnego" odkrycia.
_________________ Nauka:nigdy więcej! Po maturze chodziłem na 3 różne studia, jednak okazało się że wykształcenie to nie jest coś dla mnie. I tak oto twój argument spala na konewce:) To takie krótkowzroczne masło maślane.
Mit Piasta Kołodzieja obalony. Nowe badania ujawniły nieznane fakty o pochodzeniu o Mieszka I,
Badania genów dowodzą, że nie byli rdzennymi mieszkańcami naszych ziem, lecz przybyszami z zewnątrz. Nie wiadomo dokładnie, skąd przyszli, ale mit Piasta Kołodzieja został obalony.
Piastowie byli jedną z dynastii królewskich, które ukształtowały strukturę polityczną średniowiecznej Europy w X w. n.e. Niewiele wiadomo o ich pochodzeniu, ale rozwój technologii sekwencjonowania DNA sprawił, że do rozwiązania tych zagadek przystąpili genetycy. Udało im się wykazać, że Piastowie mogli przybyć do nas z Zachodu.
Przechlapane. Nie dość, że najwięksi Polacy byli Litwinami, Tatarami, Węgrami, Żydami, to jeszcze się okazuje, że Piastowie przybyli z Zachodu.
JW
Hihi. Zainspirowało mnie to żeby przesunąć nieco w kolejce do przeczytania książki Bryana Sykesa.
Hehe. AI jest niezła w tworzeniu alternatywnych scenariuszy. Zadałem pytanie, co by mogło być...
Cytat:
Gdyby Polska stworzyła trwały sojusz z zakonem krzyżackim zamiast z nim walczyć, historia regionu potoczyłaby się zupełnie inaczej. Sojusz ten, oparty na wspólnych interesach (np. chrystianizacja pogan, ekspansja na wschód), mógłby przekształcić Polskę w dominujące mocarstwo w Europie Środkowo-Wschodniej.
Oto główne konsekwencje takiego scenariusza, oparte na analizie stosunków polsko-krzyżackich.
Szybsza i trwalsza ekspansja na wschód: Połączone siły polskiego rycerstwa i zakonnych braci-rycerzy mogłyby znacznie szybciej podporządkować sobie ziemie pruskie, jaćwieskie oraz litewskie, tworząc wspólny blok chrześcijański.
Bezpieczeństwo granic: Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków w celu ochrony Mazowsza przed najazdami Prusów. Trwały sojusz oznaczałby brak wrogości na północnej granicy, co pozwoliłoby Polsce skupić się na zagrożeniach z południa (Czechy) lub wschodu.
Brak konfliktów o Pomorze Gdańskie: Historycznie to właśnie zajęcie Gdańska w 1308 r. przez Krzyżaków stało się przyczyną dwustu lat wojen. Bez tego sporu, Polska zachowałaby dostęp do morza, a Zakon byłby buforem między Polską a rzeszą niemiecką.
Konflikt z Litwą: Silny sojusz polsko-krzyżacki oznaczałby, że Polska prawdopodobnie nie zawarłaby Unii z Litwą (która była skierowana przeciwko Krzyżakom). Litwa mogłaby zostać podbita lub stać się celem wspólnych wypraw.
Brak bitwy pod Grunwaldem: Rok 1410 nie byłby datą ostatecznego zwycięstwa, ponieważ siły polskie i krzyżackie nie walczyłyby ze sobą. Polska uniknęłaby ogromnego wysiłku zbrojnego i finansowego związanego z Wielką Wojną.
Wzmocnienie Kościoła i kultury łacińskiej: Sojusz przyspieszyłby chrystianizację terenów pogańskich, szerząc wpływy kościoła rzymskiego na wschód.
Podsumowując: Sojusz z Krzyżakami mógłby stworzyć potężny, stabilny blok polityczny, ale kosztem unii z Litwą i prawdopodobnie poprzez brutalne podporządkowanie ziem pogańskich. Z drugiej strony, istnieje ryzyko, że państwo krzyżackie stałoby się zbyt potężne i ostatecznie zdominowałoby Polskę.
Mit Piasta Kołodzieja obalony. Nowe badania ujawniły nieznane fakty o pochodzeniu o Mieszka I,
Badania genów dowodzą, że nie byli rdzennymi mieszkańcami naszych ziem, lecz przybyszami z zewnątrz. Nie wiadomo dokładnie, skąd przyszli, ale mit Piasta Kołodzieja został obalony.
Piastowie byli jedną z dynastii królewskich, które ukształtowały strukturę polityczną średniowiecznej Europy w X w. n.e. Niewiele wiadomo o ich pochodzeniu, ale rozwój technologii sekwencjonowania DNA sprawił, że do rozwiązania tych zagadek przystąpili genetycy. Udało im się wykazać, że Piastowie mogli przybyć do nas z Zachodu.
Przechlapane. Nie dość, że najwięksi Polacy byli Litwinami, Tatarami, Węgrami, Żydami, to jeszcze się okazuje, że Piastowie przybyli z Zachodu.
JW
Kamil Janicki jak zwykle, jako głos rozsądku i do bólu obiektywnie.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
Akademia Zdrowia Dan-Wit informuje, że na swoich stronach internetowych stosuje pliki cookies - ciasteczka. Używamy cookies w celu umożliwienia funkcjonowania niektórych elementów naszych stron internetowych, zbierania danych statystycznych i emitowania reklam. Pliki te mogą być także umieszczane na Waszych urządzeniach przez współpracujące z nami firmy zewnętrzne. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej o celu stosowania cookies oraz zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce.